Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik- Iza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik- Iza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

Niebo w płomieniach, Jan Paradowski

Historia dorastania pewnego 17-latka z Lwowa (przed pierwszą wojną światową). Motyw przewodni to utrata wiary - średnio fascynujące są jednak te nastoletnie kryzysy, choć miewają skutki na całe życie.
Mam wrażenie, że od tego czasu nauka religii w szkołach poszła mocno do przodu i rozprawiła się z większością kwestii, na których poległa wiara Teofila Grodzickiego. Pamiętam np, ze jeszcze w podstawówce wałkowaliśmy temat, dlaczego teoria Darwina nie jest sprzeczna z wiarą w Boga. 
Kolejne deja vu to “książki zbójeckie”, nadal są, choć co sezon jest modne co innego. Ja w wieku bohatera natknęłam się na Kosidowskiego, teraz na czasie jest Dawkins i jego liczne mutacje (w tym takie adresowane do nastolatków). Nie trzeba się już specjalnie wysilać, żeby zostać ateistą w weekend. Sto lat temu nie było to jednak takie proste, zwłaszcza dla gimnazjalisty. Wówczas, co budzi w tej chwili nawet pewien szacunek, trzeba się było trochę napracować nad zbudowaniem nowego światopoglądu. O dziwo większy nacisk niż od rodziny szedł ze strony szkoły. Trzeba było przewalić sporą ilość zakurzonych tomów autorstwa różnych racjonalistów, żeby dać skuteczny odpór zaprawionemu w słownych potyczkach księdzu katechecie. Zastanawiam się, czy Parandowski jednak to nie przesadził. Siedemnastolatek, który na rok niemal odcina się od świata, żeby zbudować swoją nową wiarę/niewiarę? Bo tak należy ten nowy światopogląd traktować, pod koniec następuje nawet dość szczegółowe jej wyznanie (ze stwierdzeniem, że wierzy w atomy, no cóż). I chodzi tu o zwykłego siedemnastolatka, nie żadnego ekscentryka - średnio pilnego ucznia,  interesującego się dziewczynami. Coś mi się tu nie składa
Całość ratuje tło - czyli Lwów. Z przyjemnością teleportowałam sie znów do tego cudownego miasta w latach jego świetności. W realu pewnie nieprędko je znów odwiedzę, tu mogłam się rozkoszować lwowskimi spacerami do woli. Nawet, jeśli towarzyszył mi w nich irytujący Teofil Grodzicki.
Źródło zdjęcia:lubimyczytać.pl

poniedziałek, 2 marca 2015

Listy do matki - Antoine de Saint-Exupery

Sporo się dowiedziałam z tego zbioru listów autora "Małego księcia". Pochodził z arystokratycznej (choć pewnie zubożałej) rodziny, połowa jego rodziny miała własne zamki. Liczne rodzeństwo także było utalentowane, niestety dwójka z nich przedwcześnie zmarła. Nastolatek Francois (zmarły na kardiologiczne powikłania reumatycznego zapalenia stawów) w ostatniej woli przekazał swojemu bratu rower, Marie Madaleine debiutowała równolegle z Antoinem, niestety - wydała tylko jedną książkę, zabiła ją gruźlica. Matka (od jakiejś jabłoni te jabłka ostatecznie pochodziły) była uznaną w swoim czasie malarką. Wreszcie Simone – starsza siostra zajęła się pracą naukową, ale podobno jej wspomnienia są nader ciekawe. Jedynie najmłodsza – Gabrielle, jakoś nie za bardzo wyżywała się artystycznie, pewnie dlatego, że wczesne zamążpójście, gromadka dzieci i rola “pani na zamku” (oczywiście), nie pozostawiło jej zbyt wiele mocy przerobowych.
Rodzeństwo de Saint Exupery
Antoine odebrał wykształcenia raczej humanistyczne, zemściło się to, gdy próbował się dostać do Szkoły Morskiej. Mimo kilku lat spędzonych w szkole przygotowującej do tejże i stosu wydanych na jego edukację franków, w końcu nic z tego nie wyszło. Pod koniec I wojny światowej wstępuje do wojska z zamiarem odbycia przeszkolenia lotniczego i to mu się udaje. Tu zaczna się historia, którą być może konsumenci popkultury i lektur szkolnych cześciowo kojarzą. Poczta lotnicza we francuskiej subsaharyjskiej Afryce, zbudowanie od podstaw Aeroposta Argentina, małżeństwo z “różą” (chimeryczną Consuelo). Druga wojna światowa, gdzie trochę powalczył piórem, a potem postanowił jednak przesiąść się na samolot (choć, już nawet ze względu na wiek, nie musiał). Wreszcie do dziś niewyjaśnione zaginięcie w czasie lotu nad Morzem Śródziemnym (w 1944).
Mimo wszystko trochę jednak żałuję przeczytania tych listów. Korespondencja z matką bywa czasem bardziej wstydliwa, niż z kochanką i to jest chyba ten przypadek. Wyboru dokonywała sama rodzicielka Antoine'a, nieproporcjonalnie dużo listów przypada na lata szkolne i początki pracy zawodowej (do roku 1923/24) i tam niestety, przyszłemu wielkiemu pisarzowi co raz wychodzą krótkie spodenki spod garnituru. Mama wykropkowała podobno co bardziej osobiste uwagi, ale kończącą niemal każdy list mantrę “przyślij pieniądze, mamusiu”, jednak zostawiła. Wprawdzie niemal naocznie widać, że Antoine dojrzewa, zaczyna bardziej chronić matkę, niż dociążać ją swoimi nastrojami, ale pewien dysonans w mej czytelniczej duszy pozostał. Jakoś nie rzuciłam się z zębami i pazurami, żeby odrobić zaległości w lotniczej prozie Saint-Exupery'ego. Boję się, że gdzieś mi zaświecą jego krótkie spodenki.
P.S. Być może nieco światła na układy Antoine' a z matką rzuciłoby umieszczenie w zbiorku także listów matki do syna?

Nieco więcej o rodzinie de Saint-Exupery:
Zdjecia: 1. empik.com; 2 gatsbyonline.com; 3. goodreads.com

czwartek, 11 września 2014

Morituri - J .I. Kraszewski

"Morituri" to kolejna JIK-owa satyra na upadek arystokracji. Biorąc pod uwagę, iż tytuł oznacza "idący na śmierć", zaczynam podejrzewać autora o ciągoty kryptomarksistowskie:). Także jeśli chodzi o treść autor nie żałował sobie elementów dydaktyczno-agitacyjnych. Książęca rodzina Brańskich musi z własnej winy nie tylko zubożeć, ale i stanąć na krawędzi biologicznej eksterminacji. Chyba jednak wady arystokracji nie mogły być az tak ciężkie, a wychowanie młodzieży aż tak niepraktyczne, jak to nam przedstawia nasz mistrz pióra, gdyż większość wialkich rodów jakoś nie wygasła, mimo skrajnie niesprzyjających warunków, choćby na wczesnych etapach wprowadzania komunizmu w PL. Co więcej - radzą sobie z reguły nieźle a jak bida przyciśnie, to nie wzdragają się przed ręką nuworyszy z kręgów biznesowych. Pecunia non olet.
Wracając do książki - mam wrażenie, że przez swoja konsekwencję w kamieniowaniu arystokracji, JIK zarżnął zupełnie nieźle zapowiadającą się obyczajówkę. Szkoda. W tej sytuacji polecić mogę chyba tylko tym, których denerwują lansujący się po kolorówkach "księżna" Dominika Lubomirska z Kulczyków i "książę" Michał Czartoryski z Niemczyckich (ach, przecież faceci raczej nie zmieniają nazwisk, przynajmniej na razie).

A teraz garść cytatów czytelniczych, zdecydowanie nie dla miłośników akcji Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka i pokrewnych.

"Czytał książę Robert wiele, ale czytanie było dla niego rodzajem rozrywki raczej, niż nauką poważną. Czytal bez wyboru, zmieniając treść, szukając kontrastów, biorąc i rzucając dzieła najróżniejsze, choć bez książki wytrwać nei mógł i nie umiał. Rzekłbyś, że się nią jak opium tylko upajał, aby o życiu i ciężarach jego zapomnieć." [1]

" Ale cóż się stało? Co tak pilnego? Zmiłuj się - zakrzyknął z łoża Gozdowski. - Budzisz mnie, gdym dopiero od godziny usnął. (...) wziąłem do ręki nową powieść pani Sand (...) i zaczytałem sie do rana.

A po co czytasz powieści? Po co? - rozśmiał się Zenon - będąc plenipotentem i mając o ósmej rano pokój pełen ekonomów(...). [2]

[1] Morituri, J.I. Kraszewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1986, s. 51
[2]tamże, s. 47

Zdjęcie: lubimyczytac.pl

wtorek, 9 września 2014

Henryk Sienkiewicz - Bez dogmatu


Wyjątkowo wkurzający główny bohater, ma się ochotę go kopnąć (wiadomo w co) i patrzeć, czy daleko poleci. Sienkiewicz przeniósł mnie w czasy sprzed 10-15 lat, kiedy to z koleżankami roztrząsałyśmy kolejne ciężkie przypadki związkofobów i innych facetów nieadekwatnych. Jak się okazuje - nic nowego pod słońcem, a kryzys męskości nie jest wcale wymysłem XXI wieku. Książka zdecydowanie do odkurzenia i odkrycia na nowo.

sobota, 14 czerwca 2014

Joanna, moja światłość - Hanna Muszyńska-Hoffmannowa

 To powieść o Joannie Grudzińskiej, polskiej żonie Wielkiego Księcia Konstantego i cztery inne historie powiązane z rezydencją Księżnej Łowickiej w Skierniewicach (w tym jedna o Ignacym Krasickim). Początkowo niesamowity chillout i możliwość zanurzenia się w innej rzeczywistości: damy, krynoliny, dworskie skandaliki. Rzeczywiście (jak słusznie zauważyła nieodżałowana Lirael*) Muszyńska nieźle się odnajduje w emploi pisarki historycznej. Tak mi to trochę wyglądało, jakby szukała ucieczki od siermiężnego PRL-u w czasy nieco barwniejsze. Co więcej - mam wrażenie, że próbowała też popularyzować pozornie mało atrakcyjne (żeby nie powiedzieć zapyziałe) rejony turystyczne w Polsce. Tu na tapecie są Skierniewice, w innej książce  - Kwitnące Floksy - zapraszała do wyprawy w łomżyńskie. No nic, może kiedyś się skuszę:).
Wszyscy wiemy jak skończył Konstanty - Noc Listopadowa, ucieczka do Rosji i nagły zgon gdzieś po drodze do Pitra. Joanna zresztą skończyła podobnie - nie możemy się więc spodziewać, że sielanka między delikatną Polką a troglodytą szlachetnego rodu, będzie trwała do końca. Muszyńska wyciąga wiele sytuacji, gdy być może stając po stronie Romanowów, a nie własnego narodu, Joanna mogła się narazić Polakom. Choć nie kładzie Konstantego na kozetce, jak Rymkiewicz w "Wielkim Księciu", też sugeruje, że przypuszczalnie został otruty (przez medyka-niemedyka przysłanego przez brata Mikołaja I) i najprawdopodobniej rzeczywiście zaważyła tu mało zdecydowana postawa wobec Powstania Listopadowego.
Polecam szukających niegłupiej książki o walorach dobrego czytadła, a Anek dziękuję za inspirację.





*Linki do tekstół Lirael o p. Muszyńskiej Hoffmannowej (1), (2)

piątek, 13 czerwca 2014

Młyn nad Flossą - George Eliot



Połowa autobiograficzna, przesycona angielskim humorem i nawet przyjemna, druga - trochę mniej:). Wszystko dlatego, że Eliot podobno nie była obdarzona bogatą wyobraźnią, potrafiła pisać porywająco tylko o tym, co dobrze znała. W część drugiej bohaterka - dziewczynka o wielkiej inteligencji "książkowej" i znikomym sprycie życiowym, staje się niestety żywą ilustracją jakichś wymyślonych konfliktów między obowiązkiem i uczuciem. To już akurat jest ciekawe raczej jako ilustracja dylematów epoki:). Całość można przeczytać, choć niekoniecznie od deski do deski.

czwartek, 12 czerwca 2014

Królobójcy - Wacław Gąsiorowski

Pisana z pasją i na gorąco publicystyka historyczna z 1905 - o losach panujących w Rosji (od Iwana Groźnego do Mikołaja II), którzy nader często rozstawali się ze światem w sposób daleki od naturalnego. 
Do wybuchu rewolucji pażdziernikowej była hitem na skalę europejską: przekłady, pirackie wydania, autografy i mdlejące fanki. Gąsiorowski wyciągnął na światło dzienne wiele tematów tabu rosyjskiej historii, które zazwyczaj zamiatano pod dywan - skandale seksualne, przypadki zabójstw lub śmierci w niejasnych okolicznościach licznych panujących, wreszcie okrucieństwa caratu.
Po 1917 jednak karta historii się odwróciła, katedry uniwersyteckie przejęli czerwoni zwycięzcy i to, co w 1905 miało posmak sensacji stało się banałem. W dwudziestoleciu międzywojennym niedawny megahit miał tylko jedno wznowienie w Polsce.
Czy warto po nią sięgać teraz? Moim zdaniem tak. Dzięki sensacyjnej tonacji historia Rosji sama wchodzi do głowy (mi na przykład przestali mi się mylić efemeryczni carowie między Piotrem I a Katarzyną II). A autor wcale nie poprzestaje na tematyce kto z kim, kiedy i ile razy, pobieżnie omawia wszystkie punkty węzłowe historii imperium.
Drugi powód to solidna porcja wiedzy na temat terroru w Rosji drugiej połowy XIX wieku, liczne szczegóły na temat zamachów. Już chyba wiem, dlaczego Raskolnikow musiał zabić lichwiarkę - taki wtedy panował klimat.
Co nietypowe - książka wcale nie jest napisana z polskiej perspektywy, Polakom poświęca autor mniej więcej tyle uwago co np. Finom. Pewnie to jedna z przyczyn jej europejskiej popularności sto la temu.

środa, 22 stycznia 2014

Hrabina Cosel - J.I.Kraszewski

"Jestem w Dreźnie, skaczę i tańcuję, a zmęczony jestem daleko więcej, niż gdybym co dzień po dwa jelenie uszczuł. Wracam do domu znużony przebytymi tu przyjemnościami. Z pewnością żyje się tu nie po chrześcijańsku, ale Bóg mi świadkiem, żem w tym żadnej przyjemności nie czuł i wracam tak czysty, jak przybyłem." [1]
Ten fragment listu Fryderyka Wilhelma Hohenzollerna jest mimowolnym komentarzem nie tylko do panowania elektora saskiego Fryderyka Augusta Wettina (w Polsce znanego jako August Mocny), ale przy okazji do jego związku z hrabiną Cosel.
Mocny był postacią nietuzinkową. Na poletku saskim wcale nie był tak słabym politykiem, jak na polskim, jednak dziedziną, gdzie spełniał się w stu procentach były imprezy i romanse. Wzruszycie ramionami, że nic w tym dziwnego, że takie zainteresowania może mieć nawet przeciętnie inteligentny szympans? Niby tak, ale Wettin zawiesił poprzeczkę w obydwu dziedzinach na niebotycznym poziomie. Przytoczone przez JIK-a pomysły zabaw dla wysoko urodzonych są chyba niedoścignionym wzorem dla współczesnych event-plannerów. Nie tylko ze względu na koszty, ale i na brak fantazji. Jeśli zaś chodzi o drugie pole jego działalności, nazwijmy je romansowym, również nie brakowało mu rozmachu - liczbę potomków elektora szacuje się na...345.
Jakie było w tym wszystkim miejsce Cosel - metresy Wettina i matki jego (wygląda na to, że zaledwie) trójki dzieci?
Mniej więcej takie, jak opisuje to Fryderyk pruski - w dzień robota przy skokach, tańcach i szczuciu jeleni, dodatkowo ekwiwalent kilku jeleni nocą. Próba zaś ustawienia związku i jego zakończenia na swoich warunkach, skończyła się dla hrabiny zamknięciem w wieży. Co może nie było takie złe, po ośmiu latach niszczącego trybu życia siły regeneruje się pewnie znacznie dłużej.
Narzekałam ostatnio na JIK-a, że kiepski z niego psycholog, teraz muszę nieco skorygowac tę opinię. Gdy bierze na warsztat osobe z krwi i kości, a nie wyimaginowaną kresową dziewicę, idzie mu znacznie lepiej. Czytelnik śledzi losy Cosel, zwłaszcza te po rozstaniu i ciągle zadaje sobie pytanie: dlaczego tak pokierowała swoim losem? Dlaczego nie chciała, jak inne metresy króla, spaść na cztery łapy? Hrabina jest enigmatyczna i ciągle się nam wynika, a zafascynowany nią JIK chyba sam nie jest do końca zgłębić jej tajemnicy.
Wygląda na to, że po "Bruehlu" to kolejna udana pozycja z cyklu saskiego.
Okładka pochodzi z nowego wydania "Hrabiny Cosel", więcej informacji tutaj.



(1) Hrabina Cosel, t.2, s. 194, Warszawa 1950

wtorek, 21 stycznia 2014

Dzieci wieku - J.I.Kraszewski

Od czasu, kiedy jestem świadomą konsumentka mediów było już tych pokoleń kilka: yuppies, pokolenie X, pokolenie Y (czy też Millenials). Nie wspomnę już o tym, że co jakiś czas wraca jak bumerang hasło - stracone pokolenie (ciekawe, czy stracone są wszystkie roczniki, czy tylko co drugi). Ta skłonność do przylepiania etykietek grupom ludzi to nic nowego. Pod koniec XIX wieku dorośli (i bardzo dorośli - jak Kraszewski) drżeli na samą myśl o "dzieciach wieku" - złowrogim pokoleniu ludzi "bez serc i bez ducha", zapatrzonych w wartości materialne i dość swobodnie traktującym swoje życie osobiste. Czy naprawdę to pokolenie aż tak mocno różniło się od poprzednich i kolejnych, czy po prostu stary pisarz "zapomniał, jak cielęciem był", trudno stwierdzić. 
Książka jest jednak pewnym fenomenem. Niemal wszyscy bohaterowie są negatywni, JIK na początku nieco łaskawiej traktuje starsze pokolenie, ale gdy uświadamiamy sobie, że to z tych jabłoni pospadały te liczne zgniłe jabłuszka, nasza sympatia pryska. Pisarz nie tylko konstruuje intrygę z licznych fabularnych zakrętasów, ale także pozwala nam lepiej poznać bohaterów nie tylko za pomocą odautorskich opisów. Zżywamy się z nimi po prostu uczestnicząc w ich życiu i słuchając rozmów.
Czyli jednak pewien postęp w technice pisarskiej jest.
Całość wciąga niczym serial z segmentu przeznaczonego dla generacji X. Widać zresztą, że JIK z łatwością by książkę na taki serial przerobił, natłok wydarzeń pod koniec pokazuje wyraźnie, ze pisarz niechętnie się zatrzymuje i pobawiłby się "dziećmi wieku" przez kolejne kilkaset stron. 
Powieść, mimo, że w tej chwili kompletnie zapomniana, musiała się w momencie swojego powstania cieszyć swoja popularnością. Za życia JIK-a była wydana aż 3 razy (a powstała pod koniec jego życia) i doczekała się tłumaczeń na rosyjski i węgierski. Kto wie, może to było takie pozytywistyczne "39 i pół".
Zachęcam do odkurzenia tego szacownego zabytku literatury polskiej:).

poniedziałek, 21 października 2013

Buddenbrookowie - Tomasz Mann



Podobno jest to najbardziej strawna z powieści filozofującego noblisty - saga rodzinna, czyli rzecz z gatunku królujacego na topliście wypożyczeń w mojej osiedlowej bibliotece. Próżno byłoby jednak znaleźć na tej liście “Buddenbrooków”. Nie o miłość tu bowiem chodzi, jak w ksiażkach nieco niższych lotów, ani o tzw. ciepło rodzinne (na myśl o którym Mann zapewne dostałby drgawek), tylko o ambicje, pozory, pieniądze i śmierć. Książka traktuje o materialnym i fizycznym upadku pewnej zamożnej kupieckiej rodziny. Początkowo wydaje się sztywna, niczym nadmiernie wykrochmalone kołnierzyki lubeckich patrycjuszy, po jakimś czasie wciąga ... i wypluwa czytelnika kilkaset stron dalej z głową pełną pytań na które niekoniecznie łatwo znaleźć odpowiedź.
CD na moim blogu.

poniedziałek, 9 września 2013

Szaleństwo Almayera - Joseph Conrad


Tym razem o człowieku, który nie chciał zaakceptować tego, co ma i żył pogrążony w swoich fantazjach i wielkich planach.
To debiut Conrada ( i to od razu debiut z przytupem), z którym związana jest pewna leegnda - podobno powstał w rekordowym czasie, gdy Conrad, dotychczas nie mający wiele wspólnego z lietraturą, po prostu złapał flowa, siadl, i napisał ot tak sobie to wielowarstwowe dzieło.

Historia, w której jakoś tam odbijają się dylematy każdego z nas. Jak najbardziej polecam.

Fermenty - Wł. St. Reymont


Ciąg dalszy “Komediantki”. Tam mieliśmy drogę Janki Orłowskiej od dzikiej dziewczyny do samobójczyni złamanej niechcianą ciążą i niełatwym, aktorskim życiem. Tu będzie droga do akceptacji swojego miejsca na ziemi i własnych ograniczeń. Czyli 400-stronicowe “jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Wątek Janki wydał mi się przyciężkawy (ale może to zrozumiałe, dylematy egzystencjalne 20-latki mogą być przesadnie skomplikowane), za to cudowne były wątki satyryczne (o mamisynkach i środowisku literackim). Jest w tej książce nawet porno-parodia “Chłopów”. Żeby nie drażnić co bardziej konserwatywnych odbiorców – niestety bardzo krótka.

niedziela, 12 maja 2013

Głupi Maciuś (Kraszewski)

W pewnej chłopskiej rodzinie, w której było juz dwóch starszych synów, urodzil się mały Maciuś. Dziecko rosło, ale niekoniecznie na pociechę rodzicom, już od najmłodszych lat było widać, że różni się od rówieśników. "Ojciec wzdychał, matka płakała, patrząc nań, bracia się śmieli, ludzie ramionami ruszali i mówili: co z tego biedaka będzie?" Starali się rodzice jakoś zabezpieczyć przyszłość swojego dziecka. Ojciec zaszył złoto w siermiędze, matka garniec talarów zakopała w kącie. Cóż z tego, skoro po kilku latach bracia i tak "oszwabili" Maciusia. Jaki zatem ratunek pozostał niedostosowanemu chłopakowi? Mówi się, że wychowanie powinno wzmacniać mocne strony dziecka, nie tylko zapewnić mu korzenie, ale także skrzydła. I to najwyrażniej udało się w przypadku Maćka. W ostatecznym rachunku uratowało go przed śmiercią głodową jego dobre serce. Acha, zastanawiacie się może co było nie tak z Maciusiem? Dlaczego zasłużył sobie na etykietkę głupiego? W sumie wiedziałam, że mentalność chłopska, wyrosła na gruncie wielkiej biedy, bywała ekstremalnie praktyczna. Nawet jestem w stanie zrozumieć, że Maciusiowi zycie utrudniało jego dobre serce i prostoduszność. Wygląda jednak na to, że on
e nie były traktowane jedynie jak uciążliwe wady, a właśnie jak niepełnosprawność. "Markotno mu to było, bo już się dla gospodarstwa i z tęsknoty, że się sam jeden został, żenić chciał, a za głupiego Maćka nikt córki nie chciał dać. Gdzie się tylko zeswatał, odprawiano go z kwitkiem (...)." Wygląda na to, że gospodarze bali się, że Maciek przekaże swój charakter w genach. Jakiś czas temu autorka bloga czytanki przytulanki opracowała listę książek dla dzieci oswajających z odmiennością (tutaj). Może by tak dołączyć do niej Kraszewskiego, jako materiał do rozmowy o tym, co naprawdę oznacza odmienność i dlaczego lepiej nie przyłączać się do tłumu wytykających kogoś palcami? Zachęcam do lektury. Tę kilkustronicową bajkę znajdziecie między innymi tutaj. Ja znalazłam ją w zbiorze "Baśnie Polskie" wydanym w latach 80-tych.

sobota, 11 maja 2013

"Z chłopa król" (Kraszewski)



Tym razem krótko: "Z chłopa król" to kolejna wariacja na temat biednego prostaczka, który dzięki swojemu dobremu sercu ostatecznie pokona wszystkich cwaniaków, i ostatecznie będzie żył dlugo, szczęśliwie, a do tego dostatnio. Tym razem owym prostaczkiem jest Gaweł, pechowiec jeszcze większy niż "głupi Maciuś" z innej bajki JIK-a. Tamten miał przynajmniej kochających rodziców. Ci Gawłowi natomiast, gdy przyłapali go na próbach dokarmiania kolejnego żebraka, po prostu wyrzucili go z chaty. Z pomocą biednemu chłopakowi przyszły jednak siły wyższe. Już tego samego dnia znalazł magiczny złoty pierścień...  A co było dalej zdradza tytuł bajki.

Tym razem dydaktyczna wartość bajki jest nieco wątpliwa. W realnym życiu złote pierścienie jednak nie leżą na ulicy. Wiele jest jednak przygód i zwrotów akcji co sprawi, że powinna ona spodobac się także młodszym czytelnikom (lub słuchaczom). A o to przecież w sumie chodzi:).

piątek, 10 maja 2013

Dwie baśnie Kraszewskiego

Dwie bajki wyłuskane ze zbiorku "Baśnie największych pisarzy polskich". Notabene - całkiem przyjemny to zbiorek z udanymi, czarno-białymi ilustracjami Katarzyny Kariny Chmiel.

O królewnie czarodziejce to kolejna wariacja na temat prastarego motywu -  gonienia króliczka.
Otóż była sobie pewna królewna, po godzinach zajmująca się także sztukami magicznymi. Żeby mieć czas na rozwijanie swojego hobby i samorealizację postanowiła nigdy nie wychodzić za mąż. Sprawnie pozbywała się kolejnych kandydatów na mężczyznę życia, póki nie zjawił się ON - książę równie, a może nawet nieco bardziej biegły w magii, a do tego zdeterminowany. Królewna, nie doceniając początkowo przeciwnika, zgadza się na oddanie swojej ręki, gdy przejdzie on pomyślnie siedem prób...
Prób równie dobrze mogłoby być i 77. Bajka świetnie nadaje się do usypiania wyjątkowo opornych dzieci, tylko trzeba sobie najpierw przygotować ściągawkę z próbami, na które nie wpadł Kraszewski, na wypadek, gdyby te 7 nie wystarczyło.
Nie znaczy to wcale, że jest nudna - można ją tylko w nieskończoność wydłużać i wciąż tworzyć nowe warianty.

O Marzanie i Urodzie
Tytułowe Marzanna i Uroda to wpływowe wiedźmy, każda z nich rządzi własnym kawałkiem puszczy, ma swoich poddanych - leśne zwierzęta. Przy czym Marzanna jest typem władczyni totalitarnej, Urodzie zaś bliższe są ideały liberalne, nie żeby była od razu demokratką, ale czasem zdarza się jej pomyśleć nie tylko o własnych potrzebach zwłaszcza, jeśli przypadkiem miałoby to zaszkodzić jej odwiecznej rywalce - Marzannie. Obie panie bowiem serdecznie się nienawidzą.
Osią historii jest rywalizacja obydwu wiedźm o serce i duszę pewnego chłopca. Marzanna podstępem skłania jego rodziców do oddania go jej na wychowanie. Uroda zaś chce obronić dziecko - ucząc je rozumu.
Jednakowoż rozum okazuje się bronią obosieczną. Raz zdobyty - służy bowiem nie nauczycielowi, ale temu, kto rozum posiada.
Mam niejasne wrażenie, że autorzy kolejnych reform edukacji oraz telewizyjnych ramówek bardzo dobrze znają bajkę o dwóch wiedźmach, tylko wnioski z niej stosują na opak. Tak aby w procesie edukacji przypadkiem komuś nie przybyło pomyślunku...

Baśń jest przy okazji świetnym poradnikiem dla pracownika, zwłaszcza w czasach kryzysu. Tylko ostrzegam - nie będzie to raczej poradnik pozytywnego myślenia i działania, a raczej twórczego zastosowania lizusostwa i manipulowania szefem. Cóż - jakie czasy, takie środki:).

poniedziałek, 6 maja 2013

Mistrz Twardowski (Kraszewski)

Pan Twardowski, postać znana kiedyś niemal każdemu polskiemu dziecku, żył podobno naprawdę. Lekarz i astrolog na dworze Zygmunta Augusta, zakolegowany z braćmi Mniszchami (ojcem i wujem Maryny Mniszczówny, późniejszej żony dwóch Dymitrów Samozwańców), pomógł im w skoku na królewską kasę. Oni stali się magnatami, on zaś bohaterem niezliczonej ilości legend, baśni i wierszy.
Sam Twardowski najwyraźniej nie za bardzo radził sobie w zdobywaniu przyjaciół i zjednywaniu sobie ludzi, gdyż po upływie stuleci, gdy już większość papierowych dowodów na jego istnienie zjadły myszy, jego czarna legenda miała się jak najlepiej.
Widać wielka musiała być siła ludzkiego strachu i nienawiści, skoro przetrwała tyle pokoleń. Sam Kraszewski był bowiem przekonany, że Twardowski to postać tylko legendarna, taka polska wersja Fausta.
"Mistrz Twardowski" jest kompilacją wielu wersji jego historii
krążących wśród wiejskich bab drących pierze i piastunek straszących dzieci. Kraszewski nadał tym różnym, często sprzecznym ze sobą wersjom spójną, logiczną i nienaganną artystycznie formę. Książka naprawdę robi wrażenie - niby to taka sobie bajeczka o świadomym, dobrowolnym i tajnym współpracowniku mocy piekielnych, a jednocześnie wylewa się z niej taki ładunek zła, że aż momentami robi się nieprzyjemnie.
Oprócz tego mamy w "Mistrzu..." dawkę teologii w wersji popularno-ludowej,ale nie powinno to dziwić, 130 lat temu, kiedy nie było TV, lud zapewne żył bogoiskatielstwem w dużo większym stopniu niż teraz.
Można go wreszcie czytać jako metaforę współpracy ze złem wszelakim. Twardowski kombinował, że powspółpracuje trochę z diabłem, wyciągnie z tego ile sie da dla siebie, postara się narobić jak najmniejszych szkód innym, po czym wykręci się sianem. Tyle, że w praktyce system, z którym zaczął współpracę miał przewidziane furtki na okoliczność kolaboracji także z takimi cwaniakami. I Twardowski zamiast się wykręcić, wsiąkał coraz głębiej.
Niby JIK nie żył w czasach totalitarnych, ale świetnie opisał mechanizm, który wykorzystany został potem np. przez służby specjalne oparte na donosicielstwie. Jak widać: formy ludzkiego uwikłania w ciemne sprawy się zmieniają, ale istota zjawiska zostaje bez zmian.
Drugie skojarzenie zawdzięczam zacofanemu w lekturze. Z komentarza pod notką o doktorze Mengele: "wykorzystał okazję stworzoną przez system, żeby realizować własne ambicje". No właśnie; Twardowski też był gotowy na wiele, żeby wznieść się na wyższy poziom wiedzy, albo raczej pseudowiedzy, gdyż mieszanie w tygielku kociej krwi z rtęcią trudno uznać za działanie naukowe. Skutki zastosowania jego "mądrości" też zazwyczaj okazywały się opłakane, choć raczej dla sfery duchowej jego "pacjentów". Do lektury jak zwykle zachęcam, a moimi skojarzeniami można się nie przejmować.
Ot, to zwykła bajka:).

sobota, 4 maja 2013

Kwiat Paproci (Kraszewski)


Zastanawiałam się czasami, dlaczego uznani pisarze biorą na warsztat w kółko te same ludowe i tradycyjne bajki. Po "Kwiecie paproci" w JIK-owym wydaniu porzuciłam wątpliwości. Historia Jacka, który w noc świętojańską wyruszył na poszukiwanie kwiatu paproci, a następnie w wyniku błędnych decyzji zmarnował sobie życie, ma wszystko, co dobra bajka mieć powinna: sugestywny klimat (w tym przypadku lekko gotycki) i mądre przesłanie. Nic to, że nieco czarno białe, nie jest wszak zadaniem bajek oswajać słuchaczy/czytelników z odcieniami życiowej szarości.
Zachęcam do odświeżenia sobie tej historii, choćby w czasie przerwy na lunch. Dostępna online TUTAJ.

Tym razem chciałam napisać nie o książce a o tzw. uwspółcześnianiu bajek.  Czasami rzeczywiście warto się nad tym zastanowić. Weźmy chociaż wszechobecne złe macochy. I jak tu współczesna sobie układać dobre stosunki z dzieckiem męża/partnera, jeśli wychowało się ono na braciach Grimm?
Z niektórych bajek macochę wyrzucić się da (Jaś i Małgosia), w innych jest ona na tyle ważnym punktem fabuły, że z bajki, po jej usunięciu niewiele zostanie.
A co z unikaniem drastycznych treści?
Klasyczny przykład przeróbek to Czerwony Kapturek z wilkiem jaroszem. Czy współczesne dzieci są AŻ TAK  wrażliwe, że pod żadnym pozorem nie mogą się dowiedzieć, że niektóre zwierzęta są drapieżnikami (a przy okazji, że nie każdy jest dobry i nie każdy musi chcieć dla nich dobrze)?
Wracając do "Kwiatu paproci" - ta bajka w oryginale  uczy poprzez przykład negatywny, czyli kończy się źle. Mam w swoich zbiorach uproszczoną wersję (wydawnictwa Wilga), która kończy się DOBRZE. Mroczna historia zamieniła się w słodką i nijaką opowieść familijną. Dodam, że moje dzieci jakoś nigdy w tej wersji nie zagustowały - czyżby była po prostu nudna?. Wolą faszerowanego siarką smoka wawelskiego.




piątek, 3 maja 2013

Papiery po Glince (Kraszewski)


Hej, kielicha, kielicha,
Bo mi w gardle zasycha!
I na duszy mi smutno,
I w sercu bałamutno.

Trzeba zalać robaka!
Hej, Szklanicy, szklanicy,
bo mi mętno w źrenicy
I w sumieniu wąż wierci,
I myślę już o śmierci.

Trzeba zalać robaka!
Hej, puchara, puchara,
W oczach stoi mi mara,
Świat dokoła się kręci,
Tracę resztę pamięci...

Trzeba zalać robaka!
Hej wiadrami, wiadrami,
A kto nie kiep - ten z nami!
Napijmy się do zdecha,
Tylaż nasza pociecha!

Trzeba zalać robaka! [1]

Tę i inne przyśpiewki alkoholowe śpiewano, jak wieść gminna niesie, na dworze księcia Karola Radziwiłła - Panie Kochanku. Ten miłośnik uciech w stylu sarmackim (obejmujących przede wszystkim alkoholowe biesiady), twórca niezliczonych bon-motów, zainspirował niejednego literata. Poświęcone jest mu jedna z gawęd w "Pamiątkach Soplicy", inspirował się nim Sienkiewicz przy tworzeniu postaci Zagłoby, nic więc dziwnego, że i Kraszewski skorzystał z jednej z historyjek krażących po kraju na temat księcia[2].

Krótko: redaktorzy w posłowiu twierdzą, że jest to historyjka wykorzystująca motyw "chłopa, co oszukał diabła", ja przy lekturze miałam dokładnie odwrotne skojarzenia. Radziwiłł to sympatyczny facet, gościnny, hojny, z poczuciem humoru i sercem na dłoni. Jeśli ma jakieś poważne wady, to nie dowiemy się o nich z książki Kraszewskiego. Te mniejszego kalibru, dokuczliwe raczej dla ich posiadacza a nie jego otoczenia, to niewielka asertywność, przesadne przywiązanie do honoru oraz dobrej sławy swojego nazwiska. Słowem: Radziwiłł "Panie Kochanku" jest po prostu niedzisiejszy.
Jego całkowitym przeciwieństwem jest pan Krzycki - podejrzane indywiduum, które dopiero wtedy opuści dwór księcia, gdy uda mu się go oskubać z tego , co się tylko da a i z pewnej odległości będzie wciąż kombinować, jak tu jeszcze poddoić honornego magnata. Charakteryzować szerzej tej postaci nie będę - włączając TV w porze wiadomości, znajdziecie takich typów na pęczki, tyle, że nie w strojach sarmackich, a garniturach.
Słowem - sarmacka historia okazała się nader aktualna. A autorzy posłowia raczej się nie popisali:).

Inne zalety książki to ciekawa intryga, cała masa szczegółów obyczajowych i dowcipnych powiedzonek, no i wreszcie - długość - jakieś 65 stron.
Słowem - lektura to przyjemna, pożyteczna, niemęcząca i nawet z drugim dnem. To chyba bezpieczny wybór dla nieco już wciągniętych w JIK-owe klimaty.

[1] "Papiery po Glince", J.I. Kraszewski, Warszawa 1988, s. 41
[2] Księciu "Panie Kochanku" poświęcone są także '"Ostatnie chwile księcia wojewody" oraz "Król w Nieświeżu"
Źródło zdjęcia - Wikipedia.

czwartek, 2 maja 2013

"Przygody Pana Marka Hińczy" - Kraszewski

Kolejną JIK-ową lekturę zainspirowała lista zakazanych pozycji literatury młodzieżowej z lat 50-tych, którą znalazłam w "Obławie" Joanny Siedleckiej (pełna lista na końcu posta). Na jednej z końcowych pozycji znalazły się właśnie "Przygody Pana Marka Hińczy". Jako, że dotychczas żyłam w przekonaniu, iż Kraszewski był autorem politycznie bezpiecznym i jedną z nielicznych dozwolonych alternatyw do powieśći produkcyjnych i "Krótkiego kursu historii WKP(b)", postanowiłam niezwłocznie zbadać sprawę, co takiego nieprawomyślnego jest w tej konkretnej książce.
Niestety sprawa nie jest dla mnie jasna.
"Przygody.. " to kolejna powieść łotrzykowska, której bohater niebezpiecznie przypomina Nikodema Dyzmę. Poprzednia przeze mnie przeczytana - "Kawał literata", traktująca o pewnym prawie analfabecie, który zrobił karierę na niwie poetyckiej, była nawet bardziej pomysłowa.
Tutaj mamy ograny schemat "od zera do milionera" drogą na skróty, delikatną satyrę na czasy stanisławowskie, krytykę szlacheckich wad (co w latach 50-tych powinno być bardzo na czasie).
Całość nawet przyjemnie się czyta, ale widać, że autora jednak nieco ograniczają jego dydaktyczno-satyryczne zapędy.
Dlaczego właśnie ta książka wpadła pod cenzorskie nożyczki?
Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to fakt,  że mogła podejrzanie przypominać drogę życiową któregoś z partyjnych dygnitarzy. Zagadka ciągle niewyjaśniona, ale wszelkie teorie sa mile widziane:).



środa, 1 maja 2013

Kunigas J.I.Kraszewski

Malbork, lata 30-ste XIV wieku. Poznajcie litewską Drużynę A.
Szwentas - lat co najmniej 40, parający się czasami szpiegostwem na rzecz Krzyżaków. W czasie jednej ze swoim misji wywiadowczych na Litwę zmienia front i podejmuje się zlecenia na rzecz księżnej Redy. Ma odnaleźć jej zaginionego syna.
Jerzy - młody rycerz krzyżacki, prawdopodobnie Litwin wysokiego rodu. Pseudonim: Kunigas (zdrabniany również pieszczotliwie do Kunigasika), czyli Książę. Od momentu odkrycia, że jest porwanym jako dziecko Litwinem podupada na zdrowiu i cierpi na melancholię.
Baniuta - pyskata litewska nastolatka, również porwana w czasie jednej z wypraw. Szykowana przez swoją niemiecką opiekunke Gundę na ozdobę nieoficjalnego krzyżackiego  zamtuza.
Rymnos - (zdrobniale Romek) - kolejne uprowadzone litewskie dziecko, rodu zapewne pośledniego. W Malborku pełni rolę pachołka i najlepszego przyjaciela Jerzego.
Pewnego dnia ta czwórka połączy siły i dokona brawurowej ucieczki na Litwę. Jednak nie będzie im dane długo cieszyć się powtórnym spotkaniem z bliskimi. Za chwilę bowiem wyruszy kolejna krzyżacka ekspedycja mająca na celu nawracanie pogan ogniem i mieczem. A wtedy Drużyna A będzie miała okazję pokazać na co ich stać w walce z niedawnymi ciemiężycielami.
"Kunigas" jest powieścią parahistoryczną, opartą na jednej z legend zamieszczonych przez Kraszewskiego w antologii "Litwa za Witolda". Trudno powiedzieć, jak wiele jest w niej prawdy, gdyż zakończenie przerasta o głowę wszystkie podnoszące morale i sławiące bohaterstwo historie, jakie kiedykolwiek słyszałam. Przyznam, że ostatni rozdział sprawił, że dosłownie opadła mi szczęka (opadła ona zresztą także będącym jej świadkami Krzyżakom). I dla ostatniej sceny warto przeczytać Kunigasa, nawet, gdyby reszta książki trąciła myszką.


We wstępie wyczytałam, iż Litwini w XIX wieku, w miarę budzenia się ich świadomości narodowej, chętnie korzystali z dorobku Kraszewskiego w dziedzinie etnograficzno-literackiej. Te wszystkie legendy, które on spisywał, to było ostatecznie ich dziedzictwo narodowe.
Nie wiem, na jakim dokładnie etapie znajdował się rozwój litewskiego nacjonalizmu w momencie, gdy książka po raz pierwszy ujrzała światło dzienne. Nie wiem też, jak wówczas wyglądały (i czy w ogóle były) jakieś antagonizmy polsko-litewskie. Nie mogę natomiast pozbyć się myśli, że JIK za pomocą "Kunigasa" i jego zakończenia próbował podrzucić Litwinom kukułcze jajeczko.
Efektowne było to zakończenie? Bardzo. Pokazali Litwini, że mają fantazję i charakter? Nie da się ukryć. A że przy okazji zdobyli pierwszą nagrodę w XIV- wiecznej edycji Nagrody Darwina?

Dlatego coś czuję, że tylko mocno okrojony Kunigas mógł stać się przebojem litewskich czytanek.

Zaintrygowanych zachęcam do przeczytania książki i sprawdzenia o co chodzi.






źródło zdjęcia: smashwords.com