czwartek, 14 kwietnia 2016

"Marie jego życia" - Barbara Wachowicz (Rok Sienkiewiczowski)


Oj, nie miał Noblista szczęścia do kobiet. Jako 20-parolatek ze zubożałej szlacheckiej rodziny mógł co najwyżej pomarzyć o założeniu własnej. Jako 30-latek zaczął sobie już wprawdzie wyrabiać markę w literackim świecie, jednak i to nie wystarczało wybrednym rodzicom posażnych panien (zerwane zaręczyny z Marią Kellerówną). W drugiej połowie życia miał odwrotny problem - był tak sławny, że ściągało to amatorki wygrzewania się w blasku tej sławy (druga żona- Maria Romanowska) lub kobiety zakochane bardziej w jego twórczości, niż w nim samym (Maria Radziejowska). Jeśli już udało mu się stworzyć udany, pełnowymiarowy związek (pierwsza żona- Maria Szetkiewiczówna), do akcji wkraczały tzw. czynniki obiektywne, tutaj w postaci gruźlicy, która kilka lat po ślubie pozbawiła życia partnerkę noblisty.
W miarę ustabilizowane życie mógł zacząc wieść pisarz gdzieś ok 60-tki, z zaprzyjaźnioną z nim od lat daleką kuzynką, Marią Babską.
Z takim życiorysem mógłby spokojnie konkurować z Mickiem Jaggerem, tyle, że Sienkiewicz Jaggerem nie był. Co więcej, nie był nawet XIX-wiecznym odpowiednikiem Jaggera, tylko normalnym facetem, który owszem, może popełniał błędy, ale niekoniecznie takie, za które trzeba było aż tak drogo płacić.
"Marie jego życia" traktują o prywatnym i uczuciowym życiu Sienkiewicza. Oparte są na listach, pamiętnikach a także wspomnieniach rodziny Sienkiewicza, a także jego wszystkich miłości. Książkę czyta się jednym tchem, to jedna z nielicznych lektur ostatnio, które przemierzałam, wykorzystując dosłownie każdą wolną chwilę.
To zasługa nie tylko gawędziarskiego stylu autorki, ale także faktu, że niedawna lektura "Rodziny Połanieckich" zostawiła mnie w wieloma pytaniami o biograficzny kontekst książki (a wiele pytań doszło dzięki dyskusji z innymi czytelnikami). Spieszę się zatem podzielić "kodem Połanieckich".
Już w trakcie małżeństwa z Marią z Szetkiewiczów, Sienkiewicz planował napisać "Kronikę szczęścia", zapewne miała to być powieść obyczajowa o miłości i życiu rodzinnym. Śmierć żony w naturalny sposób położyła kres tym planom. Pomysł ekshumował ok. 10 lat później, równolegle do starań o Marię Romanowską- bogatą, rozpieszczoną 20-latkę, przybraną córkę małżeństwa Wołodkowiczów. W pierwszej części "Połanieckich" centralną postacią jest wzorowana na pierwszej żonie Marynia, tak w drugiej najwięcej miejsca poświęca romansowi młodego poety - Ignacego Zawiłowskiego z rozpieszczoną (choć niebogatą) Linetą Castelli. Obydwie historie- prawdziwa i fikcyjna, wykazują znaczne podobieństwa. W obydwu przypadkach motorem napędowym związku były nie osoby zainteresowane, a otoczenie (w książce ciotka, w rzeczywistości przybrana matka). Podobna była również dynamika - początkowa fascynacja kobiet "artystyczną" duszą twórcy wypaliła się, i pozostało tylko ewakuowanie się ze związku, utrudnione dbałością o opinię publiczną. Fikcyjna Lineta ostatecznie zdradziła narzeczonego, prawdziwa Maria, mimo wahań i zerwania narzeczeństwa, poszła jednak ze swoim wybrankiem do ołtarza, tyle, że po miesiącu zmieniła zdanie.
Nie wydaje się, aby sam motyw zerwania narzeczeństwa był zaczerpnięty ze starej historii z Marią Kellerówną - porządną 19-latką wychowywaną niemal na zakonnicę. Zwłaszcza, ze w tamtym przypadku negatywną rolę odegrał ojciec, nie matka bądź ciotka.

Książkę bardzo polecam, można się z niej sporo dowiedzieć nie tylko o życiu uczuciowym pisarza, ale także o prywatnych kontekstach jego twórczości. kto na przykład wie, kim naprawdę był powieściowy Zagłoba? 
 
 
Tekst z maja 2011, odkurzony z okazji Roku Sienkiewiczowskiego.

poniedziałek, 28 marca 2016

"Duma i uprzedzenie" Jane Austen

tytuł oryginału: Pride and Prejudice
tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska
data wydania: 2015
data wydania oryginału: 1813
liczba stron: 368 
opis:
Rzecz dzieje się na angielskiej prowincji na przełomie XVIII i XIX wieku. Niezbyt zamożni państwo Bennetowie mają nie lada kłopot – nadeszła pora, by wydać za mąż ich pięć dorosłych córek. Sęk w tym, że niełatwo jest znaleźć odpowiedniego męża na prowincji. Pojawia się jednak iskierka nadziei, bo oto posiadłość po sąsiedzku postanawia dzierżawić pewien młody człowiek, przystojny i bogaty... 


        Pisząc o tej książce muszę wspomnieć, że nie trafiła na najlepszy dla siebie czas. Okazało się, że nie bardzo mam ochotę na romans. Generalnie raczej rzadko miewam ochotę, bo nie przepadam za tym gatunkiem, już prędzej obejrzę komedię romatyczną. Ale to szeroko pojęta klasyka, więc kiedyś wreszcie musiał nadejść ten dzień,
w którym po nią sięgnę.

        Nie będę pisać szerzej o czym jest Duma i uprzedzenie, nie widzę takiej potrzeby. Zresztą gdybym zdradziła więcej z fabuły to
w zasadzie nie byłoby sensu, abyście po nią sięgali. Książka Jane Austen nie zachwyciła mnie ani trochę, momentami śmieszyła, więc jako takiej rozrywki dostarczyła, ale w zasadzie przeczytałam ją, bo przeczytałam, bez większych emocji. To takie czytadło, tylko że nie czytało mi się jej tak lekko jak zazwyczaj w takich przypadkach. Niestety, ale język bywał dla mnie jako współczesnego czytelnika nieco toporny. Czasem też nie wiedziałam czy do końca rozumiem co dana postać ma na myśli, ale też zapewne była to wina tego, że czasem wypowiedzi były zawoalowane.

        Nie podobał mi się sposób prowadzenia dialogów, to że czasem bywały nagle urywane i tylko streszczone. Trochę mnie to momentami denerwowało, bo sprawiało, że lektura była dość monotonna, co jest zapewne ironią, bo przypuszczam, że zabieg ten miał właśnie przyśpieszyć akcję i nie zanudzać czytelnika oczywistościami (mnie i tak nudziły momentami inne rozmowy, także...). Jakoś nie pasowało mi takie streszczanie wypowiedzi, jakbym nie mogła przez to lepiej poznać bohaterów. Choć ten fragment na zdjęciu powyżej jeszcze nie jest najgorszym przykład, bywały takie momenty, które bardziej mnie denerwowały, bo byłam ciekawa jak by coś takiego powiedziała dana postać, albo co dokładnie by powiedziała.

        Także przedstawienie postaci pobocznych było zrealizowane dość niefortunnie. Liczyli się tylko główni bohaterowie, o reszcie autorka nie miała za wiele do powiedzenia, albo zbywała je zdawkowym zdaniem, albo w ogóle nie poświęcała im miejsca, co najwyżej zajęła się ich ubiorem czy zachowaniem w danej chwili. Tak jak poniżej- większość pobocznych postaci nie odznaczała się w ogóle niczym...
Również irytowało mnie pisanie hrabstwo X, pułkownik X, miasteczko X. Nie rozumiem czemu to miało służyć. Austen inspirowała się prawdziwymi wydarzeniami i nie mogła niektórych nazw zdradzić czy zabrakło jej fantazji?

        Jeszcze taka mała dygresja. Myślę, że niektórzy pomijają to w jakiej epoce Duma i uprzedzenie została napisana i w jakich czasach rozgrywa się akcja. Widać to na przykład przy krytyce pana Darcy'ego. Ludzie lubią wyśmiewać literackie wzorce kobiet, ale nie wezmą pod uwagę pewnych okoliczności. Tutaj zanim się coś napisze naprawdę należy wziąć pod uwagę tło historyczne. 

        Generalnie nie jest to książka, którą będę gorąco polecała, nie spodobał mi się styl Austen, Duma i uprzedzenie nie porwała mnie jakoś szczególnie, choć nie powiem, że całość była mi zupełnie obojętna. Momentami byłam ciekawa co wydarzy się dalej, niestety były też takie fragmenty, które mnie znudziły. Mimo, że ja jako tako nie polecam, to myślę, że warto wziąć ją pod uwagę, właśnie z uwagi na status klasyki, chociażby dlatego, że warto wiedzieć o czym mówią inni.

poniedziałek, 14 marca 2016

Tadeusz Dołęga - Mostowicz, Znachor.



Wstyd się przyznać, ale aż do tej pory nie czytałam książki Tadeusza Dołęgi – Mostowicza, na podstawie, której w 1981 roku powstał kultowy – jak dla mnie – film. To jedna z tych ekranizacji, którą oglądałam już wielokrotnie, do której zawsze z wielkim sentymentem powracam, która nigdy mi się nie znudzi i podczas której za każdym razem łzy tryskają strumieniami. Czytając powieść miałam, więc przed oczami filmowe kreacje aktorów i nijak nie mogłam sobie wyobrazić książkowej Marysi jako blondynki. Dla mnie to zawsze będzie brunetka w osobie Anny Dymnej, Antonim Kosibą na zawsze zostanie zaś Jerzy Bińczycki, a Leszkiem Czyńskim – Tomasz Stockinger. To wspaniała ekranizacja, która wiernie oddaje fabułę książki. Jedynie kilka elementów zostało zmienionych na poczet filmu. Gdy w filmie panuje wieczne lato, to w książce mamy oczywiście zmianę pór roku. W książce mowa jest o „drugim” życiu Beaty i pamiętniku Marii Jolanty Wilczurówny. 

Powieść rozpoczyna się w dniu, gdy sławny chirurg profesor Rafał Wilczur przeprowadza trudną operację na sercu. Po jej pozytywnym zakończeniu spieszy do domu, do żony Beaty i małej córeczki Marioli. To jego ósma rocznica ślubu z Beatą. Wpada do domu z futrem mającym być niespodzianką dla żony, a tu nie zastaje ani jej, ani córki. List pozostawiony przez Beatę rozstraja zupełnie Rafała Wilczura, wybiega z domu, nie wie dokąd idzie, po drodze poznaje Samuela Obiedzińskiego, z którym spędza zakrapianą noc w obskurnej knajpie. Kolejny dzień i noc mijają podobnie, z ta różnicą, że zostaje specjalnie upity przez rabusi. W wyniku pobicia profesor traci pamięć i od tej pory radykalnie zmienia się jego tryb życia. Wędruje od miasta do miasta, ima się rożnych prac, parokrotnie za nieposiadanie dokumentów zostaje aresztowany i osadzony w więzieniu, aż kradnie takowe i przyjmuje nazwisko Antoniego Kosiby.

 Pewnego dnia trafia do właściciela młyna – Prokopa. Tam znajduje zatrudnienie, a wkrótce, gdy okazuje się, że potrafi pomóc synowi Prokopa, zyskuje uznanie i szacunek w okolicy. W ten sposób zyskuje miano Znachora. Od czasu do czasu pojawia się w pobliskich Radoliszkach i bywa w sklepie u Szkopowej. Pracuje w nim dwudziestoletnia dziewczyna, skromna sierota Marysia, która pozwala wkrótce sobie nazywać Antoniego stryjciem. W sklepie pojawia się również bardzo często syn właściciela fabryki, Leszek Czyński….

Do momentu przeczytania książki nie rozumiałam właściwie, dlaczego Beata zdecydowała się opuścić Rafała Wilczura. Teraz wszystko jest dla mnie zupełnie jasne. To niezwykle smutna historia mimo, że opowiada o miłości i znajdujemy w niej kres cierpień bohaterów. Oczywiście powieść Tadeusza Dołęgi – Mostowicza jest sentymentalnym romansem, ale dla mnie to klasyka. Nie ulega wątpliwości, że gdyby została dziś wydana po raz pierwszy, nie zyskałaby takiego rozgłosu i doczekałaby się zapewne fali krytyki. Dziś, bowiem nie jest w modzie ani prawdziwa miłość i przywiązanie, ani skromność, ani dobroć i bezinteresowność wypływająca z czystych serc.

 To sprawnie opowiedziana historia, dobrze napisana i obrazująca tło społeczne i obyczajowe lat 20. i 30. XX wieku. Scharakteryzowana jest ówczesna mentalność i życie warstw niższych i wyższych. To mądra i wzruszająca powieść o samotności, nadziei, miłości. Warto nadrabiać w zaległości w starych lekturach.
 

Tadeusz Dołęga - Mostowicz, Znachor, wydawnictwo MG, wydanie 2015, okładka miękka, stron 332.


niedziela, 13 marca 2016

Rok 2016 - rokiem H. Sienkiewicza

W tym roku wypada setna rocznica śmierci oraz stosiedemdziesiąta rocznica urodzin naszego wielkiego pisarza, noblisty. Z tej okazji chciałabym, żebyśmy również na Klasyce literatury popularnej uczciły ten rok i w związku z tym zakładam specjalną zakładkę "Rok Sienkiewiczowski", gdzie będą podpięte wszystkie linki do recenzji jego dzieł, tych recenzji, które już tu są i tych, które dopiero będą :) Ale także do innych wpisów, w jakiś sposób z Sienkiewiczem powiązanych.

Zachęcam Was do czytania nie tylko tych jego najbardziej znanych dzieł, ale również nowelek, listów, być może odkryjecie tam zupełnie inne oblicze autora. Można też, zamieścić wpisy dotyczące ogólnie Waszych doświadczeń z wielkim Henrykiem; opisy miejsc z nim związanych; może nawet wrażenia z ekranizacji? Wszelka kreatywność mile widziana :)

A 3 września, prawie równocześnie z naszą rocznicą :), rusza kolejne Narodowe Czytanie - tym razem ludzie głosując, sami wybrali lekturę - będzie nią "Quo vadis" właśnie Henryka Sienkiewicza - chyba dołączymy? :)

czwartek, 10 marca 2016

Elizabeth Gaskell, Kuzynka Phillis.


     Kuzynka Phillis  to niewielkich rozmiarów wiktoriańska powieść autorstwa Elizabeth Gaskell. Autorka skupia się na losach niewielkiej grupy osób w obrębie kilku zaledwie lat. Oto siedemnastoletni Paul Manning opuszcza rodzinny dom w Birmingham, aby po raz pierwszy podjąć prace przy budowie kolei i rozpocząć życie na własny rachunek. Przeprowadza się do Eltham i wynajmuje pokój u swojego zwierzchnika pana Edwarda Holdswortha. Mając dziewiętnaście lat na życzenie swojej matki odwiedza jej daleką rodzinę w Heathbridge.  Zostaje zaproszony na kilka dni na farmę, aby bliżej poznać panią Holman, jej męża - pastora i ich córkę Phillis. Od tej pory bywa na farmie regularnie, zaprzyjaźnia się z siedemnastoletnią Phillis i obserwuje jak dziewczyna zmienia się w kobietę. Mimo to, Paul traktuje swoją kuzynkę jak siostrę i to on będzie obserwatorem rodzącej się miłości między nią a swoim zwierzchnikiem. 

Fabuła powieści wydaje się wręcz banalna, ale w tej prostocie Gaskell tkwi niesamowite piękno. Autorka skupia się na codziennym życiu swoich bohaterów, ich troskach, zmartwieniach i małych radościach. Mocno eksponuje i osładza lukrem czynności, szlachetne charaktery bohaterów i tryb życia jaki wiodą. Staroświecki klimat jest tu bardzo odczuwalny. Nie ma pośpiechu, nagłych zwrotów akcji, czas płynnie powoli, niemal sennie, acz w tym tkwi urok narracji. Momentami wyczuwalna jest jedynie nerwowość i napięcie, zwłaszcza po tym, jak Paul w dość nierozważny sposób dzieli się z Phillis swoimi informacjami na temat uczuć  Holdswortha. Konsekwencje tego postępku będą poważne.

Całą historię poznajemy dzięki opowieściom Paula Manninga. Nie czytajcie jednak wpisu na tylnej stronie okładki. Ten, kto za niego odpowiada, powinien „dostać po głowie”. Zupełnie nie zgadza się z treścią książki. Nie jest to też absolutnie powieść o szczęśliwej miłości, a mimo wszystko urzekła mnie swoim klimatem i przeniosła na angielską prowincję i XIX wieku.
 


Elizabeth Gaskell, Kuzynka Phillis, wydawnictwo C&T, wydanie 2014, przekład Agnieszka Klonowska, oprawa miękka, stron 136.

opinia została opublikowana na blogu Słowem malowane w dniu 7 kwietnia 2015 r. 
 

Więzień na zamku Zenda - Anthony Hope

Post ukazał się też na moim blogu Dawno, dawno temu...

Nie mogę pojąć, czemu "Więzień na zamku Zenda" został wydany w Polsce tylko raz, prawie trzydzieści lat temu i to w paskudnej oprawie i tycim formacie. Czy to jakiś podstęp mający na celu zniechęcenie czytelników do sięgnięcia po tę absolutnie rewelacyjną powieść awanturniczą z końca XIX wieku? Apeluję - ruszajcie do bibliotek albo przeszperajcie allegro, bo to po prostu trzeba przeczytać.



Przez pierwsze kilka rozdziałów nastawiona byłam bardzo sceptycznie do fabuły opartej na jednym z bardziej wyświechtanych pomysłów - czyli na podmianie sobowtórów. Potem przestałam być sceptyczna, bo nie mogłam się oderwać od czytania.

Pewien rudowłosy angielski gentleman, Rudolf Rassendyll, wyjeżdża do Rurytanii, by obejrzeć koronację nowego - tradycyjnie rudego - króla. Oczywiście, Rudolf okaże się niemal bliźniaczo podobny do następcy tronu i w wyniku poważnej awantury zajmie jego miejsce, przy okazji zdobywając serce królewskiej kuzynki Flawii, z pełną świadomością, że ani nie może zachować korony, ani poślubić ukochanej, bo honor nakazuje mu przywrócić na tron prawowitego władcę.

Co to za awantura? Otóż, król ma rywala, przyrodniego brata, zwanego Czarnym Michałem, który zazdrości mu tronu i przyszłej królowej, pięknej Flawii. W wyniku podstępu więzi potajemnie przyszłego króla i ma nadzieję sam zostać koronowany, ale wówczas okazuje się, że rzekomy "król" jednak się na koronacji zjawia. Tylko sami Rudolf i Michał, oraz ich najbardziej zaufani ludzie, wiedzą, że "król" jest fałszywy. Ale - Michał nie może ujawnić, ze na tronie jest uzurpator, bo musiałby przyznać się do uwięzienia prawdziwego króla. Nie może zabić króla, bo wtedy Rudolf zostałby na zawsze na tronie. Nie może zabić otwarcie Rudolfa, bo nie może wystąpić jawnie przeciwko rzekomemu bratu. Z kolei Rudolf także nie może zaatakować "brata", nie może też najechać zamku Zenda, bo wie, że wtedy Michał zabije więzionego tam króla. Sytuacja wydaje się nie mieć wyjścia. Według posłowia tłumacza, Roberta Stillera, autor przeżył w tym momencie pisania powieści załamanie, bo uznał, że sam nie jest w stanie wyplątać się z wymyślonego przez siebie impasu. Jednak mu się udało, a każda strona owego wyplątywania się jest warta przeczytania.

Prawnik Anthony Hope jest właściwie autorem jednej powieści (wyd. 1894 r.), choć napisał ich wiele. Żadna inna jednak nie dorównała "Więźniowi...", po którym uznano go za nowego Dumasa. Powstała co prawda druga część pt. Rupert von Hentzau (1898 r.), ale była dużo słabsza, nigdy też nie została przetłumaczona na polski.

Na podstawie powieści powstało kilka filmów, ostatni z nich w 1979 r. z Peterem Sellersem w roli głównej.

Anthony Hope, Więzień za zamku Zenda, tłum. Robert Stiller, Wydawnictwo "Śląsk", Katowice 1989

poniedziałek, 7 marca 2016

Elizabeth Gaskell, Panna Lois od czarów.


              Panna Lois od czarów to dość krótka powieść autorstwa Elizabeth Gaskell, która przenosi czytelnika do roku 1691. Wówczas to po śmierci rodziców młoda dziewczyna, Lois Barclay, spełniając ostatnią wolę matki, wyrusza w podróż przez ocean do Nowej Anglii, aby tam odszukać swego wujka. Podczas podróży opiekuje się nią kapitan Holdernesse, który jest chyba jedynym w powieści trzeźwo myślącym bohaterem. Lois dociera do Salem i poznaje brata swojej matki Ralpha Hicksona i jego rodzinę: żonę - złośliwą i zjadliwą Grace Hickson, rozchwianego emocjonalnie mającego wizyjne halucynacje syna Manasseha, córki: starszej smutnej Faith i młodszej znajdującej przyjemność w kpinach Prudence. Wkrótce jednak okazuje się, że nie będzie to dla Lois spokojna przystań.  Wujek złożony chorobą umiera, a cała jego rodzina jak i pozostali mieszkańcy Salem żyją ściśle według przykazań bożych, a wieczory spędzają na słuchaniu mrożących krew w żyłach opowieściach o mrocznych lasach, czarownicach i tych, którzy mają konszachty z szatanem. Szybko okazuje się, że każdy może być podejrzanym, paść ofiarą oskarżeń o uprawianie czarów i może być poddany pod wyroki sądów, które nie powinny mieć miejsca.

            Elizabeth Gaskell trafnie opisuje ówczesną rzeczywistość panującą w Nowej Anglii. Silnie zakorzeniona wiara, dogmatyczność, niewiedza i wiara opowieści z czarami w tle, w połączeniu z nieumiejętnymi kaznodziejami wykorzystującymi swoje owieczki dla zyskania popularności i wpływu, może doprowadzić do wybuchu zbiorowej histerii i wysuwania oskarżeń o stosowanie magicznych praktyk wobec niewinnych zupełnie osób. Gaskell wplata w powieść rzeczywiste wydarzenia, jakie miały miejsce w Salem w roku 1691. Wówczas to córka pastora Betty Parris i jej kuzynka Abigail Williams zaczęły mieć dziwne konwulsje (w powieści chodzi o dwie córeczki pastora Tappau). Obie twierdziły, że zostały "zaczarowane" przez żebraczkę Sarę Goods, starą kobietę Sarę Osborne i murzyńską niewolnicę, Titubę ( w powieści oskarżyły starą indiańską służącą pastora Hotę). Tituba (w książce Hota) przyznała się do winy i wskazała innych mieszkańców Salem o uprawianie magii. Publiczna egzekucja na Hocie została wykonana, a wkrótce i Lois zostaje  aresztowana. Faktem jest, że tym, którzy nie zgadzali się z oskarżeniem, groziła śmierć.

To przerażająca opowieść o ludzkiej małostkowości, zacofaniu i ludziach ogarniętych obsesją na punkcie religii i wiarę w przewodnictwo kaznodziejów. Gaskell umiejętnie odtwarza ówczesny klimat Nowej Anglii. Lois jako młoda dziewczyna zostaje przesiąknięta poglądami mieszkańców Salem. Traci umiejętność osądzania własnych czynów i swojego charakteru. Z drugiej strony nie rozpoznaje wrogów i prześladowców, łatwo, więc zostaje niewinnie oskarżona, acz nie ulega pokusie przyznania się do winy. 

Gaskell uświadamia nam, że o Salem nie należy nigdy zapominać. Nie oczekujcie więc po tej lekturze szczęśliwego zakończenia.
 


Elizabeth Gaskell, Panna Lois od czarów, wydawnictwo C&T, wydanie 2015, tłumaczenie Agnieszka Klonowska, okładka miękka, stron 120.


Opinia została opublikowana na blogu SŁOWEM MALOWANE w dniu 7 maja 2015 roku.