sobota, 30 listopada 2013

Król Ryszard III Wiliam Szekspir




We współczesnym świecie, kiedy klasykę, a zwłaszcza klasykę dramatu czytają już chyba wyłącznie studenci filologii polskiej oraz teatrolodzy należałoby jakoś uatrakcyjnić Szekspira. Najprostszym sposobem wydaje się uwspółcześnienie przekazu teatralnego poprzez odniesienia do tego, co dla większości populacji będzie bardziej zrozumiałe. Nie widzę nic złego w nadawaniu dziełom klasyków nowej formy, pod warunkiem, że nie stanowi ona zbytniego uproszczenia i odwołania się do popkulturowych obrazków vide przedstawienie Makbeta Teatru Współczesnego ze Szczecina, o którym pisałam tutaj. Dobrym przykładem jest oparte na sztuce Ivo Bresana przedstawienie .Hamleta we Wsi Głucha Dolna z rewelacyjną grą aktorską panów Gajosa, Rewińskiego, Ferencego i Turka oraz pani Celińskiej). Dowcipnie i pomysłowo przedstawiła wrażenia z lektury Ryszarda III momarta posługując się zabawą w wynajdywanie różnic pomiędzy Ryszardem III Szekspira i Philippy Gregory (tutaj). Mam więc nie lada zagwozdkę, w jaki sposób przekazać wrażenia z lektury, aby zachęcić potencjalnych czytelników do zapoznania się z treścią tej literackiej quasi kroniki.
Może powinno się zakazać czytania Ryszarda, nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc najlepiej smakuje. Tylko, jakie podać argumenty?
Po pierwsze – długość sztuki, Król Ryszard III to najdłuższa sztuka napisana przez Szekspira, liczy aż 205 stron. Osoby, które zainteresowane są biciem rekordów czytelniczych w miesiącu (dziesięć – czternaście - osiemnaście książek) mogą być zniechęcone sięganiem po „tak grubą książkę”.
Ale z drugiej strony rzecz pisana niemal wyłącznie w formie dialogów (z króciutkimi didaskaliami) czyta się błyskawicznie i wbrew pierwszym obawom, że łatwo nie będzie to sztuka jest dość prosta w przekazie (choć treści niesie niełatwe). Do gruntu zły, ogarnięty żądzą władzy Ryszard w celu osiągnięcia tronu eliminuje każdego, co do którego istnieje choćby cień podejrzenia, że mógłby osobiście lub samym tylko istnieniem stanowić dla jego przyszłego panowania zagrożenie. Ryszard nie baczy, czy jest to dziecię, młodzieniec, mężczyzna w sile wieku, nie ma też względu dla kobiet. Najbardziej zagrażających mu krewnych pozbywa się w pierwszym rzędzie. Dlaczego? To najważniejsze pytanie; czy Ryszard to samo zło przyobleczone w człowiecze kształty, czy ofiara tragicznego spotu okoliczności, dziecko swoich czasów, wypadkowa braku miłości. Jak dla mnie to typowy człowiek władzy, homo politicus.
Po drugie – autor maluje nie do końca prawdziwy portret ostatniego monarchy z dynastii Yorków. Fałszowanie historii - podejrzanie brzydko pachnie dla tropicieli afer i skandali. Nie od dziś wiadomo, że historię piszą zwycięscy, którzy swoich poprzedników gotowi są znieważać na wszelkie sposoby. Najłatwiej oskarżać tego, który nie może się bronić.
Po śmierci Ryszarda (zginął w bitwie pod Bosworth, która położyła kres długiej i wyniszczającej Anglię wojnie Dwóch Róż, czyli wojnie pomiędzy Lancasterami a Yorkami) rządy przypadły dynastii Tudorów (sprawdza się stara prawda, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta), na czele której stanął Henryk VII. Po przejęciu steru rządów Tudorowie, którzy nienawidzili Ryszarda i dla których zarażenie tą nienawiścią ludu stało się jednym z priorytetów i kroków do umocnienia własnej pozycji tworzą wizerunek potwora, krwiożerczej bestii. Najpierw znieważają zwłoki nieszczęsnego, a następnie przypisują mu każdą niegodziwość, jaka przychodzi im na myśl, a tym samym poprzez kontrast sami jawią się wybawicielami i zbawcami Anglii. Ryszard III, jak podają dzisiaj badacze wcale nie był takim okrutnym i zbrodniczym potworem, jakim przedstawiały go pisane pod dyktando, albo dla przypodobania się Tudorom kroniki. Nie ma nawet dowodów na przypisywane mu zabójstwo bratanków. Nie oznacza to oczywiście, iż nie on był zleceniodawcą zabójstwa, czy też że był władcą bez skazy. Należy jednak pamiętać, iż rzecz cała miała miejsce w XV wieku (kiedy pojęcie moralności miało nieco inne znaczenie niż ma dzisiaj), w czasach, w których niemal każdy władca miał krew na rękach.
Czy Szekspir należał do zwolenników Tudorów nie wiem, w każdym razie żył w czasach, kiedy rządy sprawowała wnuczka Henryka VII Elżbieta I, a oficjalne kroniki przedstawiały Ryszarda, jako najgorszego ze zbrodniarzy. Może miał tego świadomość, iż przedstawiona przez kronikarzy historia sprzed stu lat jest nie do końca prawdziwa, może nie.
Ale z drugiej strony, czy to, iż Ryszard III nie był takim, jakim przedstawia go Szekspir odbiera wartości dramatu? Moim zdaniem absolutnie nie. Pisarz przedstawia w nim portret psychologiczny polityka dążącego do przejęcia władzy, który wyznaje zasadę cel uświęca środki. Szekspir przedstawia mechanizm politycznego cynizmu i zakłamania. Czytając Ryszarda III chwilami zadawałam sobie pytanie, czy nie jest to portret przejaskrawiony, czy naprawdę istnieją osoby aż do gruntu złe, bez sumienia, w których nie ma ani krzty moralności i empatii, dla których świat kręci się wokół ich własnej osi, osoby ogarnięte szaleństwem, wizją, żądzą. Po chwili zastanowienia musiałam przyznać, iż takich osób historia zna niestety nazbyt wiele.
Na wieść o chorobie króla (swego poprzednika) szekspirowski bohater wygłasza monolog, będący jego politycznym credo:
Tak, nie przeżyje, mam nadzieję, ale
Najpierw karetą wyślemy do nieba
George`a. Ciężarem rzekomych dowodów
Nadając wagę zmyśleniom, podsycę
W królu nienawiść jego do Clarence`a;
Jeśli ten skryty zamysł się powiedzie,
Więzień nie ujrzy jutrzejszego dnia.
To się załatwi- a wtedy niech Pan Bóg
Króla Edwarda bierze do swej chwały,
A mnie zostawi świat, bym się w nim krzątał!
Wtedy poślubię bowiem młodszą córkę
Warwicka- cóż, że zabiłem jej męża
I ojca? Zwrócę dziewczynie te straty,
Gdy sam się stanę jej mężem i ojcem.
I stanę się, tak; nie tyle z miłości,
Ile z uwagi na inny sekretny
Plan, który przez ten ślub wprowadzę w życie.
Nie dzielmy, jednak skóry na niedźwiedziu;
George wciąż oddycha, król choć śmierci bliski,
Żyje; gdy umrą, obliczymy zyski.
*
 

Po trzecie - ciężko się czyta dzieło pisane językiem szesnastowiecznym.
Ale czy rzeczywiście, czy język poety i opisane przezeń treści są tak nam obce; czy nie znajdujemy analogii do czasów nam współczesnych. Rzecz cała tyczy tego podłego Ryszarda (takich Ryszardów i dzisiaj nie brak, choć zmieniły się nieco metody działania mechanizm pozostał ten sam), ale i całe jego otoczenie nie pozostaje bez winy, czyż jego przyszłe ofiary nie są wcześniejszymi wspólnikami zbrodni, czy na scenie wydarzeń znajdujemy choć jednego sprawiedliwego. W Królu Ryszardzie III rozterki sumienia ma jedynie płatny morderca, na co odpowiada mu towarzysz przestępstwa słowami, które wyrażają moralność niemal wszystkich bohaterów sztuki.
Nie będę się z nim wdawał; sumienie robi z człowieka tchórza. Człowiek nie może spokojnie ukraść, żeby nie zaczęło go oskarżać; człowiek nie może zakląć, żeby go nie zrugało; człowiek nie może pójść do łóżka z żoną bliźniego swego, żeby sumienie tego nie wykryło. To duch wiecznie czerwony ze wstydu i wiecznie wykrzykujący nam w środku jakieś protesty albo ustawiający przeszkody. Zdarzyło mi się raz pod jego wpływem oddać sakiewkę ze złotem, którą przypadkiem znalazłem. Sumienie doprowadzi do nędzy, każdego kto je zachowa; ludzie wykurzają je z miast i osad jak najgorszą zarazę; kto chce żyć wygodnie i dostatnio, stara się ufać tylko sobie samemu i żyć bez niego. ** A monolog końcowy wygłoszony przez przyszłego władcę brzmi równie pięknie, co nieszczerze i przypomina przedwyborcze obietnice dzisiejszych polityków. I po raz kolejny zastanawiam się, co takiego sprawia, że władza jest dla człowieka tak pożądaną. Może potrafiłby na to udzielić mi odpowiedzi któryś ze sprawujących władzę.
A sam Ryszard, który tej władzy pożądał za cenę każdej zbrodni, czy trzymając ster rządów w swych rękach czuje się spełniony, czy też świadomy jej mechanizmu może spać spokojnie. Scena z duchami pomordowanych zdaje się odpowiadać na to pytanie i tylko dziwnym wydaje się, jak ten cyniczny polityk daje się uwieść ułudzie pokładając zaufanie w swoich poplecznikach, bowiem finał jest więcej niż pewny od samego początku. Doskonały portret Ryszarda kreśli Szekspir ustami jego matki;
… już twoje przybycie
Na świat zmieniło w piekło moje życie.
W mękach zrodzony, krnąbrny i oporny
W kołysce dziki i gniewny i niesforny
W wieku dziecięcym, awanturnik butny
W młodości hardy, podstępny, okrutny
W dojrzałych latach-dzisiaj jesteś jeszcze
Groźniejszy, jako że umiesz nienawiść
Ukryć pod maską życzliwej dobroci.
***
*str. 15 Król Ryszard III Wiliam Szekspir Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów „W drodze” 1996 r. Tłumaczenie Stanisław Barańczak 
**  str. 55 tamże
*** str. 157-158 tamże
Za pożyczenie książki dziękuję momartrze. (książeczki dziś rozpoczęły swą podróż na zachód i mam nadzieję bez większej męki dotrą do domu przed świętami).

Sama po książkę sięgnęłam zaintrygowana teatralną adaptacją sztuki. Na festiwalu szekspirowskim w Gdańsku w zeszłym roku wystąpili aktorzy Teatru Jaracza w Łodzi. Przedstawienie w reż. Grzegorza Wiśniewskiego bardzo przypadło mi do gustu, bowiem pozbawione było udziwnień, uwspółcześnień, popisywania się reżysera, czy poprawiania Szekspira. Zachowując wierność pisarzowi przedstawił reżyser tragedię Ryszarda. Ten introwertyk nienawidzący wszystkiego i wszystkich, łącznie z samym sobą dąży nie tyle do zwycięstwo, co do samozagłady. A finałowa scena dialogu z matką pokazuje Ryszarda, który choć żywy już nie żyje.
Czy to jest przesłanie dla rządzących, iż z każdego szczytu jest tylko jedna droga, upadek? Ale kto by się tam dziś (czy kiedykolwiek) przejmował słowami poety.
A czy czytać Szekspira, czy nie to już musicie zdecydować sami.
Na zdjęciu Tower of London (fragment) - miejsce, gdzie kończyli życie polityczni przeciwnicy monarchów.

wtorek, 26 listopada 2013

"Śpiewacy" Iwan Turgieniew

Ileż to już razy obiecywałam sobie, że nie sięgnę więcej po literaturę rosyjską..? Mimo to od czasu do czasu łamię to postanowienie, no i mam za swoje... (o ile w przypadku utworu Turgieniewa było to tylko 20 stron, o tyle inna powieść rosyjska, którą czytam niestrudzenie od prawie 3 miesięcy, to już nie lada wyczyn:)). To niesamowite, że literatura każdego kraju ma w sobie coś tak niepowtarzalnego i charakterystycznego, że bardzo często zdarza mi się szukać utworów i autorów właśnie pod kątem kraju, z którego pochodzą. Stąd wiem na pewno, że gdy sięgnę po literaturę francuską, na 90% zainteresuje mnie, zachwyci lub chociażby wzbudzi pozytywne emocje. 

Wracając jednak do opowiadania I. Turgieniewa. Cóż, sama nie wiem, co mogę o nim napisać. Sam tytuł wskazuje, iż bohaterami utworu są śpiewacy. Tak, to prawda. Narrator, bardzo uważny obserwator życia w wiosce Kołotowce, prowadzi nas do niewielkiego szynku "Przytulnego", gdzie odbywać się mają zawody w śpiewaniu (nie wiem jak to inaczej opisać - na pewno nie jest to karaoke!). Naprzeciw siebie stają dwaj wytrawni śpiewacy: Jaszka Turek i Jakub przedsiębiorca. A rozstrzygnąć o losach konkursu mają stali bywalcy szynku. Ot i cała historia. Oczywiście jeden z nich wygrywa, otrzymuje nagrodę, dzieli się nią z publicznością... Jeśli mam być szczera - opowiadanie o niczym.

Ciąg dalszy TUTAJ :) zapraszam!

niedziela, 24 listopada 2013

"Tętniące serce"

Wiele już czytałam powieści o miłości rodzicielskiej. Wiele łez wylałam przy tego typu historiach, gdyż przeważnie sytuacje opisywane przez autorów okazywały się skrajnie patologiczne (niekoniecznie w negatywnym sensie). Jednak opowieść szwedzkiej pisarki, bądź co bądź laureatki Nagrody Nobla, wywarła na mnie niesamowite wrażenie, a łezka się w oku nie zakręciła. Jak to możliwe? Pytam dotąd sama siebie :)

S. Lagerlof wzięła na warsztat nietypowy temat - tacierzyństwo. Wątek, który w dzisiejszych czasach byłby czymś normalnym lub też czymś pożądanym, sto lat temu musiał wywołać skrajne emocje.Być może dlatego właśnie autorka wybrała tak specyficzny sposób opisu historii Jana Andersona i jego córki Klary Finy Gulleborgi. Za chwilę postaram się wyjaśnić dokładniej, o co mi chodzi, choć nie jestem pewna, czy będę potrafiła w pełni oddać to, co kłębi mi się w głowie.

Ciąg dalszy TUTAJ! Zapraszam :)

wtorek, 19 listopada 2013

Siostry krzyżowe - Aleksy Riemizow.





Książkę, o której tym razem piszę przeczytałam już kilka miesięcy temu. A jest to arcyciekawa, zarówno pod względem tematyki jak i stylu jakim została napisana,  powieść Aleksego Riemizowa pod intrygującym tytułem  "Siostry krzyżowe". Jak sądzę pisarz nie jest znany a ja też zetknęłam się z nim przypadkowo w trakcie przeglądania jakiegoś antykwariatu na allegro. To właśnie  tytuł książki mnie zaciekawił.

      Kim był Riemizow?
 Z dość obszernego posłowia wynika, że Aleksy Riemizow  urodzony w 1877 roku w Moskwie, w rodzinie kupieckiej, który studiował  na wydziale fizyczno-matematycznym uniwersytetu  moskiewskiego,  uważany jest za jednego z największych prozaików rosyjskich XX wieku. Życie miał trudne bowiem jego pół  spędził na emigracji, gdyż jak w 1921 roku opuścił Rosję to mimo przyjęcia w 1948 roku obywatelstwa radzieckiego już nigdy do kraju nie wrócił. Wpierw mieszkał w Berlinie skąd w 1923 roku przeniósł się do Paryża, gdzie zmarł w 1957 roku. Na powrót do kraju nie pozwolił mu zły stan zdrowia, do którego przyczyniły się lata paryskiego ubóstwa oraz osamotnienie, gdyż w 1943 roku zmarły jego żona i córka. 



Czytaj więcej>>>>>>

czwartek, 14 listopada 2013

Ojciec Damian - Wilhelm Huenerman










Nie bardzo wiem, jak ta książka,  wydana w 1985 roku przez Wydawnictwo Pallottinum,  trafiła do mojej biblioteczki. Prawdę mówiąc nie paliłam  się jakoś do jej  przeczytania, ale pomyślałam, że skoro mamy Rok Wiary to warto by poczytać o ludziach, którzy nie tylko żyli wiarą , ale byli jej herosami, a z pewnością wyjdzie  to na dobre dla mojej mdłej  wiary. I się nie myliłam.
   Wilhelm Huenermann, niemiecki pisarz katolicki i zarazem ksiądz, najbardziej znany z biografii rzymskokatolickich świętych, w swej  książce "Ojciec Damian " w  piękny i wyrazisty sposób ukazał niezwykłego pod każdym względem człowieka,  dzisiaj  już świętego,  Józefa de Veuster, Flamanda urodzonego 3 stycznia 1840 w Tremelo w Belgii, który  w wieku 19 lat  wstąpił do Zgromadzenia Najświętszych Serc Jezusa i Maryi w Leuven  przybierając  imię Damian.

    Kim był ten Flamand , którego w 2005 roku  w plebiscycie zorganizowanym przez belgijską telewizję  uznano za najznakomitszego  Belga w historii tego kraju.

   Ojciec Damian  Veuster  urodził się jako siódme dziecko w średniozamożnej, chłopskiej rodzinie, która wychowywała swe dzieci w duchu wiary chrześcijańskiej  i patriotyzmu ucząc miłości do Boga i Flandrii, która była ich ukochaną ojczyzną, a także dbała o ich  kształcenie.  Zaowocowało to poświęceniem się służbie Bogu przez czwórkę młodych Veusterów.  Huenermann  przedstawia Józefa Veustera jako gorącego patriotę, który przeznaczany przez ojca do przejęcia gospodarstwa długo się sprzeciwiał wysłaniu go do szkoły handlowej tylko dlatego, że musiał tam uczyć się mówić po walońsku / Belgia w tym czasie wstrząsały konflikty na tle językowo-kulturowym/.





Czytaj więcej >>>>

środa, 13 listopada 2013

"LOLITA" VLADIMIR NABOKOV

Tytuł: Lolita
Tytuł oryginału: Lolita
Autor: Vladimir Nabokov
Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 319
Moja ocena: 4/6






„Lolito, światłości mojego życia, ogniu moich lędźwi. Grzechu mój, moja duszo. Lo-li-to: koniuszek języka robi trzy kroki po podniebieniu, przy trzecim stuka w zęby. Lo. Li. To. Na imię miała Lo, po prostu Lo, z samego rana, i metr czterdzieści siedem w jednej skarpetce. W spodniach była Lolą. W szkole – Dolly. W rubrykach – Dolores. Lecz w moich ramionach zawsze była Lolitą”
 
Do przeczytania "Lolity" skłoniła mnie ciekawość podsycona wieloma sprzecznymi i kontrowersyjnymi opiniami na temat tejże powieści, które usłyszałam i przeczytałam. 
Nie będę zbytnio rozpisywać się  o tej książce, gdyż napisano o niej już chyba wszystko i nic nowego nie napiszę, wyłączając jedynie moją opinię. 

"Lolita" najbardziej znana powieść Vladimira Nabokova, wybitnego pisarza rosyjskiego i amerykańskiego, opowiada o Humbercie Humbercie, czterdziestoletnim mężczyźnie, pedofilu, obsesyjnie zakochanym, pożądającym dwunastoletnią dziewczynkę Dolores Haze, którą w powieści nazywa swoją nimfetką Lolitą. Humbert jest człowiekiem obsesyjnie pożądającym małe dziewczynki, pełnym pogardy dla innych ludzi,  jest wariatem, który pozbawił dzieciństwa Dolores. Natomiast Dolores jest wulgarną, krnąbrną, arogancką i bezczelną małą dziewczynką.

Narratorem książki jest sam Humbert, którą stworzył ją podczas pobytu w więzieniu. Treścią powieści, oprócz kazirodczego i chorego związku z małą Dolores jest ich wspólna, barwnie opisana dwuletnia podróż po Stanach Zjednoczonych. Pisząc o tej powieści nie sposób wspomnieć o kunszcie literackim, godnym podziwu. Pierwszą myślą jak nasunęła mi się po przeczytaniu książki było: no, niezła!,  ale budzi trochę niesmak. Wbrew pozorom nie ma w niej krzty scen erotycznych, żadnego erotyzmu. "Lolita" jest to powieść, która z jednej strony zawiera kontrowersyjną fabułę, ale z drugiej wyszukany i nadzwyczajny język literacki, godny miana arcydzieła. Moja ocena tej książki nie jest wysoka, ale też i nie niska, dlatego, że tak ujmę, treść bardziej wzbudziła we mnie niesmak i obrzydzenie, niż mogłam się delektować podczas czytania wyrafinowanym językiem literackim Nabokova.

piątek, 8 listopada 2013

Byli i będą - Maria Rodziewiczówna


Kazimierz Czachowski, w swej książce " Maria Rodziewiczówna na tle swoich powieści" z 1935 roku tak napisał o "Byli i będą" :
"Poznajemy różne środowiska : arystokrację w stolicy, za granicą i na wsi w Królestwie, uczącą się w Warszawie młodzież z różnych sfer, rozbitków na bruku miejskim,zwłaszcza zaś ziemiaństwo kresowe, uparcie utrzymujące swe placówki narodowego stanu posiadania, które raz stracone, nie byłyby już do odkupienia(...), oraz zagrodową szlachtę krośniańską, prześladowaną nie tylko za patriotyzm, ale i za religię, gwałtem zmuszaną do prawosławia".

   W odległej już przeszłości byłam wielką fanką powieści Marii Rodziewiczówny. Do dzisiaj mam w swojej bilioteczce kilka jej książek a między nimi ukochanego i wielokrotnie czytanego "Dewajtisa". Toteż jak zobaczyłam w Kuferku Książkówki powieść Marii Rodziewiczówny "Byli i będą" biorąc dział w rozdaniu wybrałam ją właśnie i udało się. Książka przyciągnęła mój  wzrok również  swą niebanalną okładką, na której umieszczono fragment Pikiety powstańczej  Maksymiliana Gierymskiego. Powstaniec na koniu to wyraźny sygnał, że w  treści książki będzie odniesienie do powstania styczniowego. I tak faktycznie jest, gdyż  akcja książki głównie toczy się na Litwie po 1863 roku, chociaż również w Warszawie, gdzie przebywający, a pozbawieni swej ziemi, kresowiacy o niczym innym nie marzą tylko o powrocie w swoje rodzinne strony na Litwie, gdy lojalna wobec zaborcy arystokracja nie gardząc przejmowaniem w zarząd zarekwirowanych na Litwie majątków ziemskich prowadzi wystawny tryb życia i bawi się doskonale.


czytaj więcej>>>>

wtorek, 5 listopada 2013

Amerykańskie rewolucje i świetlana przyszłość

o Żelaznej stopie Jacka Londona

W ciągu kilku lat, na raty i mocno na siłę, ale udało mi się wreszcie przeczytać całość Żelaznej stopy Jacka Londona. Zdobyłam się na to m.in. dlatego, że mnie ten pan kojarzy się nie tyle ze swoimi powieściami przygodowymi (bo i nie bardzo może, skoro nigdy ich nie czytałam), ile z uroczym zbiorkiem opowiadań fantastycznych pt. Szkarłatna dżuma opublikowanym przez wyd. Czytelnik w 1978 r. (O tytułowej niedyspozycji, która zmiotła z powierzchni Ziemi całkiem sporą część ludzkości, pisałam w tekście pt. Małe postapo sprzed wielkiej wojny). Do lektury Żelaznej stopy zachęciła mnie notka z angielskiej Wikipedii. Powieść została umieszczona tam w szufladce z napisem dystopia. Wprawdzie z dystopią jako taką ta książeczka Londona nie ma zbyt wiele wspólnego, bez względu na to stanowi jednak interesujący wyraz socjalistycznych sympatii pisarza oraz powiązanych z tym utopijnych rojeń, a także swego rodzaju speculative fiction, w obrębie której nie braknie miejsca na fantastycznonaukowe elementy. Tak, jeśli już czytać tę książkę ― i mieć z tego frajdę! ― koniecznie należy przetrzeć wewnętrzną lupę, której namacalnym przejawem może być ostro zatemperowany ołówek do zakreślania w tekście rozmaitych smaczków i ciekawostek. 


Cała recenzja została zamieszczona na blogu o dystopiach.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Cień ojca - Jan Dobraczyński.

    Józef, gdy go poznajemy, ma 27 lat i mieszka w Betlejem, w ziemi Judzkiej. Jest miłującym spokój, bogobojnym i bardzo religijnym Żydem, a także dobrym człowiekiem w wieku, w którym powinien już być żonaty, ale on zwleka, jakby czekał na jakiś znak, żadna z rajonych mu dziewcząt nie zaskarbia sobie jego serca. Niezadowolony jest z tego powodu  jego ojciec, Jakub, stąd ich stosunki są dość chłodne. Jakub pochodzi z królewskiego rodu Dawida i gdy okazuje się, że panujący w Judei Herod, wszędzie wietrzący spisek,  może obrócić się przeciw członkom rodu Dawida radzi  Józefowi, który jest znakomitym i szeroko znanym naggarem, co mogłoby zwrócić na niego uwagę Heroda, by opuścił Betlejem i poszukał sobie żony w świecie. Józef posłuszny ojcu udaje się wpierw do kapłana Zachariasza po radę i tu spotyka Elżbietę, żonę Zachariasza, która radzi mu by udał się do Nazaretu, gdzie mieszka jej siostrzenica, która z pewnością mu się spodoba, i która będzie dobrą żoną. Józef udaje się więc do Nazaretu i tam przy  studni poznaje Miriam.

   

Czytaj więcej na moim blogu.

Lato leśnych ludzi - M. Rodziewiczówna

Rewelacyjna powieść dla miłośników natury, życia w stylu slow i buntujących się przeciwko wiecznie ogarniającemu nas pędowi!
Trójka przyjaciół, Rosomak czyli Wódz, Żuraw czyli Doktor i Pantera, wczesną wiosną porzucają miejskie życie, by osiąść w chacie w leśnej głuszy. Swą codzienność podporządkowują prawom Natury. Dołącza do nich młody chłopak, oddany przez matkę na wakacje wujowi, by wyleczyć się z zakazanej miłości. Początkowo młodzieniec nie umie się odnaleźć w spartańskich warunkach, jednak szybko wciąga go nowe życie i pragnie stać się leśnym "ludziem". Do gromadki dołączają również przyjaciele, stali bywalcy i letni mieszkańcy chaty. Wraz z bohaterami przemierzamy puszczę, poznajemy jej mieszkańców, ich zwyczaje. I tak aż do późnej jesieni, kiedy to milkną żurawie, co oznacza, że nadeszła pora powrotu do miasta na zimę.
Opisy są tak szczegółowe i realistyczne, że prawie można  wdychać zapach lasu, usłyszeć szum drzew, poczuć lodowatą wodę wiosennego jeziora czy żar lipcowego słońca.  Wbrew pozorom z kart powieści nie wieje nudą. Nie ma tu może wartkiej akcji, ale nie brakuje wydarzeń zaskakujących czy zatrważających. W główny wątek wplecione są również drobne akcenty patriotyczne, które przypominają, że opisywane wydarzenia miały miejsce na przełomie XIX i XX w.
Brak tu, tak charakterystycznego dla wielu powieści Rodziewiczówny, wątku nieszczęśliwej miłości.  Ba, zawiedziony będzie każdy, kto w ogóle o miłości damsko-męskiej będzie chciał czytać! Bo w tej powieści miłością obdarzone są wszelkie żyjące istoty leśne, każdy człowiek i Bóg-ich Stwórca.
Początkowo nieco męczył język, którym posługiwała się Autorka, jednak szybko się do niego przyzwyczaiłam i nie zakłócał dalszego odbioru.
Na książkę trafiłam przez zupełny przypadek i zachwyciłam się! Zatęskniłam za lasem, latem, ciszą i niespiesznym delektowaniem się chwilą.