czwartek, 5 marca 2015

Niebo w płomieniach, Jan Paradowski

Historia dorastania pewnego 17-latka z Lwowa (przed pierwszą wojną światową). Motyw przewodni to utrata wiary - średnio fascynujące są jednak te nastoletnie kryzysy, choć miewają skutki na całe życie.
Mam wrażenie, że od tego czasu nauka religii w szkołach poszła mocno do przodu i rozprawiła się z większością kwestii, na których poległa wiara Teofila Grodzickiego. Pamiętam np, ze jeszcze w podstawówce wałkowaliśmy temat, dlaczego teoria Darwina nie jest sprzeczna z wiarą w Boga. 
Kolejne deja vu to “książki zbójeckie”, nadal są, choć co sezon jest modne co innego. Ja w wieku bohatera natknęłam się na Kosidowskiego, teraz na czasie jest Dawkins i jego liczne mutacje (w tym takie adresowane do nastolatków). Nie trzeba się już specjalnie wysilać, żeby zostać ateistą w weekend. Sto lat temu nie było to jednak takie proste, zwłaszcza dla gimnazjalisty. Wówczas, co budzi w tej chwili nawet pewien szacunek, trzeba się było trochę napracować nad zbudowaniem nowego światopoglądu. O dziwo większy nacisk niż od rodziny szedł ze strony szkoły. Trzeba było przewalić sporą ilość zakurzonych tomów autorstwa różnych racjonalistów, żeby dać skuteczny odpór zaprawionemu w słownych potyczkach księdzu katechecie. Zastanawiam się, czy Parandowski jednak to nie przesadził. Siedemnastolatek, który na rok niemal odcina się od świata, żeby zbudować swoją nową wiarę/niewiarę? Bo tak należy ten nowy światopogląd traktować, pod koniec następuje nawet dość szczegółowe jej wyznanie (ze stwierdzeniem, że wierzy w atomy, no cóż). I chodzi tu o zwykłego siedemnastolatka, nie żadnego ekscentryka - średnio pilnego ucznia,  interesującego się dziewczynami. Coś mi się tu nie składa
Całość ratuje tło - czyli Lwów. Z przyjemnością teleportowałam sie znów do tego cudownego miasta w latach jego świetności. W realu pewnie nieprędko je znów odwiedzę, tu mogłam się rozkoszować lwowskimi spacerami do woli. Nawet, jeśli towarzyszył mi w nich irytujący Teofil Grodzicki.
Źródło zdjęcia:lubimyczytać.pl

wtorek, 3 marca 2015

"Mała księżniczka" Frances Hodgson Burnett

Kilkuletnia Sara, półsierota, przybywa z ojcem z Indii, gdzie ten pracuje, do Anglii, by rozpocząć tu naukę w ekskluzywnej pensji panny Minchin. Żyje w wielkim dostatku, niczym księżniczka, ma piękne stroje, służbę do własnej dyspozycji, wspaniałe lalki. Starsze dziewczynki zamieszkujące pensję nie lubią jej, uważają, że się wywyższa i zazdroszczą jej przepychu. Sarę ratuje bujna wyobraźnia i dar opowiadania wymyślonych historii, czym zyskuje przyjaźń młodszych koleżanek i posługaczki, która z czasem staje się najbliższą jej osobą. Panna Minchin traktuje dziewczynkę po królewsku, jako źródło swego wyjątkowo wysokiego dochodu. Wszystko zmienia się w dniu urodzin Sary, kiedy z Indii dociera wiadomość o śmierci jej ojca i totalnym bankructwie. W jednej chwili jej świat się zawala, a bezlitosna panna Minchin sprowadza ją do roli żebraczki i służącej. Przenosi ją z apartamentu do pokoiku na poddaszu, zimnego, obskurnego i zamieszkanego przez szczury. Mimo warunków, w jakich przyszło jej żyć, Sara pozostaje w głębi duszy księżniczką, istotą wrażliwą na potrzeby innych. Nie poddaje się smutkowi, nie załamuje się, lecz nadal wierzy, że jej marzenia się spełnią. Po raz kolejny wyobraźnia pomogła jej przetrwać.
Aż trudno sobie wyobrazić, co czuła mała, bezradna dziewczynka, pozbawiona miłości i czułości najbliższych osób, skazana na zimne i bezduszne traktowanie przez właścicielkę pensji. O jej samotności i smutku świadczy choćby to, że zaprzyjaźniła się ze szczurem...
Wzruszająca, ciepła, poetycko piękna opowieść dla dziewczynek małych i dużych:)

poniedziałek, 2 marca 2015

Listy do matki - Antoine de Saint-Exupery

Sporo się dowiedziałam z tego zbioru listów autora "Małego księcia". Pochodził z arystokratycznej (choć pewnie zubożałej) rodziny, połowa jego rodziny miała własne zamki. Liczne rodzeństwo także było utalentowane, niestety dwójka z nich przedwcześnie zmarła. Nastolatek Francois (zmarły na kardiologiczne powikłania reumatycznego zapalenia stawów) w ostatniej woli przekazał swojemu bratu rower, Marie Madaleine debiutowała równolegle z Antoinem, niestety - wydała tylko jedną książkę, zabiła ją gruźlica. Matka (od jakiejś jabłoni te jabłka ostatecznie pochodziły) była uznaną w swoim czasie malarką. Wreszcie Simone – starsza siostra zajęła się pracą naukową, ale podobno jej wspomnienia są nader ciekawe. Jedynie najmłodsza – Gabrielle, jakoś nie za bardzo wyżywała się artystycznie, pewnie dlatego, że wczesne zamążpójście, gromadka dzieci i rola “pani na zamku” (oczywiście), nie pozostawiło jej zbyt wiele mocy przerobowych.
Rodzeństwo de Saint Exupery
Antoine odebrał wykształcenia raczej humanistyczne, zemściło się to, gdy próbował się dostać do Szkoły Morskiej. Mimo kilku lat spędzonych w szkole przygotowującej do tejże i stosu wydanych na jego edukację franków, w końcu nic z tego nie wyszło. Pod koniec I wojny światowej wstępuje do wojska z zamiarem odbycia przeszkolenia lotniczego i to mu się udaje. Tu zaczna się historia, którą być może konsumenci popkultury i lektur szkolnych cześciowo kojarzą. Poczta lotnicza we francuskiej subsaharyjskiej Afryce, zbudowanie od podstaw Aeroposta Argentina, małżeństwo z “różą” (chimeryczną Consuelo). Druga wojna światowa, gdzie trochę powalczył piórem, a potem postanowił jednak przesiąść się na samolot (choć, już nawet ze względu na wiek, nie musiał). Wreszcie do dziś niewyjaśnione zaginięcie w czasie lotu nad Morzem Śródziemnym (w 1944).
Mimo wszystko trochę jednak żałuję przeczytania tych listów. Korespondencja z matką bywa czasem bardziej wstydliwa, niż z kochanką i to jest chyba ten przypadek. Wyboru dokonywała sama rodzicielka Antoine'a, nieproporcjonalnie dużo listów przypada na lata szkolne i początki pracy zawodowej (do roku 1923/24) i tam niestety, przyszłemu wielkiemu pisarzowi co raz wychodzą krótkie spodenki spod garnituru. Mama wykropkowała podobno co bardziej osobiste uwagi, ale kończącą niemal każdy list mantrę “przyślij pieniądze, mamusiu”, jednak zostawiła. Wprawdzie niemal naocznie widać, że Antoine dojrzewa, zaczyna bardziej chronić matkę, niż dociążać ją swoimi nastrojami, ale pewien dysonans w mej czytelniczej duszy pozostał. Jakoś nie rzuciłam się z zębami i pazurami, żeby odrobić zaległości w lotniczej prozie Saint-Exupery'ego. Boję się, że gdzieś mi zaświecą jego krótkie spodenki.
P.S. Być może nieco światła na układy Antoine' a z matką rzuciłoby umieszczenie w zbiorku także listów matki do syna?

Nieco więcej o rodzinie de Saint-Exupery:
Zdjecia: 1. empik.com; 2 gatsbyonline.com; 3. goodreads.com

wtorek, 24 lutego 2015

W. M. Thackeray - "Historia Henryka Esmonda"

Tytuł oryginalny – The history of Henry Esmond, ESQ
Ilość stron – 501
Wydawnictwo – Państwowy Instytut Wydawniczy
Rok wydania – 1957
Przekład – Bronisław Zieliński
Moja ocena – 7/10

Historia Henryka Esmonda, kolejna książka mojego ukochanego Thackeray’a – nie tak znana jak Targowisko próżności, bo też nie tak dobra. Ale to nadal Thackeray, chociaż w nieco innych realiach niż przywykłam i nieco mniej ironiczny niż zawsze.
Tytułowy bohater jest ni mniej ni więcej tylko bękartem. Bękartem człowieka stojącego dość wysoko, co nie zmienia faktu, że jego wczesne dzieciństwo do najszczęśliwszych nie należy. Sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy młody chłopiec spotyka na swojej drodze krewnych na czele z uroczą  Lady Castlewood. Henryk zostaje przyjęty do rodziny, do której od tego czasu zrobi wszystko… Los zaprowadzi go nie tylko na pole walki, ale też do więzienia, a nawet za kulisy spisków.
Całość do przeczytania na moim blogu.


poniedziałek, 16 lutego 2015

Żony i córki - Elizabeth Gaskell



To już trzecia powieść Elizabeth Gaskell, jaką miałam przyjemność czytać. Od pierwszej, czyli Pań z Cranford jestem zagorzałą miłośniczką tej autorki. 
W Żonach i córkach brak dynamizmu, jaki mamy w Północy i Południu. Klimatem powieść bardzo zbliżona jest do wspomnianych już Pań z Cranford. I tu również mamy apologię sielskiego życia na angielskiej prowincji, gdzie konwenanse są ustalone, a środowisko podzielone na ziemian, arystokrację i kupców - tymi ostatnimi Gaskell się nie zajmuje, kładąc nacisk na wyższe warstwy społeczeństwa. Akcja powieści zaczyna się, kiedy młoda bohaterka, dwunastoletnia Molly Gibson, córka owdowiałego doktora zostaje zaproszona na przyjęcie do wielkiej posiadłości. Tu poznaje przyszłą macochę, która wywiera na dziewczynce nie najlepsze wrażenie. Gaskell opisuje nam postacie w taki sposób, że mimo wszystko nie potrafimy ich nie lubić i dla biednej pani Kirkpatrick mamy dużo zrozumienia. Czytaj dalej...

piątek, 6 lutego 2015

"Pollyanna" C.H.Porter

11-letnia Pollyanna po śmierci ojca, ostatniego członka jej najbliższej rodziny, trafia pod opiekę surowej, oschłej, samotnej ciotki Polly. Ciotka zgodziła się przyjąć siostrzenicę pod swój dach jedynie z obowiązku, gdyż nie może do tej pory siostrze mezaliansu jaki popełniła kilkanaście lat temu. Dziewczynka jest wyjątkową optymistką, widzi w każdej rzeczy coś pozytywnego, prowadzi swoistą grę w radość, której uczy kolejne osoby. Gdy Pollyanna ulega groźnemu wypadkowi okazuje się, że nauczyła szczęścia wielu mieszkańców miasteczka. Nawet kamienne serce ciotki Polly wreszcie mięknie, a w kobiecie budzą się dawno uśpione uczucia.
Wspaniała, pełna radości, optymizmu powieść! Lektura wręcz zaraża pogodnym patrzeniem na świat!
Przy okazji przygód Pollyanny czytelnik poznaje również niuanse życia w małym amerykańskim miasteczku na początku XXw. Plotki, intrygi, obłuda-to codzienność. Jakże bulwersujące, a jednak aktualne także dziś zachowanie pań z Opieki, które wolą przekazać datki na biedne dzieci z Indii niż zaopiekować się lokalnym sierotą, bo wysokość darowizny będzie lepiej wyglądała w sprawozdaniach...
Mimo, że z założenia to powieść dla dorastających panienek, także dorosła czytelniczka spędzi nad nią przemiło czas i da się porwać radości, by zapomnieć o szarej rzeczywistości:)

niedziela, 1 lutego 2015

Ch. Dickens - "Mała Dorrit"

Tytuł oryginalny – Little Dorrit
Ilość stron – 938
Wydawnictwo – Czytelnik
Rok wydania – 1983
Przekład – Wacława Komornicka
Moja ocena – 710

Nie pałam jakaś wielką namiętnością do prozy Dickensa, ale cenię jego pisarstwo i od czasu do czasu lubię po nie sięgnąć (chociaż moje serce już zawsze będzie należało do Thackeray’a).
Tym razem wybór padł na Małą Dorrit. Dwutomowe dzieło opowiada historię młodej dziewczyny urodzonej w więzieniu, dokąd jej biedny a czcigodny ojciec został wtrącony za długi. W chwili, gdy rozpoczyna się akcja, tytułowa Mała Dorrit ma niewiele ponad dwadzieścia lat, ale wrodzona delikatność sprawia, że wszyscy biorą ją za młodszą. Jednak ta niepozorna dziewuszka tak naprawdę sama jedna opiekuje się całą rodziną: ojcem, stryjem, bratem-nieudacznikiem i siostrą. Reszta familii Dorritów to doprawdy rzadki i imponujący mix życiowej niezaradności połączonej z przesadnym mniemaniem o sobie. Punkt zwrotny utworu stanowi dzień, kiedy w domu jednej z zatrudniających Amy dam (Mała Dorrit jest szwaczką), dziewczyna poznaje jej syna, Artura. Zaintrygowany nieznajomą mężczyzna śledzi ją, a następnie poznaje historię jej rodziny. Między nim a Amy stopniowo rodzi się coraz większa zażyłość.

Całość do przeczytania na moim blogu.