Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestniczka Alicja2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestniczka Alicja2010. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 września 2012

Feminizm kontra frywolitki, czyli „Pamiętnik Wacławy. Ze wspomnień młodej panny” Elizy Orzeszkowej

Przeczytałam młodzieńczą powieść Elizy Orzeszkowej (na zdjęciu). 
Z pewnym trudem, ale przeczytałam. Najbardziej umęczyła mnie zbyt romansowa konwencja połączona z gęsto rozsianymi w tekście tezami dziewiętnastowiecznego feminizmu i pozytywizmu, które dzisiaj mogą wydawać się nieco anachroniczne. Ale dzielnie parłam naprzód.
A więc tak: poznajemy pannę Wacławę w momencie, kiedy ma lat siedemnaście i właśnie kończy pensję. Na początku powieści panienka jest rozdarta pomiędzy dwom światami: ojca, profesora uniwersytetu i matki, bogatej ziemianki. Rodzice od lat żyją w separacji. Matka Wacławy popełniła niegdyś mezalians wychodząc za inteligenta, który utrzymuje się z własnej pracy. (Swoją drogą, nieźle się żyło ówczesnym inteligentom: wielopokojowe mieszkanie w kamienicy, służba, podróże zagraniczne itd., dzisiejszy nauczyciel mógłby pozazdrościć.) Po kilku latach nieudanego pożycia opuściła męża i wróciła do siebie na wieś.
Jeśli chodzi o Wacławę, to umowa między jej rodzicami jest taka: panienka ma spędzić rok w majątku matki, a potem zamieszkać z ojcem w mieście, chyba w Wilnie. Matka przyszykowała na jej przyjazd piękne pokoje we dworze, kupuje jej modne stroje i zamierza wypłatać mężowi figla, to jest w przeciągu przyznanego jej roku, wydać córkę bogato i korzystnie za mąż. Poczynaniom matki Wacławy patronuje seniorka rodu, despotyczna ciocia-babcia Hortensja, której głównym zajęciem jest robienie szydełkiem frywolitek oraz lektura „Naśladowania Chrystusa” Tomasza a’Cempis.
Nie wiem, dlaczego Orzeszkowa nienawidziła frywolitek tak bardzo, że uczyniła je symbolem wstecznictwa, zacofania i przestarzałej tradycji. Pisze o nich co jakiś czas z ogromnym jadem. Może ją zmuszano, by je robiła i nie wychodziło? Dla mnie frywolitki są piękne i w żaden sposób nie kłócą się z feminizmem.
O, to są właśnie szydełkowe frywolitki, robione z cienkiej bawełnianej nici (motyw motków i kłębków bawełny nr 100 odgrywa ważną rolę w "Pamiętniku Wacławy"): 
Podczas pobytu u matki Wacława poznaje zamożnego hrabiego z sąsiedztwa, który staje do niej w konkury. Jednak szybko okazuje się, że hrabia ma skrywany romans z ubogą kuzynką Rozalią. Dalej nie będę opowiadać, kto chce, niech czyta. Myślę, że ta powieść powinna spodobać się tym wszystkim młodym pannom, które dzisiaj z wypiekami na twarzy czytają przeżywające u nas swój renesans powieści pani Gaskell. „Pamiętnik Wacławy” jest taki właśnie „gaskellowaty” w moim odbiorze.
A, jeszcze o feminizmie nie napisałam. Otóż, ponieważ jest to powieść tendencyjna z założenia, więc Orzeszkowa krytykowała w niej tradycyjne wychowanie szlacheckich dziewic, które uczono tylko języków obcych, gry na fortepianie, malowania obrazków oraz robienia tych nieszczęsnych frywolitek. A według niej, panny powinny same zarabiać na życie, najlepiej pracą własnych rąk. Cholernie socrealistyczne hasła szerzyła pani Eliza. Dobrze, że o normach pracy nie pisała. Ja tam bym wolała siedzieć ładnie ubrana w salonie i robić szydełkiem frywolitki, czasem udać się na konną przejażdżkę z jakimś hrabią, tudzież czytać francuskie romanse, zamiast zapieprzać na trzy zmiany w zakładzie, co nam zgotowało wyzwolenie kobiet. (I to mówię ja, kobieta dojrzała, która za młodu uważała się za feministkę. O losie!) I to jest pierwsze, co mi się nie podoba w „Pamiętniku Wacławy”. Poza tym, nie podobają mi się nieskrywane ataki Orzeszkowej na Kościół katolicki i wiarę katolicką. Jedna Matka Boska Ostrobramska jakoś nie oberwała od niej tylko.
Trochę dziwnie mi, bo wcześniej uważałam Orzeszkową za pisarkę bogoojczyźnianą, ale teraz chyba będę zmuszona zmienić zdanie. Strasznie lustracyjna się zrobiłam ostatnioJ.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Maria Rodziewiczówna, "Dewajtis"

Ha, snobka ze mnie! Mogłam przecież wypożyczyć "zwykłe" wydanie tej słynnej powieści, ale ja, oczywiście MUSIAŁAM przeczytać wydane przez Ossolineum z naukowym wstępem! (Przy okazji, wyrażam niniejszym żal, że seria Biblioteka Narodowa i całe wydawnictwo Ossolineum to już przeszłość. Szkoda, ach, jaka szkoda... Tyle książek, tyle wstępów przeczytanych... Jakie wydania będą teraz czytać studenci???).
Wstęp do do tegoż wydania napisała Anna Martuszewska i jego lektura bardzo była przyjemna oraz dużo wnosząca. Dowiedziałam się z niego wielu ciekawych rzeczy o Rodziewiczównie, łącznie z faktem, ile kasy zgarnęła za powieść "Dewajtis", którą napisała w wieku 24 lat na konkurs literacki ogłoszony przez jakieś pismo. Wygrała ten konkurs, nawiasem mówiąc. 
Szkoda tylko, że pani profesor nie wyjaśniła dogłębnie, jak to naprawdę było z orientacją płciową Rodziewiczówny. Niejaki Krzysztof Tomasik sugeruje bowiem na jakiejś stronie homoseksualnej, że wiecie..., rozumiecie... No, fakt, nosiła panna R. męskie stroje, co było baaardzo rzadko spotykane w tamtej epoce. Nosiła dosłownie wszystko, co nosili wówczas panowie, co widać na załączonym obrazku:
Ale cóż, może wcale nie była lesbijką, tylko tak jej było wygodniej? W tych spodniach i tużurku? Z krawatem i pierścionkami? Groza mnie ogarnia na myśl, co by było, gdyby się okazało, że czołowa polska i katolicka autorka romansów "z myszką" była innej orientacji;)
No, więc wstęp przeczytałam szybko i bez zgrzytów. Natomiast sam utwór... Hmmm... Ciężka sprawa. Męczyłam się przy nim okropnie, bo zbyt staroświecki, nawet jak dla mnie. Sytuacja jest tam podobna jak w "Nad Niemnem" Orzeszkowej, tzn. musi Polak utrzymać majątek na Żmudzi (to gdzieś na granicy dzisiejszej Łotwy i Litwy, duża była kiedyś Polska, nie?), bo jak go straci, to ziemię zabiorą Ruscy w ramach rusyfikacji Litwy. Na terenie zaboru rosyjskiego w ramach represji za powstanie styczniowe Polacy nie mogli bowiem nabywać ziemi, awansować w wojsku, no, w ogóle dorabiać się. Mogli tylko trwać i biedować. Ale ponieważ byli patriotami, męczyli się, walcząc z obcym żywiołem. Bohaterowi towarzyszy mu w tych zmaganiach dąb Dewajtis, symbol litewskiej (wtedy "litewski" to znaczyło też "polski") dawnej przyrody i mitologii. Męczy się tak, trwa na posterunku i trwa, póki nie przyjeżdża z Ameryki piękna panna Orwidówna (prototyp Lucy Wilskiej z serialu "Rancho";), która postanawia mu pomóc w tej walce ekonomiczno-patriotycznej. Dalej już można się domyśleć, co będzie... 
Ale nie jest to typowy romans, raczej powieść sentymentalna z elementami gospodarczymi. Opisuje trwanie polskiego szlachcica na posterunku tak, jakby to było trwanie gdzieś na barykadzie. Zawsze żałowałam, że u nas nikt tak nie pisał o pieniądzach jak Balzak, a tu masz! Rodziewiczówna pisała. Może dlatego jej nie drukowali w PRL-u? No, właśnie, przy okazji powiem, że mam pretensje do PRL-u, w którym się urodziłam i wychowałam, że nie mogłam poznać twórczości Rodziewiczówny za młodu. A nie mogłam, bo jej nie drukowali po prostu. Zbyt patriotyczna i katolicka była, jak na okres "komuny". 
Nie poznałam jej we właściwym czasie, więc teraz trudno mi ją czytać.  Ale innym radzę - czytajcie. Nie dla przyjemności ją czytajcie, ale żeby poznać jedną z najważniejszych książek o dawnym polskim życiu na Kresach Wschodnich.
A tak na marginesie, zastanawiam się, ilu dzisiaj Polaków stać byłoby na takie poświęcenie dla nieistniejącego państwa, by trzymać się tego swego majątku po przodkach i męczyć się z ogromnymi podatkami nakładanymi przez władze carskie, zamiast rzucić to wszystko w diabły i ruszyć do Ameryki? Albo gdzie indziej, gdzie jest kasa? Oj, sentymentalna ta panna Rodziewiczówna, ale daje do myślenia.