niedziela, 4 kwietnia 2021
Edith Wharton, Lśnienie księżyca.
niedziela, 21 marca 2021
Dżuma Albert Camus rzecz o zarazie w czasach zarazy
Próbując zrozumieć emocje i uczucia targające mną od dłuższego czasu sięgnęłam po Dżumę. Można ją odczytywać na płaszczyźnie realistycznej, jako powieść o radzeniu sobie człowieka z epidemią.
Zaraza pojawia się znienacka w całkiem zwyczajnym, niczym się nie wyróżniającym portowym algierskim miasteczku Oran. Jej pierwsze zapowiedzi w postaci martwych szczurów zalegających masowo na ulicach miasta i w jego budynkach budzą zaciekawienie zmieszane z irytacją i oburzeniem. Szczury w eleganckich domach i hotelach? To rzecz nie do pomyślenia.
Łączenie martwych gryzoni z pierwszymi przypadkami choroby daje do myślenia lekarzom. Władze miasta przyjmują całą rzecz z niedowierzaniem, nie można budzić niepokoju i rozsiewać paniki, przecież to niemożliwe, dżuma to odległa przeszłość kojarzona ze średniowiecznymi rycinami lekarzy w pelerynach i maskach przypominających ptasi dziób.
Zarząd miejski nic nie zamierzał i nic nie miał na uwadze, ale zaczął od tego, że zebrał się na posiedzenie, aby się zastanowić. Polecono służbie odszczurzania zbierać martwe szczury co dzień o świcie. (str. 14)
I kiedy w końcu nie można zaprzeczyć faktom i miasto zostaje zamknięte, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby jego mieszkańcy nie wierzą. Reakcje zdumienia, oszołomienia, wiara w szybkie zakończenie epidemii przeplatają się z negacją i głosami oburzenia.
Nasi współobywatele….. Nadal robili interesy, planowali podróże i mieli poglądy. Jak mogli myśleć o dżumie, która przekreślała przyszłość, przenoszenie się z miejsca na miejsce i dyskusje? Uważali się za wolnych, a nikt nie będzie wolny, jak długo będą istniały zarazy. (str. 28).
Pojawia się bunt i głosy o pozbawieniu wolności. Mieszkańcom nie podoba się, że miasto zostało zamknięte. Twierdzą, że te statystyki chorych na pewno są sfałszowane, a nawet jeśli choruje tyle osób ile podano, to przecież nie wiadomo, ile osób chorowało wcześniej. Ludzie zawsze chorowali i to wcale nie oznacza, że teraz mamy epidemię - krzyczą niedowiarki.
W pierwszych godzinach dnia, gdy zarządzenie weszło w życie (o zamknięciu miasta) na prefekturę naparł tłum petentów, którzy przez telefon, lub osobiście przedstawiali urzędnikom sytuacje równie ciekawe i równie niemożliwe do rozpatrzenia. Doprawdy trzeba było wielu dni, byśmy zdali sobie sprawę, że znajdujemy się w sytuacji bez kompromisu i że słowa takie jak „układać się”, „grzeczność”, „wyjątek” nie mają już sensu. (str. 45)
Mimo tych niezwykłych widoków (zamkniętego i martwego miasta) nasi współobywatele mieli najwyraźniej kłopoty ze zrozumieniem, tego, co im się zdarzyło. Były uczucia wspólne, jak rozłąka czy strach, ale nadal stawiano na pierwszym miejscu troski osobiste. Nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę. Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to, co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy. Okazywali więc rozdrażnienie lub irytację, a nie są to uczucia, które można przeciwstawić dżumie. (str.51)
Jak można zamykać miasto, jedni chcą się wydostać z niego, inni chcą doń powrócić (choć tych jest zdecydowanie mniej). Jeszcze inni ostentacyjnie wychodzą w tłum pokazując, iż za nic mają wszelkie ograniczenia. Część mieszkańców dezynfekuje się alkoholem, inni pastylkami mentolowymi.
Ksiądz zarządza tydzień wspólnych i grzmi z ambony - bracia moi, dosięgnęło was nieszczęście, bracia moi zasłużyliście na nie. … od początku historii plaga boska rzuca do stóp Boga pysznych i ślepych. (str. 62)
W mieście zaczyna brakować żywności, paliwa, oszczędza się na oświetleniu, co napędza szarą strefę i rozwój nielegalnych interesów (przemyt żywności i ludzi).
Potem pojawia się strach. Ludzie odsuwają się od siebie. Izolacja i poczucie osamotnienia. Depresje. A w końcu apatia i obojętność. I już nawet nie czeka się końca, tylko próbuje jakoś wypełnić czas codziennymi obowiązkami, których niektórzy mają w nadmiarze (lekarze, służby pomocnicze i administracja) a inni coraz mniej. Na tym tle przedstawieni zostają bohaterowie i ich różne wobec epidemii postawy. Od poświęcenia czasu na zwalczanie choroby, albo choćby ulżenie jej skutkom, a na końcu jedynie ewidencjonowanie rozmiarów poprzez pomoc lekarzom i służbom porządkowym do wykorzystania zarazy jako sposobności do wzbogacenia się (paserka i przemyt) bądź do ukrycia przed odpowiedzialnością z powodu popełnionych wcześniej występków.
Camus wplata w treść opowieści rozważania egzystencjalne dotyczące postaw moralnych człowieka oraz sensu istnienia. Oprócz całej masy bardzo mądrych przemyśleń trafia się też parę dość zawiłych i nużących (być może jedynie dla mnie mniej przystępnych) dywagacji. Nie rzutuje to na ocenę całości. Dżuma podnosi uniwersalny temat postawy człowieka wobec zła (wojny, epidemii, kataklizmu); moralne dylematy u jednych i brak rozterek u innych, no i pytania o sens egzystencji w ogóle, czy liczy się przeżycie, czy liczy się też cena, jaką czasami trzeba za to zapłacić. Niewątpliwie czytanie jej w kontekście innej zarazy przenosi akcenty uniwersalne na te bardziej dziś dojmujące.
Czytając miałam wrażenie, jakby dziwnym trafem powieściowa Dżuma wyszła ze swoich ram na ulice naszych miast, bowiem zadziwiająco znajomo wyglądają postawy, zachowania i komentarze pojawiające się dzisiaj w mass mediach.
Kiedy dżuma nie odpuszcza i zdaje się tę walkę wygrywać z człowiekiem nie było już losów indywidualnych, ale wspólna historia, tzn. dżuma i uczucia, jakich doznawali wszyscy. Najsilniejszym z nich była świadomość rozłąki i wygnania wraz ze strachem i buntem, jakie niosła w sobie. (str.106)
Początek końca epidemii pojawia się wówczas, kiedy walka staje się wspólnym interesem, nie jest ona już tylko przeszkodą w indywidualnych planach jednostek, ale wrogiem wspólnego losu mieszkańców.
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie narratora, który jest jednocześnie jednym z bohaterów opowieści, występując w podwójnej roli może obserwować sytuację i od wewnątrz i z dystansu.
Moje zainteresowanie wzbudził drugoplanowy bohater urzędnik merostwa Grand. Z nadmiaru uczuć i niedoboru słów miota się on pomiędzy pragnieniem stworzenia wielkiej powieści i napisania listu do żony, która go opuściła lata temu a niemożnością uczynienia tego. Istniejący wokół świat pochłonięty walką z epidemią wydaje się niewiele obchodzić Granda, co jednak nie przeszkadza mu sumiennie wykonywać obowiązki. Nieco śmieszne wydają się jego próby doboru właściwych słów w treści pierwszego zdania powieści (poza które nie wyszedł). Śmieszne, a jednak budzące wzruszenie i pewien rodzaj sympatii.
Nieco obawiałam się lektury, a okazała się ona pouczającym i ciekawym doświadczeniem. W dodatku czytana w dzisiejszych realiach nabiera wyjątkowej aktualności, podczas gdy czytana w czasach licealnych wydawała się bardziej abstrakcyjną.
Nie mogłam sobie podarować pominięcia najbardziej znanego z cytatów - mało optymistycznego, ale jakże realistycznego.
niedziela, 14 marca 2021
Ubu król Alfred Jarry
Odkąd
pamięcią sięgam w
przeszłość zawsze chciałam przeczytać Ubu Króla. To owiane skandalem
dzieło
piętnastolatka, utwór który
zszedł z afisza dzień po premierze (okrzykniętej największym skandalem w
dziejach teatru), której opis jest cytowany niemal we wszystkich
wspomnieniach najznakomitszych przedstawicieli XIX wiecznej bohemy musi
rozbudzać wyobraźnię.
Czy pierwotnym zamiarem autora miało być zszokowanie publiki przez nadużywanie języka potocznego (przekleństw i wulgaryzmów), czy też ukazanie w bardzo prosty, wręcz łopatologiczny sposób, czym jest historia, wychwalana, jako nauczycielka życia (ciągiem gwałtów, zdrad, morderstw, tyranii, podłości, prostactwa oblekającego się w szaty wytworności). A może obie te rzeczy łącznie. Trzeba też zauważyć, że te wulgaryzmy straciły dziś na swej wymowie, bowiem brzmią anachronicznie.
Jak napisał w przedmowie jej tłumacz Boy Żeleński Ubu król to taki Makbet na wspak. Jego bohater to cham i prostak, zachłanny debil, który nie potrafi nawet ukryć swojej głupoty pod maską pozorów. Postać Ubu funkcjonuje w świadomości, jako wzorzec pewnego typu człowieka, podobnie, jak funkcjonuje Don Kichot, Hamlet czy Tartufe.
Jerry
dadaista i
surrealista stworzył groteskową historię prostaka, którego żona namówiła
do
zabicia króla i przejęcia korony. Zbieżność z Makbetem nieprzypadkowa.
Tyle, że
Ubu jest tak karykaturalnym przedstawicielem władzy, że trudno
potraktować go
poważnie. Lecz jego rządów - morderstw, oszustw, kradzieży,
krzywoprzysięstwa
nie można nie traktować niepoważnie. Jerry pokazuje, że polityka ma
społeczeństwo tam, gdzie on ma publikę, czyli w d.... Merdre, po naszemu
grówno – wulgarne wstawki, czy komentarz rzeczywistości, która jest
okrutna i beznadziejna.
A co mają do tego Polacy? W przedmowie przed premierą sztuki autor wskazał, iż rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Trzeba pamiętać, że Polski, jako państwa wówczas nie było. Rzecz mogłaby dziać się równie dobrze wszędzie, bo trudno byłoby znaleźć kraj, który nie doświadczył przynajmniej kilku władców posiadających cechy Ubu. A to, że występują tu Stanisław Leszczyński czy Jan Sobieski wygląda na przypadek, zwłaszcza, iż nie odgrywają oni większej roli.
Trudno jednak nie doszukiwać się podobieństw do sytuacji w Polsce, bo podobieństwa te występują pod każdą szerokością geograficzną i w każdej epoce. Ubu to typ władcy, który po trupach dąży do celu, robi to co chce, nie tyle dla osiągnięcia określonego celu, ale dlatego, że on tak chce. Nie zważa na konsekwencje, bo jest na tyle ograniczony, że nie potrafi ich przewidzieć.
I w tym jest może jakaś nadzieja, że każda podłość, każde draństwo kiedyś się skończy. A że po nim przyjdzie kolejne…..
Ubu umiał kupić swe panowanie nie tylko zamordowaniem poprzednika, ale i umiejętnością szafowania hasłami
Moi przyjaciele, widzicie oto tę skrzynię; zawiera trzy tysiące dukatów w złocie,w pełno wartościowej monecie polskiej. Niech ci, którzy chcą się ścigać, ustawią się na skraju dziedzińca. Ruszycie, skoro ja machnę chustką; który przybiegnie pierwszy, dostanie skrzynię. Ci, co nie wygrają, dostaną na pocieszenie tę drugą skrzynię, podzieli się ją między nich.
które trafiły na podatny grunt
Chodźmy! Chodźmy! Niech żyje ojciec Ubu! Najszlachetniejszy z monarchów!
Bo aby Ubu został królem nie wystarczą jego chęci, trzeba też ludu, który da się ogłupić
Recenzja po raz pierwszy opublikowana na moim blogu Moje Podróże
niedziela, 8 listopada 2020
Podróże do Polski Jarosław Iwaszkiewicz
Podróże do Polski są
zbiorem impresjonistycznych obrazków, wybiórczych, nie zawsze najbardziej
reprezentatywnych, ale z jakichś wiadomych jedynie autorowi sentymentów ważnych
dla niego.
Najwcześniejsze wspomnienia związane z pobytem kilkuletniego chłopca w Warszawie wiążą się z Filharmonią, której nowy, wspaniały, przykryty niebieskim dachem gmach mijał podczas pierwszej podróży. Z Filharmonią jego życie wiązało się wielokrotnie, przez udział w przedstawieniach, wspomnienia związane z narzeczoną, przemową na otwarciu odbudowanego budynku, czy uroczyste jubileusze. Ważną rolę na mapie podróży stanowiły też teatry; Teatr Letni w Ogrodzie Saskim czy Teatr Polski, w którym po latach wystawiano jego Lato w Nohant i inne sztuki w jego przekładzie. Kolejne uczestnictwo w ważnych wydarzeniach kulturalnych to pogrzeby wielkich pisarzy, w których uczestniczył (Sienkiewicz, Słowacki, Żeromski, Dąbrowska, Tuwim, Gojawiczyńska, Kruczkowski, Reymont). Przez wspomnienia przewija się Warszawa niszczona przez hitlerowskich barbarzyńców i odbudowywana przez nierzadko znanych pisarzowi młodych ludzi.
…. każde przejście ulicami Warszawy jest podróżą - tającą w sobie więcej wrażeń niż przemierzanie obcych, choć pięknych krajów (str.29). Duma i radość z powodu odbudowy stolicy, zaangażowania jej budowniczych, podziw dla harmonii i spójności planów, łączenia starego z nowym, dbania o detale niezachwiana wiara w głoszone po wojnie idee nie powinny dziwić, kiedy zna się biografię pisarza.
Tutaj, gdzie teraz stoi wyniosły Dom PZPR, pamiętam w 1902 roku wzniesiono pierwszy secesyjny dom w Warszawie - i chodziło się specjalnie go oglądać. Dziwiły skrzynki na kwiaty przy oknach, zdobione blaszanymi liśćmi kasztanów, powyginane oparcia balkonów. Dzisiejsza spokojna elewacja i duża przestrzeń przed Domem Partii jakże się wydają odmienne od tamtej podejrzanej nieco wiedeńskiej nowości (str. 29). Pisarz bezkrytycznie zachwyca się tempem odbudowy. W głębi obrazu przy kościele Świętej Anny rośnie czerwono mur kaplicy Loretańskiej, którą w ostatnich dniach dopiero postanowiono odbudować. Ale i ona również będzie gotowa na 22 lipca. Jeżeli dom na Mariensztacie zbudowano w 19 dni, to co znaczy jakaś tam kaplica? Furda. (str. 38)
Jedna z ilustracji, których w książce sporo (i stanowią jej dodatkowy atut) przedstawia plakat Kawiarni Pod Pikadorem, której otwarcie wyznaczono na dzień 29 listopada 1918 r. Zachęca on do odwiedzin robotników, żołnierzy, dzieci, starców, ludzi, kobiety i pisarzy dramatycznych. Obok ludzi pojawiają się jako odrębna kategoria kobiety. Na pocieszenie są jeszcze dzieci i starcy i parę grup społecznych.
W rozdziale o teatralnych podróżach powtarzając się nieco wspomina sztuki, które oglądał, aktorów i reżyserów, których nazwiska zapisały się w historii teatru (Sulimę, Zelwerowicza, Osterwę, Jaracza, Węgrzyna, Leszczyńskiego, Szyfmana), Teatr Polski wspomina z sentymentem. Oczywiście, gdy oglądałam gmach Teatru Polskiego – jeden z najładniejszych i najpraktyczniejszych gmachów teatralnych europejskich owej epoki- do głowy mi nie przychodziło, że do tego stopnia i przez tyle lat los mój będzie związany z tą sceną, że ją tak pokocham, że będę pracował przy jej odbudowie. Kto mógł myśleć o tym w roku 1913! (str. 48).
Pisząc o Chopinie i Żelazowej Woli pisze zarazem o sobie i każdym z artystów. Związek artysty z krajobrazem, który go ukształtował, jest głębszy niżby to się zdawało. Dzieciństwo i młodość zawsze kładą zasadnicze piętno na cały już potem żywot- w dziełach dojrzałego twórcy raz po raz powraca nuta, która zapada w jego serce od najwcześniejszych czasów. (str.56)
Mnie najbardziej w pamięć zapadną dwie krakowskie scenki.
Zupełnie abstrakcyjnie, jak wspomnienie snu, jak wizję teatralną widzę zawsze z tamtej epoki pochód następujący: chyba ulicę Batorego, środkiem jezdni, bo samochodów licznych wtedy nie było, kroczą Boy w letnim ubraniu, pani Zofia Żeleńska w czarnej sukni, ale z gołą głową (kobieta z gołą głową, dama w owych czasach, na ulicy!) i Witkacy wyprostowany, wyprężony jak to on zwykł chodzić, w jasnym, szarym letnim garniturze, w czarnym żałobnym toczku pani Zofii na głowie, którego czarny welon w obfitych fałdach spadał mu na plecy.
Był to dzień premiery Tumora Mózgowicza w Teatrze Słowackiego. (str. 74)
Był taki maj w Krakowie. Kto nie był w maju w Krakowie, ten nie wie, co to jest maj. Liście i kwiaty kasztanu powpinane wszędzie w tej starej architekturze działają upajająco. Ja nie rozumiem, jak można być krakowskim studentem, jak można się tutaj uczyć, w tym pejzażu, w tej naturze. A właściwie mówiąc, tylko w Krakowie można w pełni zrozumieć, jak mogła się narodzić Lilka Pawlikowska. (str.77). Polecam Podróże do Polski, można w nich odnaleźć i czas przeszły i miejsca bliskie sercu pisarza i jego wrażliwość.
czwartek, 17 września 2020
Nad Niemnem Eliza Orzeszkowa
niedziela, 13 września 2020
Całę życie biedna Józef Ignacy Kraszewski
sobota, 12 września 2020
Zdobycz Emil Zola
| Salon Napoleona III w Luwrze |




