Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elisabeth Gaskell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Elisabeth Gaskell. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 czerwca 2015

"PANIE Z CRANFORD" ELIZABETH GASKELL


Tytuł: Panie z Cranford
Tytuł oryginału: Cranford
Autor: Elizabeth Gaskell
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2015 
Liczba stron: 206
Moja ocena: 7/10


Powieść "Panie z Cranford" przypomina zbiór scenek rodzajowych. Urok dawno minionego świata, niespieszna narracja, świetnie uchwycone charaktery, snobizmy, śmiesznostki i cnoty bohaterek wzruszają, denerwują i wywołują niepohamowaną wesołość.
"Panie z Cranford" jest powieścią Elizabeth Cleghorn Gaskell brytyjskiej pisarki w epoce wiktoriańskiej. Książka została opublikowana po raz pierwszy w 1851 roku. Fabułą powieści są anegdotki z życia kilku starszych Pań mieszkających w małym miasteczku o nazwie Cranford w hrabstwie Cheshire w Anglii pod koniec XIX wieku.
Głównymi bohaterkami jest kilka Pań, przeważnie są to stare panny lub wdowy, które za wszelką cenę chcą uchodzić za panie należące do klasy wyższej, niż jak rzecz ma się w rzeczywistości. Żyją życiem na pokaz. Panie muszą oszczędzać na każdym kroku, ale skrzętnie to ukrywają i nie przyznają się do tego, aczkolwiek jest to widoczne dla czytelnika w opisach życia codziennego Pań, także po znoszonych i już niemodnych sukniach. Lecz nie przeszkadza im to w utrzymaniu elegancji i poczucia własnej wartości na wysokim poziomie. W książce Gaskell opisała piękny przykład przyjaźni miedzy paniami, gdy jedna z nich znalazła się w trudnej finansowo sytuacji.

"Panie z Cranford" nie są książką wielką objętościo, i nie jest to typowe opowiadanie ze wstępem i zakończeniem. Książka jest raczej zbiorem kilku przeuroczych opowiadań i scenek z życia małomiasteczkowego środowiska. Mimo, że książka jest zbiorem opowiadań, autorka zachowała ciągłość zdarzeń i porządek faktów, a akcja rozwija się i toczy w miarę szybko. Gaskell zachowała w powieści wewnętrzną spójność. Nie chcąc zdradzać fabuły i ujawniać za dużo, nie będę streszczać treści powieści, co z resztą nigdy nie robię, aby nie popsuć czytelnikowi niespodzianki.  
Elizabeth Gaskell opisała w sposób prosty, aczkolwiek nie pozbawiony krytycyzmu, nutki ironii oraz lekko satyrycznego spojrzenia życie codzienne mieszkańców Cranford, tj. głównie kobiet. Gaskell w błyskotliwy sposób napisała o zwyczajach, tradycjach, o mentalności ludzi z tamtej epoki i ich problemach oraz strapieniach. Narratorem w książce jest młoda kobieta Mary Smith i to dzięki jej oczami możemy poznać bohaterów i ich życie pełne konwenansów i z góry narzuconych zasad. Wracając do bohaterów, Gaskell fantastycznie przestawiła postacie literackie. Wykreowane przez autorkę postacie są genialne i wydaja się żywymi istotami, bardzo barwnymi i ciekawymi.

Dzięki świetnemu stylowi autorki, czytelnik ma zapewnioną wspaniałą ucztę literacką. Styl pisania Elizabeth Gaskell nadaje historii pozory prawdy, ma zdolność przekonywania. Uwodzi i oczarowuje czytelnika, a także skłania do zaangażowania. "Panie z Cranford" polecam szczególnie osobom, które lubią epokę wiktoriańską oraz lekką i przyjemną lekturę:))

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Północ i Południe - Elizabeth Gaskell

O życiu Elizabeth Gaskell pisałam przy okazji refleksji po lekturze Pań z Cranford. Tym razem sięgnęłam po nieco późniejszą powieść tej autorki, a mianowicie po Północ i Południe. Okazją do sięgnięcia po niniejszą książkę było wznowienie jej przez Świat Książki w cudownej kwiatowej serii. 
Podjęty przez autorkę temat świadczy o jej emancypacji - Gaskell wzięła na warsztat dychotomię pomiędzy rolniczym, niemal sielskim Południem Anglii, a jej zindustrializowanym, ogarniętym pośpiechem Północnym zakątkiem. Autorka sankcjonuje postęp - w Cranford takim tchnieniem nowoczesności była kolej, w Północy jest to postęp przemysłowy

niedziela, 15 września 2013

Ruth - Elizabeth Gaskell

Literatura wiktoriańska kojarzy się bezwiednie ze schludnymi, kulturalnymi, cichymi i nieśmiałymi dziewczętami, pokornie wyczekującymi odpowiednich kandydatów na mężów. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej o utworze z tamtej epoki opowiadającym o kobiecie upadłej, pewnie bym nie uwierzyła. A kiedy książka taka stanęła na mojej drodze, nie mogłam się oprzeć i pełna zapału natychmiast po nią sięgnęłam. Wrażenia? Przede wszystkim ogromne zaskoczenie!

Ruth Hilton została sierotą w bardzo młodym wieku. Zmuszona jest pracować jako szwaczka. Pewnego dnia na jej horyzoncie pojawia się tajemniczy pan Bellingham. Choć dziewczyna nie do końca rozumie swoje uczucia, zgadza się przyjąć jego ofertę wzięcia jej na utrzymanie...

Autorka zaczęła "Ruth" opisując miejsce akcji, co odbieram zdecydowanie na jej korzyść. Dzięki temu lepiej mogłam wyobrazić sobie realia powieści (które zostały skądinąd przedstawione bardzo dobrze) - a czasem przez pierwsze kilkanaście stron mam przed oczami postacie bez twarzy, stąpające po szarym tle. Opisy, tak charakterystyczne dla gatunku, trzymały poziom przez całą długość historii. Co ważne - nie powiem, aby nudziły (no, może tylko przy okazji wyborów i związanych z nimi intryg). Styl Elizabeth Gaskell jest dokładnie taki, jak kocham - klimatyczny, gawędziarski, epokowy, ale zrozumiały. Nie przeszkadzający w zachłannym czytaniu. Zaciekawił mnie również pomysł na narrację tej historii - narrator ewidentnie jest świadkiem wydarzeń, bo co raz wtrąca jakieś adekwatne do sytuacji uwagi - ale nie jest też ich uczestnikiem.

Najbardziej znaczącym powodem mojego wspomnianego zdumienia, jest osoba głównej bohaterki. Prawdę mówiąc spodziewałam się wulgarnej i impulsywnej dziewczyny. Zastałam natomiast osobę cichą, wrażliwą, pokorną i bujającą w obłokach. Kształtowanie jej charakteru przedstawione zostało idealnie - Ruth stopniowo staje się coraz bardziej stanowcza, odważna, pełna determinacji. Nie mogę jednakże powiedzieć, aby przypadła mi ona do gustu. Była taką cichą bohaterką - zniesie wiele, ale zaraz potem się rozpłacze. O wiele większą sympatią obdarzyłam starą służącą - Sally. Nie mówiła, hm, wyszukanym językiem; ubóstwiała wszelkie tradycje i konwenanse, cechowała się specyficznym poczuciem humoru. Tylko czekałam na sceny z jej udziałem!

Tematyka dotycząca kobiet upadłych oddana została bardzo dobrze - wraz z ówczesnymi przekonaniami dotyczących takich kobiet i ich dzieci - jednak nie spodziewałam się, iż obraz ten będzie przepełniony współczuciem. Prawdę mówiąc, liczyłam na większą brutalność. 

A teraz wyjaśnię, dlaczego ocena będzie, jaka będzie. Powodem jest przede wszystkim długość tej historii - aż 530 stron. Nie łączy się to dobrze z nader powolną akcją - bo po prostu nie daje motywacji do czytania. Jak mówiłam, kocham pióra wszelkich wiktoriańskich autorek, ale bardzo często nie pozwalają one na czytanie w przerwie między innymi zajęciami. Tak było w przypadku "Ruth" - potrzebowała ona skupienia się, a to z kolei - czasu. A z czasem ostatnio jest u mnie krucho.

Mimo to, nie jestem niezadowolona z lektury "Ruth". Prawdą jest, iż dłużyła mi się okropnie, ale w końcu była to prawdopodobnie jedyna szansa, aby poznać historię o tej tematyce. Myślę, że polecić ją mogę fanom gatunku - ich na pewno nie zrazi powolna akcja.

Moja ocena: 6,5/10

środa, 10 kwietnia 2013

Elizabeth Cleghorn Gaskell, Cranford.

Królestwo Amazonek – tak w skrócie można określić Cranford, gdzie wszystkie domy z czynszem powyżej pewnego poziomu zajmują panie, stanowiąc prawdziwy kobiecy patrycjat.(s.5)

Niewątpliwie Cranford jest już jedną z moich ulubionych książek i zajmować będzie dobre miejsce na „Gaskellowej” półce.  To książka pełna ciepła, miękkości, serca, niewysłowionej dobroci, a nawet czułości. Trudno to jednoznacznie określić, ale kto przeczyta ten będzie wiedział, co mam na myśli.

Narratorką powieści jest Mary, która co jakiś czas przyjeżdża w odwiedziny do swoich starszych przyjaciółek panien Debory i Matyldy Jenkyns. To dzięki jej opowieściom poznajemy życie mieszkańców sennego maleńkiego miasteczka. Nikt tu za bardzo nie interesuje się ani sprawami politycznymi, ani ówczesnymi nowinkami technicznymi. Za to bardzo ważne jest to, co dzieje się w miasteczku. Panie z Cranford to w większości ubogie, sympatyczne, ekscentryczne, pełne ciepła i wrażliwości. Panów właściwie tu poza paroma wyjątkami nie ma. Z naszej perspektywy niektóre ich myśli i zachowania mogą wydawać się naiwne i zabawne. Paniom z Cranford zupełnie nie zależy na opinii innych, nie zwracają uwagę na panującą modę, jeśli chodzi o ubiory, choć od czasu do czasu potrafią się pokłócić. Starają się trzymać ustalonych zasad i przepisów dotyczących składania i przyjmowania wizyt, która powinna trwać nie dłużej niż kwadrans. Panie były oszczędne do granic możliwości, wcześnie kładły się spać i wcześnie wstawały i uważały za przejaw wulgarności podawanie coś kosztownego do jedzenia i picia podczas wieczornych spotkań, a w domu sióstr Jenkyns pomarańcze jadło się we własnym pokoju. 

I w tym właśnie momencie panna Matty, która cały ranek przebywała poza domem i niedawno wróciła, wtargnęła do nas z wyrazem twarzy pełnej konsternacji i zranionego poczucia przyzwoitości.
- Niebiosa, miejcie nas w opiece! - krzyknęła- Deboro, w salonie siedzi jakiś dżentelmen i obejmuje pannę Jessie ramieniem w talii. – Oczy panny Matty zogromniały pod wpływem doznanego szoku.
Siostra od razu przywołała ją do porządku.
-I to jest najwłaściwsze miejsce dla jego ramienia. Idź sobie, Matyldo, i zajmij się swoimi sprawami. – Taka wypowiedź z ust tej, która dotychczas była wzorem i strażniczką kobiecej obyczajowości, stanowiła cios dla panny Matty i biedaczka, podwójnie zaszokowana, opuściła pokój. (s. 30) 

Elizabeth Gaskell stworzyła galerię kobiecych indywidualności: skromna, wrażliwa i uległa wobec siostry panna Matty; surowa Debora, która zawsze znała właściwą odpowiedź; wścibska i plotkująca panna Pole; lubiąca poruszać się lektyką pani Jamieson z nieodstępującym ją (do czasu) pieskiem Carlo; chełpiąca się i dumna panna Betty Barker właścicielka już zamkniętego sklepu modniarskiego założonego z siostrą, niegdyś niesprzedająca czepków czy wstążek komuś bez rodowodu. Panie z Cranford nieustannie się czymś frasują, zajmują, spotykają przy herbatce, rywalizują ze sobą, obrażają, ale w chwilach potrzeby spieszą z pomocą. Ponad to stoją na straży moralności, chcą być autorytetami, a jednocześnie niezbyt dobrze traktują gorzej urodzonych od siebie. Każda z nich ma swoją przeszłość, ale to historia miłosna panny Matty najbardziej mnie poruszyła. 

Panna Pole skłaniała się do objęcia roli bohaterki, a to za sprawą zdecydowanych kroków, jakie podjęła, by wymknąć się dwóm mężczyznom i kobiecie, którym nadała imię „tego gangu morderców”. Opisywała ich w jaskrawych kolorach i zauważyłam, że za każdym razem, gdy powtarzała swą relację, dodawała tej trójce jakieś świeże cechy łotrowskie. Jeden z nich był wysoki, lecz zanim z nim skończyliśmy, stał się gigantem; miał oczywiście czarne włosy, które z czasem zaczęły zwieszać się z czoła w zwichrzonych kołtunach i opadać na plecy. Ten dugi był niski i zwalisty, ale gdy słyszałyśmy o nim po raz ostatni, wyrósł mu na plecach garb. (s. 120)   

Elizabeth Gaskell ma lekki, niepowtarzalny styl, nacechowany dużą dawką dobrego humoru, ale i sarkazmem. Książkę czyta się wobec tego bardzo dobrze i chętnie do niej powraca. To luźne, ale bardzo urokliwe i klimatyczne opowiastki dotyczące życia mieszkańców miasteczka, które bardzo mi się podobały.



Elizabeth Cleghorn Gaskell, Cranford, wydawnictwo Poligraf, wrzesień 2012, tłumaczenie: Katarzyna Kwiatkowska, oprawa miękka, stron 220.

Książka przeczytana dzięki uprzejmości tłumaczki p. Katarzyny Kwiatkowskiej.

Elizabeth Gaskell, Ruth.

Tak sobie myślę, że nie było wówczas łatwo pisać Elizabeth Gaskell o historii Ruth. Powieść została, bowiem po raz pierwszy wydana w 1853 roku, czyli w tym czasie, kiedy dominują przede wszystkim sztuczne konwenanse i hipokryzja w pojmowaniu obyczajowości. Zawsze wszystkiemu była winna kobieta, która powinna być podporządkowana mężowi. Jej rola była postrzegana w sposób tradycyjny, jako matki i żony. Powinna być krucha, słaba, nieśmiała, trzymająca się na uboczu, pobożna, skromna i mieć predyspozycje do wychowywania dzieci. Z kolei w tym czasie mężczyźni postrzegani są jako przedsiębiorczy, silni, wytrwali, zuchwali. Kobietom odmawiano prawa głosu, choć te wywodzące się z niższych warstw mogły pracować. Mężczyznom wolno było wszystko: mieć żonę, kochankę, nieślubne dzieci i w dodatku nie ponosić za to konsekwencji.
 
Ruth opowiada historię młodej dziewczyny, która będąc sierotą, została oddana przez opiekuna do zakładu krawieckiego pani Mason. Tam przez kilka miesięcy przyuczana była do przyszłego zawodu. Pewnego wieczoru przez właścicielkę została wybrana do grupy dziewcząt mających za zadanie dokonywać drobnych poprawek podartych sukienek na przyjęciu w ratuszu. Tam zostaje zauważona przez dwudziestotrzyletniego arystokratę Pana Henry’ego Bellinghama. W ciągu kilka dni naiwna szesnastolatka spotkała się z mężczyzną parokrotnie. Gdy na jednej z wycieczek zostaje zauważona przez panią Mason, która dbając o reputację swojego zakładu odrzuca Ruth. Załamana dziewczyna przyjmuje propozycję pana Bellinghama, wyjeżdża z nim do Londynu i staje się upadłą kobietą. Razem jadą na wakacje do Walii, gdzie na jednym ze spacerów Ruth spotyka pana Bensona. To on pospieszy z pomocą młodej dziewczynie, gdy wskutek choroby Bellinghama, przybędzie jego matka, a Ruth zostanie odrzucona i pozostawiona samej sobie.

To opowieść o nieskalanej, pięknej, czystej dziewczynie, która wskutek swojej naiwności pada ofiarą ówczesnej obyczajowości. Gdyby nie rodzeństwo Bensonów i skrzętnie obmyślona zmiana jej tożsamości, Ruth Hilton byłaby potępiona i nie znalazłaby miejsca w ówczesnym społeczeństwie. Z kolei pan Bellingham nie ponosi żadnych konsekwencji, co więcej, dość lekko porzuca kochającą go dziewczynę, która nota bene sprowadził na złą drogę, znając konsekwencje swojego postępowania. Bellingham pojawi się jednak jeszcze w życiu Ruth.

Nie miały lekko wówczas młode dziewczęta, sieroty, poddane woli opiekunom i skuszone przez wizję życia z bogatymi młodzianami naiwnie wierząc w miłość, która pokonać może nawet status społeczny. Gaskell napisała powieść mającą wydźwięk społeczny, w której wiele miejsca poświęca się konsekwencjom wynikającym z życia w nieślubnym związku. Zwraca również uwagę na pozycję nieślubnych dzieci. Wiele jest w powieści odniesień do słów zaczerpniętych z Biblii, moralizowania i pewnego rodzaju egzaltacji. Tak jakby Gaskell chciała przekazać, że resocjalizacja kobiety upadłej jest możliwa. Ruth świadoma jest swojego grzechu, a jednak walczy, aby go zmazać. Z kolei pan Benson ryzykując własną pozycję, nie potępia zhańbionej dziewczyny. W powieści nie brak jednak bohaterów żyjących w obłudzie i kierujących się ogólnie przyjętymi normami, które opierają się, na co wolno lub czego nie wolno.

Warto nadmienić, że powieść Ruth porównywana jest do wydźwięku powieści Szkarłatnej litery Nathaniela Hawthorne'a wydanej w 1850 roku oraz Tess d'Urberville  Thomasa Hardy'ego z 1891 roku. Książka oczywiście napisana jest w stylu dziewiętnastowiecznym, więc absolutnie nie mam zamiaru do niego się odnosić. Osobiście fabuła mnie tak pochłonęła, że nic mi nie przeszkadzało w jej czytaniu.
 


Elizabeth Gaskell, Ruth, wydawnictwo MG, marzec 2013, tłumaczenie: Katarzyna Malecha, oprawa twarda, stron 544.

czwartek, 3 stycznia 2013

"Żony i córki"



Saga rodzinna autorki powieści Północ i Południe. Skomplikowane losy dwóch rodzin o odmiennym statusie społecznym oraz barwny obraz angielskiej prowincji w epoce wiktoriańskiej. Molly jest dorastającą córką lekarza w miasteczku Hollingford. Mimo że we wczesnym dzieciństwie została osierocona przez matkę, żyje beztrosko i szczęśliwie. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że jej ukochany ojciec postanawia ożenić się po raz drugi. Molly pogrąża się w rozpaczy. W tym dramatycznym momencie pomocną dłoń wyciąga do niej syn bogatych sąsiadów, Roger… Barwne i wyraziste w swojej różnorodności postacie bohaterów. Ich skomplikowane relacje ukazują stosunki społeczne w XIX-wiecznej Anglii w przededniu nadchodzących zmian obyczajowych i politycznych.



Zarywając noc, bo wstać będę musiała po szóstej, uparcie dokańczałam książkę…



Elizabeth Gaskell to autorka dwóch świetnych powieści, które zajmują w moim sercu ważne miejsce, nie ukrywam, że pierwsza miłość narodziła się po obejrzeniu świetnych ekranizacji, dziś chciałabym Wam opowiedzieć o moich wrażeniach, pierwszych wrażeniach z lektury „Żon i córek”, książki mającej ponad 800 stron a jednocześnie tak wciągającej, że mijają one niepostrzeżenie, jak krajobraz widziany z pędzącego pociągu. W mgnieniu oka. To jedna z tych książek, która powoduje rozdwojenie uczuć, z jednej strony chce się ja skończyć a drugiej strony każda strona przybliżająca do końca napawa smutkiem, że niedługo trzeba będzie opuścić ten świat wytwornych pań, honorowych dżentelmenów, pachnący białymi goździkami i smakujący jeżynami.



„Żony i córki” to coś więcej niż płomienny romans kostiumowy, to przede wszystkim spokojna, nieśpieszna historia sennego miasteczka, gdzie plotkowanie jest głównym zajęciem. W takim miasteczku żyje doktor Gibson ze swoją córką Molly, doktor jest wdowcem ale nie narzeka na swój stan ze swoją dorastającą córką rozumie się tak świetnie, że wiele współczesnych rodzin mogłoby mu tego zazdrościć, jednak młode kobiety to potencjalne zgryzot źródła dla swych ojców i takiego frasunku doświadcza szacowny doktor, uznaje więc(cóż za typowo męska błyskotliwość i logika), postanawia więc powtórnie się ożenić z niezwykle elegancką wdową Panią Krikpatrik de domo Cler o kwietnym imieniu Hiacynta, która również ma córkę. I tak zaczyna się wszystko. Będzie wielka miłość, skandal, szalone zauroczenia, tajemnice, wyższe sfery, ach! Będzie wszystko.



Dziś książki takiej objętości i o takiej tematyce nie cieszą się takim powodzeniem jak niegdyś. Śmiem twierdzić, że absolutnie niesłusznie, ta książka jest bowiem jedną z najlepszych jakie ostatnimi czasy czytałam. Niesamowita mnogość uczuć towarzyszy czytelnikowi w trakcie lektury, zainteresowanie, bezbrzeżna irytacja, smutek i wzruszenie, to tylko niektóre z barwnej palety. Pani Gaskell z realizmem i dokładnością maluje nam obraz życia małego miasteczka, trosk i radości jego mieszkańców.



Autorka zmarła niestety przed jej ukończeniem, wprawdzie znamy kierunek w jakim miała zamiar poprowadzić losy bohaterów, jednak nikt nie porwał się( z tego co wiem, jeśli jest inaczej proszę mnie poprawić) na dokończenie tego dzieła, wiemy tylko że miał miejsce happy end, jednak jak dokładnie do niego doszły, jakie słowa padły pozostawione jest naszej wyobraźni(co zresztą teraz zajmuje me myśli).



Wiele wątków mnie porwało, bo nie da się nie zaangażować w akcję, chyba każdy poczuje gorzki smak łez wzruszenia, czytając o głębokiej miłości Dziedzica do swej żony, autorka opisuje je z niezwykłą subtelnością i delikatnością, nie jest wylewna, ale słowa jakich używa trafią do każdego serca… do mnie przykładowo ten wątek w mini-serialu przemówił w pełni dopiero po przeczytaniu opisów książkowych.
Cudowną postacią jest nowa pani Gibson, jestem pewna ze ją znienawidzicie, jest typem tak irytującym, że pokochacie swoich najbardziej upierdliwych rodziców, uznacie się za dzieci szczęścia i na kolanach będziecie dziękować Illuvatarowi, że nie macie w domu takiej brzęczącej kobiety, która jest tak niezwykle pusta, próżna i pełna hipokryzji oraz wiecznych pretensji. A jednocześnie jej osoba jest opisana z tak celną ironią, że zasługuje to na określenie majstersztyku.
Mogłabym tak pisać i pisać bez końca… bo tyle uczuć, myśli teraz się we mnie kłębi, ale chyba lepiej będzie niż czytać te wypociny chwycicie za w/w książkę. Ja zaś przed snem chyba oglądnę sobie resztę serialu : )
Chciałabym wspomnieć jeszcze o technicznej stronie, która niestety mnie zawiodła, książka nie jest tania… chociaż w porównaniu do niektórych książek branżowych jej cena jest śmiesznie niska, ale niestety proporcjonalnie do jakości wydania jest szalenie wygórowana. Wydana na cieniutkim i lekkim papierze, co jest zaletą bo niewiele waży, obwiozłam ją tam i z powrotem przez dwa województwa i nie czułam jakiegoś dotkliwego ciężaru, to jest niewątpliwy plus. Papier jest bardzo delikatny, cieńszy mam tylko w domowym wydaniu Pisma Świętego. Ale grzbiet! Uniknąć zmarszczek, czy o zgrozo!! Złamań grzbietu można tylko czytając książkę pół-otwartą co w okolicach połowy jest niemalże niemożliwe. Jeśli nie jest się osobą cierpiąca na fetysz gładkiej okladki i inne neurozy jak autorka tego tekstu jest to chyba awykonalne. A być może jestem w blędzie, ale uważam, że książka kosztująca 49.90 złotych(polskich nowych) nie powinna być do jednokrotnego wydania i nie powinnam drżeć, że mi się rozsypie w rękach. Oraz nie powinnam układać chytrego i przebiegłego planu ukrycia jej w tylnych rzędach biblioteczki, żeby nie dorwała się do niej moja Mateczka(nota bene ofiarodawczyni tego kruchego woluminu) która mogłaby sprawić, że książka się ciut zużyje… nie kupiłam eksponatu muzealnego, ale tak muszę ten drogi mi(nie ze względu na cenę akurat) tom traktować.
Tłumaczenie jest bardzo dobre, chociaż w trakcie lektury miałam drobne zastrzeżenia, ale umykają wobec ogromu pozytywnych wrażeń :)
Jednak nie ocenia się książki po okładce, na pewno nie po sposobie wydania, ta książka jest tak świetna, że jej treść przysłania wszelkie niedoskonałości wydania. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze skusi się na podróż do XIX wieku

"Cranford"

Cranford to nie tyle powieść, co zbiór szkiców, swego rodzaju album nostalgicznych obrazków z życia niemłodych kobiet – panien i wdów – z prowincjonalnego miasteczka w XIX-wiecznej Anglii. Ich życie zorganizowane jest według kodeksu wykwintnej oszczędności, całą zaś wolną od zasad przestrzeń wypełniają czarujące dziwactwa bohaterek, ich snobizm i niedorzeczne obyczaje.

Błyskotliwie uchwycone ograniczenia społeczne są zarazem źródłem wielu trosk. Zajmowana przez damy pozycja jest na tyle wysoka, by uniemożliwić im pracę zarobkową, nie zapewnia im jednak wystarczającego dochodu, by mogły żyć niezależnie.

Na kartach tego utworu Gaskell w pełni zademonstrowała swój niesamowity talent budowania opowieści wokół wydarzeń dnia codziennego oraz umiejętnego operowania suchym humorem równoważonym idealnie wymierzoną szczyptą tragedii. Udało jej się ponadto stworzyć galerię niezapomnianych postaci, z których każda „ma własną indywidualność – żeby nie powiedzieć ekscentryczność – całkiem nieźle rozwiniętą”. Jest to bowiem przede wszystkim opowieść o kobietach: o ich zainteresowaniu pozycją społeczną, konwenansami i modą, lecz także o ich zainteresowaniu sobą nawzajem.

Cranford to powieść niezmiernie zabawna, miejscami nieopisanie smutna, to książka o dobroci i o tym, że „uczciwe życie przysparza przyjaciół”. Przez niektórych uważana jest za kobiecą odpowiedź na Klub Pickwicka.

Wydanie zawiera także dwa niepublikowane dotąd w Polsce szkice: Poprzednia generacja i Klatka w Cranford.


 Cieszy mnie to, że w Polsce widać powrót do klasyki. Coraz więcej wydawnictw dochodzi do wniosku, że warto wydawać dzieła sprawdzonych autorów sprzed stuleci. Cieszy  mnie zwłaszcza powrót do Gaskell, która dawno, dawno temu była w Polsce wydana, ale jej jedyna książka(wydana w Polsce), właśnie Panie z Cranford chodziła po allegro w astronomicznych cenach. Nie dla przeciętnego czytelnika. Dlatego podskoczyłam z radości, gdy tłumaczka Pani Katarzyna Kwiatkowska napisała do mnie pewnego pięknego dnia. Właśnie w sprawie Cranford. Gdy książkę powitałam  domu, natychmiast wylądowała przy łóżku, do jak najszybszego przeczytania. A ja raczyłam się przemiłą dedykacją. Za którą, i za książkę ślicznie dziękuje.
Niestety jestem tak chamska i bezczelna, że gdy książka mi się nie podoba nie mam, a raczej nie miałabym skrupułów aby to bezwstydnie wysmarować.

Na szczęście jednak, wiedziałam, że to mi nie grozi, zdążyłam już na tyle poznać autorkę, ze wiedziałam iż Jej styl mi całkowicie odpowiada. Zresztą jestem również pod  wpływem doskonałego serialu produkcji BBC, który luźno opiera się  na  motywach opowiadań Gaskell o paniach z Cranford. Można spokojnie przeczytać najpierw książkę, serial jest zrobiony w taki sposób, że i tak będziemy miały niespodzianki.

Cranford to babiniec, mieszkają tu głównie stare panny, lub bezdzietne wdowy, które żyją w swoim świecie, nie zważając na zmieniające się mody, obyczaje.  Ich światem jest Cranford. Dobrze się czuja w swoim gronie, chociaż nie obce są im drobne niesnaski, ich losy wbrew pozorom pełne są małych, lub większych dramatów, tragedii, jednak nic nie jest w stanie ich złamać. Żyją skromnie, oszczędzają na świecach, dbają o przyzwoitość do tego stopnia, że pomarańcze spożywają w swoim pokoju.

Pani Gaskell stworzyła szereg przeciekawych postaci, które dodatkowo nabierają barw gdy dołoży się im twarz aktorki odtwarzającej ich rolę w filmie.
Mamy więc pannę Jenkyns, noszącej dumne imię Deborah, która jest strażniczką przyzwoitości Cranford, dba bardzo o to co wypada. Jej siostra – panna Matty jest nieco bardziej „swobodna” w swoim życiu przeżyła swoją nieszczęśliwą historię miłosną, jest niesamowicie prostoduszna i do szpiku kości prawa. Do tych dwóch pan w odwiedziny przyjeżdża panna Smith, która jest narratorką, wprowadza nas do Cranford i przedstawia resztę towarzystwa. Poznamy więc damę, nieco wyżej urodzoną od swych przyjaciółek, która ma bzika na punkcie swego pieska, inna Pani ma hopla na punkcie swojej krowy, której sprawiła nawet flanelową piżamę.
Każda z bohaterek powieści ma swój niezapomniany charakter, charakterystyczny styl wypowiedzi, system wartości.

Mimo, że książka ma niewiele ponad dwieście stron, zapada się w nią niczym w puchowe, cieplutkie piernaty, jest niczym filiżanka gorącego kakao, rozgrzewa, ociepla, niesie ze sobą wiarę, że wszystko się ułoży. Książka także wzrusza, ale także w chwilach wzruszeń grzeje serce. Już teraz wiem, że książki na półkę nie odłożę, ma leżeć przy łóżku, abym mogła do poszczególnych opowiadań wracać gdy będzie mi źle. Ciężko o książkę która z takim wdziękiem łączy humor, sarkazm, ironię z odpowiednią dawką wzruszeń.

Naprawdę gorąco polecam

poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Cranford" Elizabeth Gaskell


"Cranford" Elizabeth Gaskell to przesympatyczna miniaturka, zawierająca migawki z życia wyższych sfer prowincjonalnego miasteczka w dziewiętnastowiecznej Anglii.  Napisana z przymrużeniem oka i doskonałym poczuciem humoru książka, opisuje miasto panien i wdów w wieku przynajmniej średnim. Świat się zmienia, ale tam wszystko pozostaje takie samo, a damy pieczołowicie dbają o to, aby przestrzegano konwenansów i pielęgnowano tradycje. Kranfordzki świat widzimy oczyma Mary Smith, która odwiedza miasteczko, a okresowo nawet tam pomieszkuje. To spojrzenie daje nam szerszy obraz, bo z jednej strony jest to ktoś empatyczny niemal z wewnątrz, a z drugiej – osoba, która potrafi również się zdystansować.

Pisarka doskonale namalowała słowami wszystkie postaci. Każda dama jest inna, każda ma swoje dziwactwa. Jedna oszczędza cukier, podając podczas herbatek jego miniaturowe kawałki, druga namiętnie oszczędza świece, kolejna zbiera sznurki... A to wszystko prowadzi do przezabawnych sytuacji. W mieście tym nie tylko trzeba dokładnie wiedzieć z kim należy rozmawiać, w jakim sklepie kupować, ale także znać szczegółowe wytyczne jak należy żyć, aby nie narazić się na towarzyską banicję. Panie mają różny status majątkowy, ale jak same mówią o sobie: „(...) żadnej z nas nie można by nazwać zamożną, choć posiadamy środki do życia idealnie wystarczające do zaspokojenia naszych eleganckich i wykwintnych gustów, i żadna, nawet gdyby mogła, nie zhańbiłaby się okazywaniem wulgarnej ostentacji”.  Niemile na przykład widziana była przesada w nabywaniu nowych strojów. Panie zazwyczaj rano nosiły sfatygowane suknie, stare czepki i połatane koronki. Przebierały się tuż przed południem, kiedy to w Cranford wraz z wybiciem dwunastej, zaczynał się czas odwiedzin. Wtedy trzeba było zaprezentować się godniej. Koronki były towarem luksusowym, a więc każda dama dbała o swoje koronkowe skarby z  największą starannością. Czepek stanowił, oprócz koronkowego kołnierzyka i licznych broszek noszonych do znoszonych sukien, najbardziej ozdobny element garderoby. To właśnie on był najbardziej pożądaną nowością, a wybór fasonu i koloru był przedmiotem długich rozmyślań i wahań. Czas odwiedzin był limitowany do piętnastu minut, ale nietaktowne było używanie zegarków. Prawdziwą zaś osłodą kranfordzkiego życia były wieczorne przyjęcia, którym towarzyszyła zazwyczaj gra w karty i poczęstunek, który powinien być skromny, ponieważ zbyt obfity uważano klasyfikowano jako wulgarny.

Doskonale bawiłam się podczas czytania, także dlatego, że po raz pierwszy mogłam tak szczegółowo śledzić życie dziewiętnastowiecznego angielskiego miasteczka. Wspaniałe pióro Gaskell powoduje, że można na kilka godzin na dobrze zatracić się w kranfordzkiej rzeczywistości, która, wbrew pozorom, nie jest nudna i sztywna. To także świat dużych i małych dramatów, za które po części można winić zamkniecie się tego światka w klatce konwenansów. Być może niektóre z tych problemów mogą wydawać się błahe, ale doskonale mogę sobie wyobrazić do jakiej rangi mogły urosnąć w takim świecie i ile wymagały trudu i poświecenia, aby im sprostać.

„Cranford” Gaskell to taki literacki bibelocik, małe arcydzieło, w które włożono dużo serca i treści, a historie opisano lekko i z prawdziwą maestrią. Bawi, wzrusza i rozczarowuje, bo tak szybko się kończy. Mała ilość stron to mój jedyny zarzut. 




_____________________

Elizabeth Gaskell, Cranford, przeł. Katarzyna Kwiatkowska, Wydawnictwo Poligraf, 2012, s. 220.

środa, 22 lutego 2012

Elizabeth Gaskell, Żony i córki.

Żony i córki to druga powieść autorstwa Elizabeth Gaskell, jaka ku moim pozytywnym zaskoczeniu w dość szybkim tempie ukazała się po książce Północ i Południe. Jako, że jestem wielbicielką dziewiętnastowiecznej prozy angielskiej proszę nie nastawiać się tu na przeczytanie opinii krytycznej. Wręcz będzie odwrotnie. Jestem pozytywnie nastawiona zarówno do tłumaczenia jak i tym razem do oprawy graficznej wskazanej pozycji. Okładka jak najbardziej nawiązuje do obrazu epoki. Inną, co prawda kwestią jest wydanie na cienkim papierze, ale ponad 800 stron na innym zupełnie papierze zmieniłoby wagę książki. Nie frasujmy się jednak i nie wynajdujmy błędów, bo jestem szczęśliwa, że w końcu obcojęzyczne książki napisane w XIX wieku zaczynają być doceniane i ukazują się na polskim rynku księgarskim. 

Główną bohaterką jest siedemnastoletnia Molly Gibson, córka wiejskiego lekarza, który cieszy się poważaniem i uznaniem okolicznych mieszkańców wywodzących się z każdej sfery. Molly, osierocona przez matkę w dzieciństwie, mieszka z ojcem i jest ucieleśnieniem niewinności, skromności, uczciwości i posłuszeństwa.  Gdy okazuje się, że jedne z praktykantów zakochuje się w młodziutkiej dziewczynie, doktor decyduje się wysłać córkę na jakiś czas do państwa Hamaley’ów.

/.../

sobota, 14 stycznia 2012

Elizabeth Gaskell. Północ i południe.


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Z porównywaniem książek do innych książek jest zawsze problem. Na okładce powieści "Północ i południe" podsunięto aż trzy skojarzenia. Gdybym miała zatrzymać się na przywołanym nazwisku Jane Austen nigdy, przenigdy nie sięgnęłabym po książkę Gaskell. To, iż na okładce pojawia się nazwieko sióstr Bronte zrobiło mi nadzieję na dobrą literaturę, a ukryte na tyle książki hasło o podobieństwo do "Ziemi obiecanej" zapewniło o trafieniu w dziesiątkę w doborze lektury.

Margaret Hale, córka pastora i mającej pretensje do lepszego życia kobiety, dorasta w Helston, niewielkiej, nieco sennej i cudownie naturalnej mieścinie na południu Anglii. Skutkiem decyzji głowy rodziny życie Margaret zmienia się - wraz z rodzicami przeprowadza się na północ, do fabrycznego Milton.

Nowe miejsce, nowe obyczaje, a także nowe obowiązki i nowi znajomi. Dziewczyna ze zdumieniem dostrzega jak wielki rozdźwięk istnieje między robotnikami a fabrykantami, jak bardzo jedna grupa nie pojmuje interesów drugiej.  Margaret, mając okazję znać przedstawicieli obydwu grup przechodzi błyskawiczny kurs życia w północnej części kraju, a osobiste tragedie czynią ją dojrzalszą i odporniejszą na panującą w salonach londyńskich dam.

Poddałam się urokowi dziewiętnastowiecznej Anglii, świata już minionego, który rządził się konwenansami, świata pełnego emocji, w którym słowo wiele znaczyło, a namiętności ukrywały się pod panieńskimi rumieńcami.

Doskonała lektura:-)

P.S. To dopiero moja druga lektura; aż mi wstyd.

piątek, 6 stycznia 2012

Elizabeth Gaskell PÓŁNOC I POŁUDNIE





Nadszedł rześki październikowy poranek, ale nie był to poranek na wsi, gdzie miękka, skrząca się mgła znika pod wpływem promieni słonecznych, ukazując oszałamiającą feerię barw. To był październik w Milton, gdzie zamiast srebrzystego woalu mgieł miasto zasnuwał ciężki dym, a słońce mogło oświetlić tylko zakurzone ulice, o ile jego promieniom udało się przebić przez opary.”*

Po urokliwych obrazkach z ziemiańskiego życia angielskiej arystokracji początku XIX wieku, które to trwale zaszczepiła w zbiorowej świadomości polskich czytelników proza Jane Austen, przyszła pora na zaznajomienie się z bliższą naszym realiom Anglią miejsko-industrialną. Wraz z Margaret Hale, córką pastora, dla której wiejska plebania stanowiła ucieleśnienie małej arkadii, podążamy na północ, ku fabrycznym krajobrazom Milton (mieście wzorowanym na Manchesterze), gdzie duch romantyzmu musi ustąpić pola przedsiębiorczości i interesom, a miłość namiętna – miłości bliźniego. Pisząc o burzliwych konfliktach w obrębie i pomiędzy klasami, dramatycznych strajkach robotniczych, uprzedzeniach i zadufaniu elit czy ponurych warunkach pracy, w jakich przyszło ludzkiej biedzie wznosić gmach rewolucji przemysłowej, Elizabeth Gaskell wykreowała subtelny romans idei z praktycyzmem, mocno osadzony w społeczno-gospodarczych realiach ówczesnej Anglii. Jej „Północ i Południe” to dwa oblicza wiktoriańskiego świata wyspiarzy, którzy wzajemnie sobą gardzą i w równym stopniu potrzebują się. To również pięknie opowiedziana historia o uczuciach, które uszlachetniają ludzi, zamiast zapędzać ich w ślepy zaułek egoizmu własnych zachcianek i pustych gier. Zapachniało moralizatorstwem? Zapewne. Jednak warto zaakceptować współczesną autorce epokę wraz z całym jej dydaktycznym zacięciem, bowiem jest to element równie istoty dla obrazu tamtych czasów, co wymyślne toalety dam, męskie gabinety wypełnione dymem cygar czy stukot końskich kopyt o uliczny bruk. Takie czasy, takie obyczaje.


Pełny tekst na blogu Zaczytana - ZAPRASZAM :)


*fragment powieści

niedziela, 9 października 2011

Elizabeth Gaskell, Północ i Południe.

Jeżeli ktoś się spodziewa, że będzie to czysto obiektywna opinia, to ostrzegam z góry, że absolutnie taka nie będzie. A to ze względu na moje uwielbienie, zachwyt, miłość (jak zwał tak zwał) do tak zwanej klasyki literatury popularnej. Na blogu jest mało książek z tego zakresu, a to, dlatego, że większość pozycji przeczytana została lata cale temu i choć często do nich zaglądam, czytam ponownie, to nie widzę sensu, aby pisać, że przeczytałam Dumę i uprzedzenie, Jane Eyre, (która nota bene ukazała się obecnie w nowym wydaniu) czy Wichrowe wzgórza (etc.) po raz kolejny zachwyciwszy się nimi.

Mam obecnie jednak możliwość napisać o książce pani Elizabeth Gaskell, która w końcu ukazała się na polskim rynku wydawniczym. Mam nadzieję, że Wives and daughteres zgodnie z zapowiedzią na okładce będę mogła również niedługo wam zaprezentować. Z książką „Północ i Południe” miałam do czynienia po raz pierwszy lata temu, kiedy ze słownikiem w ręku czytałam w wersji angielskiej. Potem było wspaniałe tłumaczenie kilku kobiet, które połączyły swe siły w niemałym trudzie. Aż w końcu przyszła kolej na jednotomowe wydanie ze Świata Książki w tłumaczeniu Katarzyny Kwiatkowskiej, które nie powiem, ale nawet mi się podoba. Nie mogę jednakże tego napisać o okładce, która jak na mój gust jest po prostu badziewiasta i okropna. Chyba gorszej oprawy graficznej sobie nie przypominam. Po za tym w ogóle porażką wydaje mi się notka na tylnej okładce, gdzie opowiedziana została z grubsza cała historia.

wtorek, 16 listopada 2010

"Legenda Pendragonów" Antal Szerb (i moje zmagania z wyzwaniem)


Prę do przodu z wyzwaniem klasycznym. Z listy lektur wypadło mi niestety "Północ i południe " Elisabeth Gaskell. Niestety połączenie drobnego druku, archaicznego angielskiego i niezbyt porywającej historii sprawiło, że odłożyłam tę książkę. Z "Portretem damy", mimo bardziej współczesnego języka, też nie było łatwo, ale przeczuwałam (słusznie), że ta historia ma potencjał. Tutaj niestety nie miałam takiego wrażenia. Po przeczytaniu ok 50 stron wydaje mi się, że to raczej pozycja obyczajowa, niż psychologiczna, mniej tu humoru niż u Jane Austen (ale to nie oznacza, że nie ma go wcale), sporo za to rozważań społecznych i obyczajowych, z konieczności mocno już zdeazktualizowanych. Odłożyłam książkę jeszcze przed pojawieniem się głównego amanta i porządnym zawiązaniem akcji, więc nie będę się autorytatywnie wypowiadać. Na pewno może się spodobać miłośnikom klimatów wielkiej Jane.

Udało mi się trafić za to na niespodziewaną lekturę, którą mogę podłączyć pod wyzwanie. Wydana w 1934 "Legenda Pendragonów" Antala Szerba, może niekoniecznie może być określona mianem klasyki, ale już "klasyki literatury popularnej"- jak najbardziej, gdyż jest to prekursor nurtu tajemniczo-erudycyjnego (reprezentowanego choćby przez Zafona czy Dana Browna), wykorzystującego takie rekwizyty jak spiski, pożółkłe pergaminy, duchy, zakurzone biblioteki, stare zamki.
Jeśli wydaje wam się, że Dan Brown był prekursorem tego kierunku, TU macie szansę zweryfikować swoją opinię.

P.S. Wrzuciłam okładkę brytyjskiego wydania, gdyż jest bardziej w klimacie zarówno wyzwania, jak i książki:).