Czytaj więcej na moim blogu.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Cień ojca - Jan Dobraczyński.
Józef, gdy go poznajemy, ma 27 lat i mieszka w Betlejem, w ziemi Judzkiej. Jest miłującym spokój, bogobojnym i bardzo religijnym Żydem, a także dobrym człowiekiem
w wieku, w którym powinien już być żonaty, ale on zwleka, jakby czekał
na jakiś znak, żadna z rajonych mu dziewcząt nie zaskarbia sobie jego
serca. Niezadowolony jest z tego powodu jego ojciec, Jakub, stąd ich
stosunki są dość chłodne. Jakub pochodzi z królewskiego rodu Dawida i
gdy okazuje się, że panujący w Judei Herod, wszędzie wietrzący spisek,
może obrócić się przeciw członkom rodu Dawida radzi Józefowi, który
jest znakomitym i szeroko znanym naggarem, co mogłoby zwrócić na niego
uwagę Heroda, by opuścił Betlejem i poszukał sobie żony w świecie. Józef
posłuszny ojcu udaje się wpierw do kapłana Zachariasza po radę i tu
spotyka Elżbietę, żonę Zachariasza, która radzi mu by udał się do
Nazaretu, gdzie mieszka jej siostrzenica, która z
pewnością mu się spodoba, i która będzie dobrą żoną. Józef udaje się
więc do Nazaretu i tam przy studni poznaje Miriam.
Czytaj więcej na moim blogu.
Czytaj więcej na moim blogu.
Lato leśnych ludzi - M. Rodziewiczówna
Rewelacyjna powieść dla miłośników natury, życia w stylu slow i buntujących się przeciwko wiecznie ogarniającemu nas pędowi!
Trójka przyjaciół, Rosomak czyli Wódz, Żuraw czyli Doktor i Pantera, wczesną wiosną porzucają miejskie życie, by osiąść w chacie w leśnej głuszy. Swą codzienność podporządkowują prawom Natury. Dołącza do nich młody chłopak, oddany przez matkę na wakacje wujowi, by wyleczyć się z zakazanej miłości. Początkowo młodzieniec nie umie się odnaleźć w spartańskich warunkach, jednak szybko wciąga go nowe życie i pragnie stać się leśnym "ludziem". Do gromadki dołączają również przyjaciele, stali bywalcy i letni mieszkańcy chaty. Wraz z bohaterami przemierzamy puszczę, poznajemy jej mieszkańców, ich zwyczaje. I tak aż do późnej jesieni, kiedy to milkną żurawie, co oznacza, że nadeszła pora powrotu do miasta na zimę.
Opisy są tak szczegółowe i realistyczne, że prawie można wdychać zapach lasu, usłyszeć szum drzew, poczuć lodowatą wodę wiosennego jeziora czy żar lipcowego słońca. Wbrew pozorom z kart powieści nie wieje nudą. Nie ma tu może wartkiej akcji, ale nie brakuje wydarzeń zaskakujących czy zatrważających. W główny wątek wplecione są również drobne akcenty patriotyczne, które przypominają, że opisywane wydarzenia miały miejsce na przełomie XIX i XX w.
Brak tu, tak charakterystycznego dla wielu powieści Rodziewiczówny, wątku nieszczęśliwej miłości. Ba, zawiedziony będzie każdy, kto w ogóle o miłości damsko-męskiej będzie chciał czytać! Bo w tej powieści miłością obdarzone są wszelkie żyjące istoty leśne, każdy człowiek i Bóg-ich Stwórca.
Początkowo nieco męczył język, którym posługiwała się Autorka, jednak szybko się do niego przyzwyczaiłam i nie zakłócał dalszego odbioru.
Na książkę trafiłam przez zupełny przypadek i zachwyciłam się! Zatęskniłam za lasem, latem, ciszą i niespiesznym delektowaniem się chwilą.
Trójka przyjaciół, Rosomak czyli Wódz, Żuraw czyli Doktor i Pantera, wczesną wiosną porzucają miejskie życie, by osiąść w chacie w leśnej głuszy. Swą codzienność podporządkowują prawom Natury. Dołącza do nich młody chłopak, oddany przez matkę na wakacje wujowi, by wyleczyć się z zakazanej miłości. Początkowo młodzieniec nie umie się odnaleźć w spartańskich warunkach, jednak szybko wciąga go nowe życie i pragnie stać się leśnym "ludziem". Do gromadki dołączają również przyjaciele, stali bywalcy i letni mieszkańcy chaty. Wraz z bohaterami przemierzamy puszczę, poznajemy jej mieszkańców, ich zwyczaje. I tak aż do późnej jesieni, kiedy to milkną żurawie, co oznacza, że nadeszła pora powrotu do miasta na zimę.
Opisy są tak szczegółowe i realistyczne, że prawie można wdychać zapach lasu, usłyszeć szum drzew, poczuć lodowatą wodę wiosennego jeziora czy żar lipcowego słońca. Wbrew pozorom z kart powieści nie wieje nudą. Nie ma tu może wartkiej akcji, ale nie brakuje wydarzeń zaskakujących czy zatrważających. W główny wątek wplecione są również drobne akcenty patriotyczne, które przypominają, że opisywane wydarzenia miały miejsce na przełomie XIX i XX w.
Brak tu, tak charakterystycznego dla wielu powieści Rodziewiczówny, wątku nieszczęśliwej miłości. Ba, zawiedziony będzie każdy, kto w ogóle o miłości damsko-męskiej będzie chciał czytać! Bo w tej powieści miłością obdarzone są wszelkie żyjące istoty leśne, każdy człowiek i Bóg-ich Stwórca.
Początkowo nieco męczył język, którym posługiwała się Autorka, jednak szybko się do niego przyzwyczaiłam i nie zakłócał dalszego odbioru.
Na książkę trafiłam przez zupełny przypadek i zachwyciłam się! Zatęskniłam za lasem, latem, ciszą i niespiesznym delektowaniem się chwilą.
środa, 30 października 2013
Frankenstein - Marry Shelley
Motyw potwora stworzonego przez "szalonego naukowca" jest bardzo popularny za sprawą głośnej adaptacji z 1931 roku; występuje on nawet w bajkach dla dzieci. Jednak większość ludzi sądzi mylnie, iż to film jest oryginałem, i nie ma pojęcia o istnieniu papierowej wersji. Mimo tego, że nigdy nie zetknęłam się ani z książką ani ekranizacją, miałam pojęcie o fabule "Frankensteina". Muszę powiedzieć, że historia bardzo mnie zaskoczyła - i właściwie mogę zacząć od stwierdzenia, że to lektura obowiązkowa dla każdego książkoholika. Ale po kolei.
Mianowicie w młodości bardzo interesował się naukami ścisłymi - a zwłaszcza biologią, anatomią. W pewnym momencie swojego życia zapragnął poznać tajniki życia i śmierci. Odkrycia przerosły jego najśmielsze oczekiwania - mężczyzna stał się zdolny do ożywienia ludzkiego ciała, z czego nie omieszkał skorzystać. Tak powstało monstrum stworzone z fragmentów martwych ludzkich ciał, kradzionych z kostnic i grobowców - monstrum lubujące się w morderstwach.
Zacznę od małego wyjaśnienia: na świecie panuje błędne wyobrażenie o tym, iż to potwór stworzony przez Wiktora zwie się Frankensteinem. W rzeczywistości jednak jest to nazwisko jego stwórcy; monstrum pozostaje bezimienne. Tak, moje życie też legło w gruzach. Jednak aby ułatwić życie i sobie i Wam, potwora będę nazywała zgodnie ze stereotypem Frankensteinem, a jego stwórcę - po prostu Wiktorem.
A więc od początku: Mary Shelley udało się stworzyć mroczny, specyficzny, pełen napięcia klimat. Używa nader obrazowego, bogatego języka, dzięki któremu wszystkie sceny są żywe i wciąż istniejące w mojej głowie. Autorka doskonale oddaje realia XVIII wieku; lekturze towarzyszy wrażenie przeniesienia się do tamtych czasów. Jak widać "Frankenstein" to doskonała pod względem technicznym powieść. A jest to dopiero koniec początku tej recenzji.
"I cóż z tego, że człowiek może pochwalić się tym, iż posiada subtelne uczucia znacznie wyższego rzędu niż te, które obserwujemy u zwierząt, skoro to tylko bardziej komplikuje i utrudnia życie?"
Bardzo zaskoczył mnie pomysł na narrację. Myślałam, że będzie to coś w rodzaju pamiętnika Wiktora - nie spodziewałam się retrospekcji. Jest to bardzo oryginalny pomysł (tym bardziej, iż powieść powstała w roku 1818!), podobnie jak cała fabuła. "Frankenstein" jest bowiem prekursorem gatunku science-fiction. Tak, sci-fi - nie horroru. Pod tym względem książka mnie trochę rozczarowała. Opowieści krążące o adaptacji sugerują, iż historia ta jest co najmniej straszna. W rzeczywistości od czasu do czasu owszem, przejdą ciarki, ale nic więcej. Zamiast tego mamy do czynienia z postaciami o tak złożonych obrazach psychologicznych, jakich mało. Zarówno Frankenstein jak i jego stwórca to bohaterowie nakreśleni perfekcyjnie, dokładnie przez autorkę obmyśleni. Obie persony (mogę użyć tego słowa w stosunku do Frankensteina?) wywołują współczucie, mamy nawet do czynienia z niezapisanym pytaniem "kto jest prawdziwym potworem?". Jestem pod ogromnym wrażeniem precyzji i wnikliwości pani Shelley przy tworzeniu swoich postaci. Bądź co bądź książka ta mogłaby też figurować jako psychologiczna. Przy tym wszystkim tracą znaczenie aspekty takie jak niespieszna akcja czy delikatna przewidywalność (przy czym "delikatna" wcale nie jest eufemizmem - kilka razy naprawdę się zaskoczyłam!).
A teraz powiem kilka słów o wydaniu: jestem nim po prostu zbulwersowana! Mianowicie kiedy doszłam do strony 160, okazało się, iż w moim egzemplarzu nie ma strony 161, ani 162, ani żadnej kolejnej... zastąpiono je stronami 98, 99 - i tak przez 30 stron, aż do samego końca. "Frankensteina" więc nie doczytałam, choć próbowałam po angielsku (został mi co prawda już tylko jeden rozdział, ale naprawdę nie mam do tego siły -język jest za stary). Zakończenie tej książki jest jednak powszechnie znane i to jest moje jedyne pocieszenie. Bo właśnie łamię swoją zasadę recenzowania tylko tych pozycji, które ukończyłam.
Mimo tego mogę stwierdzić, że "Frankenstein" to książka bardzo, bardzo dobra - klimatyczna, niebanalna, pod pewnym względem nawet poruszająca. Zdecydowanie obowiązkowa dla każdego szanującego się bibliofila. Polecam!
Moja ocena: 8/10
"Ania na uniwersytecie" Lucy Maud Montgomery
Tytuł: Ania na uniwersytecie
Tytuł oryginału: Anne of the Island
Autor: Lucy Maud Montgomery
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 299
Moja ocena: 5/6
(Całość można przeczytać na blogu)
Tytuł oryginału: Anne of the Island
Autor: Lucy Maud Montgomery
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 299
Moja ocena: 5/6
Po dwóch latach pracy w szkole przed Anią otwiera się perspektywa studiów uniwersyteckich. Towarzyszymy jej teraz w życiu studenckim w Redmond. Radość Ani z wyjazdu do Redmondu przyćmiewa myśl o rozstaniu z najbliższymi. Bohaterka pociesza się faktem, że razem z nią pierwsze kroki na uniwersytecie będą stawiali: Priscilla, Karol i... Gilbert Pierwsze doświadczenia literackie i... miłość - oto co wypełnia czas niezwykle pilnej studentki. Zawieranie nowych znajomości, współzawodnictwo w egzaminach i walka o stypendium Thorburna będą najważniejszymi wydarzeniami pierwszego roku studiów.
"Ania na uniwersytecie" L.M. Montgomery jest trzecią częścią
opowieści o rudowłosej Ani Shirley. W tej części, główna bohaterka
opuszcza swoje ukochane Zielone Wzgórze, by udać się do Redmond. Tam
rozpoczyna czteroletnią naukę na uniwersytecie oraz podejmuje
najważniejsze decyzje w swoim życiu. Tematem przewodnim tego tomu
powieści jest miłość, zaloty i małżeństwo.
Wraz z Anią na uniwersytet redmondzki udają się jej przyjaciele z
Avonlea Priscilla, Gilbert i Karol. Pierwszy rok studiów Ania z
Priscillą mieszkają na stancji, a następne trzy w uroczym małym domku
nazwanym "Ustroniem Patty" od imienia właścicielki, która od pierwszego
spotkania polubiła Anię. W tym niezwykłym domku panna Shirley wraz z
przyjaciółkami spędza niezapomniane chwile, ciężko jej jest po trzech
latach opuścić to magiczne miejsce. Czas na studiach upływa Ani na
pilnej nauce, poza tym główna bohaterka zaczyna publikować w gazetach
swoje pierwsze opowiadania z większym i mniejszym sukcesem. Zawiera
także nowe znajomości i przyjaźnie.
(Całość można przeczytać na blogu)
wtorek, 29 października 2013
Wrzos - Maria Rodziewiczówna
Co takiego jest w powieściach Rodziewiczówny, że zawsze wsiąkam w nie od pierwszej kartki, a nie wypuszczam z rąk do ostatniej? Niby nie lubię książek o miłości, a tu przecież dałoby się fabułę streścić w trzech zdaniach z "kocha, nie kocha" w roli jedynego orzeczenia. Niemniej nazwanie "Wrzosu" po prostu romansem nie oddaje nawet połowy ducha tej książki.
Bohaterowie są bardzo dla tej pisarki typowi. On - przystojny, zamożny, dobrze urodzony, ale hulaka, utracjusz, zblazowany, serce mu już robak toczy. Ona - żadna wielka piękność, ale miła, spokojna, mądra dziewczyna, o dobrym i szczerym sercu, prawym charakterze, oddana rodzinie, patriotka i opiekunka ubogich, słowem - wzór cnót. On z Warszawy, zdegenerowany przez wielkomiejskie rozrywki. Ona ze wsi, dziecko natury, którą miasto męczy i dusi. Oboje kochają... Tyle, że nie siebie nawzajem.Andrzej i Kazia, niedobrana para połączona małżeńskim węzłem, który szczęścia im chyba dać nie może.
Zawiodą się Ci, którzy szukają, tak częstego w powieściach Rodziewiczówny pokrzepienia. Bardzo to gorzka lektura. Jej bohaterem, na równi z małżeństwem Sanickich, jest plotka. Obmowa i zawiść ukazane są tu jako te wielkomiejskie rozrywki, które całą towarzyską śmietankę zajmują najbardziej. Bez plotki nie obędzie się nawet najmniejsze zgromadzenie. Cała "warszawka" sączy sobie do ucha najwymyślniejsze pomówienia, nie bacząc, że może tym cudze życie zmienić w piekiełko. (W sumie nic się od tamtych czasów nie zmieniło, tylko teraz mamy jeszcze tabloidy...) Czy prostota i szczerość są w stanie wygrać w takim otoczeniu? Przeczytajcie...
"Wrzos" został sfilmowany w 1938 r., rolę Andrzeja Sawickiego grał Franciszek Brodniewicz, główny amant filmowy dwudziestolecia międzywojennego, a muzykę skomponował Władysław Szpilman.
Bohaterowie są bardzo dla tej pisarki typowi. On - przystojny, zamożny, dobrze urodzony, ale hulaka, utracjusz, zblazowany, serce mu już robak toczy. Ona - żadna wielka piękność, ale miła, spokojna, mądra dziewczyna, o dobrym i szczerym sercu, prawym charakterze, oddana rodzinie, patriotka i opiekunka ubogich, słowem - wzór cnót. On z Warszawy, zdegenerowany przez wielkomiejskie rozrywki. Ona ze wsi, dziecko natury, którą miasto męczy i dusi. Oboje kochają... Tyle, że nie siebie nawzajem.Andrzej i Kazia, niedobrana para połączona małżeńskim węzłem, który szczęścia im chyba dać nie może.
Zawiodą się Ci, którzy szukają, tak częstego w powieściach Rodziewiczówny pokrzepienia. Bardzo to gorzka lektura. Jej bohaterem, na równi z małżeństwem Sanickich, jest plotka. Obmowa i zawiść ukazane są tu jako te wielkomiejskie rozrywki, które całą towarzyską śmietankę zajmują najbardziej. Bez plotki nie obędzie się nawet najmniejsze zgromadzenie. Cała "warszawka" sączy sobie do ucha najwymyślniejsze pomówienia, nie bacząc, że może tym cudze życie zmienić w piekiełko. (W sumie nic się od tamtych czasów nie zmieniło, tylko teraz mamy jeszcze tabloidy...) Czy prostota i szczerość są w stanie wygrać w takim otoczeniu? Przeczytajcie...
"Wrzos" został sfilmowany w 1938 r., rolę Andrzeja Sawickiego grał Franciszek Brodniewicz, główny amant filmowy dwudziestolecia międzywojennego, a muzykę skomponował Władysław Szpilman.
poniedziałek, 21 października 2013
Klementyna z Tańskich Hoffmanowa "Dziennik Franciszki Krasińskiej"
Ależ przeżyłam niesamowitą
przygodę! I to z nie byle jaką postacią... Bardzo rzadko tak wciąga mnie
i porusza czyjś dziennik czy pamiętnik. Tym razem jednak Klementyna z
Tańskich Hoffmanowa zaciekawiła mnie niesamowicie osobą Franciszki
Krasińskiej. Nazwisko znane, a jakże, skojarzyłam z Zygmuntem
Krasińskim. I jakiż to był błąd! Nie ten czas, nie to miejsce, ni ci
ludzie. Na szczęście.
Spędziłam
bowiem kilka przyjemnych dni w XVII-wiecznej Polsce, rządzonej przez
Augusta III, barwnej, butnej, szlachtą stojącej Polsce, która w
niedługim czasie miała zniknąć w map Europy. Tam poznałam młodą, wesołą
osóbkę - Franciszkę Krasińską. To ona pokazała mi barwny i jakże inny od
współczesnego świat szlachty, tamtejsze obycie, sposób prowadzenia
konwersacji. Dzięki niej poznałam różne ciekawe zwyczaje panujące na
zamkach, w pałacach i we dworach. W końcu także dzięki niej poznałam
kawałek historii Polski - wszystkie bowiem informacje zawarte w
pamiętniku są jak najbardziej zgodne z faktami historycznymi. Gdy dodamy
do tego bardzo bogaty w opisy, nowinki, niezwykle emocjonalny i jak
najbardziej osadzony w XVII wieku styl pisania - czegóż więcej nam
potrzeba. Nic, tylko brać lekturę do ręki i czytać, czytać, czytać...
ciąg dalszy TUTAJ :)
książkę w formie e-booka ściągnęłam z portalu wolnelektury.pl
ciąg dalszy TUTAJ :)
książkę w formie e-booka ściągnęłam z portalu wolnelektury.pl
Buddenbrookowie - Tomasz Mann
Podobno jest to
najbardziej strawna z powieści filozofującego noblisty - saga
rodzinna, czyli rzecz z gatunku królujacego na topliście wypożyczeń
w mojej osiedlowej bibliotece. Próżno byłoby jednak znaleźć na
tej liście “Buddenbrooków”. Nie o miłość tu bowiem chodzi,
jak w ksiażkach nieco niższych lotów, ani o tzw. ciepło rodzinne
(na myśl o którym Mann zapewne dostałby drgawek), tylko o ambicje,
pozory, pieniądze i śmierć. Książka traktuje o materialnym i
fizycznym upadku pewnej zamożnej kupieckiej rodziny. Początkowo
wydaje się sztywna, niczym nadmiernie wykrochmalone kołnierzyki
lubeckich patrycjuszy, po jakimś czasie wciąga ... i wypluwa
czytelnika kilkaset stron dalej z głową pełną pytań na które
niekoniecznie łatwo znaleźć odpowiedź.
CD na moim blogu.
CD na moim blogu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





