poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Cranford" Elizabeth Gaskell


"Cranford" Elizabeth Gaskell to przesympatyczna miniaturka, zawierająca migawki z życia wyższych sfer prowincjonalnego miasteczka w dziewiętnastowiecznej Anglii.  Napisana z przymrużeniem oka i doskonałym poczuciem humoru książka, opisuje miasto panien i wdów w wieku przynajmniej średnim. Świat się zmienia, ale tam wszystko pozostaje takie samo, a damy pieczołowicie dbają o to, aby przestrzegano konwenansów i pielęgnowano tradycje. Kranfordzki świat widzimy oczyma Mary Smith, która odwiedza miasteczko, a okresowo nawet tam pomieszkuje. To spojrzenie daje nam szerszy obraz, bo z jednej strony jest to ktoś empatyczny niemal z wewnątrz, a z drugiej – osoba, która potrafi również się zdystansować.

Pisarka doskonale namalowała słowami wszystkie postaci. Każda dama jest inna, każda ma swoje dziwactwa. Jedna oszczędza cukier, podając podczas herbatek jego miniaturowe kawałki, druga namiętnie oszczędza świece, kolejna zbiera sznurki... A to wszystko prowadzi do przezabawnych sytuacji. W mieście tym nie tylko trzeba dokładnie wiedzieć z kim należy rozmawiać, w jakim sklepie kupować, ale także znać szczegółowe wytyczne jak należy żyć, aby nie narazić się na towarzyską banicję. Panie mają różny status majątkowy, ale jak same mówią o sobie: „(...) żadnej z nas nie można by nazwać zamożną, choć posiadamy środki do życia idealnie wystarczające do zaspokojenia naszych eleganckich i wykwintnych gustów, i żadna, nawet gdyby mogła, nie zhańbiłaby się okazywaniem wulgarnej ostentacji”.  Niemile na przykład widziana była przesada w nabywaniu nowych strojów. Panie zazwyczaj rano nosiły sfatygowane suknie, stare czepki i połatane koronki. Przebierały się tuż przed południem, kiedy to w Cranford wraz z wybiciem dwunastej, zaczynał się czas odwiedzin. Wtedy trzeba było zaprezentować się godniej. Koronki były towarem luksusowym, a więc każda dama dbała o swoje koronkowe skarby z  największą starannością. Czepek stanowił, oprócz koronkowego kołnierzyka i licznych broszek noszonych do znoszonych sukien, najbardziej ozdobny element garderoby. To właśnie on był najbardziej pożądaną nowością, a wybór fasonu i koloru był przedmiotem długich rozmyślań i wahań. Czas odwiedzin był limitowany do piętnastu minut, ale nietaktowne było używanie zegarków. Prawdziwą zaś osłodą kranfordzkiego życia były wieczorne przyjęcia, którym towarzyszyła zazwyczaj gra w karty i poczęstunek, który powinien być skromny, ponieważ zbyt obfity uważano klasyfikowano jako wulgarny.

Doskonale bawiłam się podczas czytania, także dlatego, że po raz pierwszy mogłam tak szczegółowo śledzić życie dziewiętnastowiecznego angielskiego miasteczka. Wspaniałe pióro Gaskell powoduje, że można na kilka godzin na dobrze zatracić się w kranfordzkiej rzeczywistości, która, wbrew pozorom, nie jest nudna i sztywna. To także świat dużych i małych dramatów, za które po części można winić zamkniecie się tego światka w klatce konwenansów. Być może niektóre z tych problemów mogą wydawać się błahe, ale doskonale mogę sobie wyobrazić do jakiej rangi mogły urosnąć w takim świecie i ile wymagały trudu i poświecenia, aby im sprostać.

„Cranford” Gaskell to taki literacki bibelocik, małe arcydzieło, w które włożono dużo serca i treści, a historie opisano lekko i z prawdziwą maestrią. Bawi, wzrusza i rozczarowuje, bo tak szybko się kończy. Mała ilość stron to mój jedyny zarzut. 




_____________________

Elizabeth Gaskell, Cranford, przeł. Katarzyna Kwiatkowska, Wydawnictwo Poligraf, 2012, s. 220.

sobota, 15 grudnia 2012

"Perswazje" Jane Austen

Tytuł: Perswazje
Autor: Jane Austen
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 200
Moja ocena: 5/6











Anna Elliot, skromna i delikatna, przed ośmiu laty za namową rodziny zerwała zaręczyny z przystojnym, lecz niezamożnym kapitanem Wentworthem. Teraz ma lat dwadzieścia siedem i ponieważ odrzucała względy innych mężczyzn, wydaje się skazana na staropanieństwo. Gdy rodzina z powodu kłopotów finansowych przeprowadza się do Bath, los znów stawia na jej drodze ukochanego. Czy kapitan Wentworth odkryje na nowo wdzięk i szlachetność Anny? I czy ona rzeczywiście pragnie odzyskać jego miłość, tym bardziej, że o jej względy zabiega bogaty i utytułowany kuzyn? 
Perswazje to klasyczny romans, zaliczane także do powieści obyczajowej, są ostatnią książką którą Jane Austen napisała, a została wydana już po śmierci literatki w 1817 roku. Główną bohaterką jest Anna Elliot, jak wyżej wspomniał wydawca bardzo skromna i delikatna, ja dodam, że oprócz tego jest mądrą, rozważną, opanowaną, dobrą, młodą kobietą. Anna Elliot zna się na ludziach, trafnie ocenia ludzkie charaktery i nie daje zwieźć się pozorom. Zawsze gotowa nieść wszystkim pomoc. Nie da się jej nie polubić, wzbudza w czytelniku wielka sympatię. Bez wątpienia Austen ma dar w wyrażaniu ludzkich uczuć, gdyż wnikliwie opisuje postać Anny. 
Anna po wielu latach, dostała od życia druga szansę na szczęście, miłość i małżeństwo z ukochanym, którego pokochała przed ośmiu laty i z wzajemnością, lecz za namową przyjaciółki i rodziny odrzuciła wówczas jego oświadczyny. Później bardzo żałowała tego niefortunnego kroku. Ale wtenczas kapitan Wentworth był młodym, pięknym mężczyzną, z widokami na przyszłość, aczkolwiek bez majątku i to było główną przyczyną odrzucenia propozycji małżeństwa. Po ośmiu latach do Anny uśmiechnęło się znowu  szczęście i nadzieja. Anna i kapitan Wentworth ponownie się zaręczają i biorą ślub. Opowiedziana przez Austen miłosna historia dowodzi, że prawdziwa miłość nie rdzewieje, że zawsze warto mieć nadzieję i nigdy nie wiadomo, kiedy szczęście się do nas uśmiechnie.
 
(Całość można przeczytać na blogu)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

"Jądro ciemności" - Joseph Conrad

Ziemia nie wydawała się ziemska. Przywykliśmy patrzeć na spętany kształt pokonanego potwora, ale tam - tam się oglądało potworny stwór na swobodzie. Ziemia nie była ziemską, a ludzie byli... Nie, ludzie nie byli nieludzcy. Widzicie, otóż to było najgorsze ze wszystkiego - podejrzenie, że oni nie są nieludzcy. Przenikało to z wolna do świadomości. Wyli i skakali, i kręcili się, i wykrzywiali straszliwie; a najbardziej ze wszystkiego przejmowała mnie właśnie myśl o ich człowieczeństwie - takim samym jak moje - myśl o mym odległym powinowactwie z tym dzikim namiętnym wrzaskiem. Brzydkie. Tak, to było dość brzydkie; ale jeśli człowiek miał w sobie dosyć męstwa, musiał przyznać w duchu, że jest w nim jakiś najniklejszy ślad odzewu na przerażającą szczerość tego zgiełku, jakieś mgliste podejrzenie, iż to ma pewien sens, który by można zrozumieć mimo tak wielkiego oddalenia od mroku pierwszych wieków. I dlaczego by nie? Umysł ludzki jest zdolny do wszystkiego - ponieważ zawiera w sobie wszystko, zarówno przeszłość, jak przyszłość. Cóż tam było właściwie? Radość, przestrach, smutek, ofiarność, męstwo czy wściekłość - któż to mógł powiedzieć? - ale była tam prawda - prawda bez maski czasu. Głupiec niech się gapi i wzdryga - człowiek rozumie i może patrzeć bez zmrużenia powiek. Ale musi być choćby na tyle człowiekiem co ci na brzegu.
Fragment pochodzi z książki pt. "Jadro ciemności" autorstwa J. Conrada wydanej w 2009 roku przez Wydawnictwo Zielona Sowa.

 
Teodor Józef Konrad Korzeniowski (pseudonim: Joseph Conrad) urodził się 3 grudnia 1857 roku w Berdyczowie, zmarł 3 sierpnia 1924 roku w Bishopsbourne. Korzeniowski urodził się jako Polak  na syberyjskim wygnaniu, jednak jego proza zalicza się do kręgu angielskiej. Pisarz wychował się w domu wuja, gdyż jego rodzice zmarli, gdy był jeszcze chłopcem. W wieku 16 lat wyjechał na Zachód, by zrealizować marzenie o pływaniu na statkach. Udało mu się. Piął się po szczeblach kariery marynarskiej, by w 1888 roku objąć dowództwo statku. W 1894 roku stan zdrowia zmusił go do osiedlenia się  i poświęcenia się karierze literackiej. W Polsce podchodzi się do twórczości Conrada z dystansem, gdyż autor nie manifestował w swoich utworach swej polskości. Conrad wykorzystał tematykę marynistyczną, najbliższą mu dzięki doświadczeniom, aby przekazać treści moralne czy wręcz filozoficzne. W utworach przekazywał ideały honoru i odwagi w walce z fatum. Przez jego prozę przemawia realizm, autor przeprowadza dogłębną analizę psychologiczną swoich postaci. Jego książki uznawało się za trudne, przez co źle się sprzedawały, a Conrad stale zmagał się z kłopotami finansowymi.

"Jądro ciemności" to jedno z arcydzieł XX wieku i najlepsze dzieło Conrada. Pamiętam, że gdy swego czasu czytałam "Lorda Jima", gdyż akurat był lekturą szkolną, to miałam pretensje do Pana Conrada, że raczył mnie czymś tak niezrozumiałym i tak niewiarygodnie nudnym. A może to po prostu choroba morska... Nie wiedziałam, czego spodziewać się po "Jądrze ciemności". Oczywiście obiły mi się o uszy różne recenzje, opinie - jedni wychwalali pod niebiosa, inni twierdzili, że przez tę książkę stracili tylko czas. Nie było wyjścia, trzeba było przekonać się samemu.

Tytułowe jądro ciemności to serce dżungli - dosłownie i w przenośni. Akcja utworu rozgrywa się w Londynie na pokładzie statku "Nellie", gdzie narrator zapoznaje nas z Charlesem Marlowem, który opowiada nam właściwą historię, historię swojej wyprawy w głąb dżungli, gdzie spotyka niejakiego Kurtza. Opowieść jest hipnotyzująca. Z resztą każdy z bohaterów książki - i główny narrator i Marlow, i inni - każdy we właściwy sobie sposób dodaje do powieści jakiś tajemniczy element. Już na początku przepiękne, niezwykle malownicze opisy wprawiają czytelnika niejako w narkotyczny trans, cała opowieść jest pokryta ciężką mgłą, a może dymem, atmosfera jest duszna. W zasadzie nie mamy pewności, czy nie została przez Marlowa wymyślona na poczekaniu, ale gdy tylko na to pozwolimy porwie nas naprawdę w otchłań, bardzo ciemną otchłań. Po drodze będziemy zdobywać informacje, a może strzępki informacji o dzikości natury, szaleństwie, charyzmie, duszy człowieka i duszy świata, wobec której cywilizacja to w sumie papierowa maskotka. A właściwie - o istocie życia, która objawia się Marlowowi dzięki zaszytemu w dalekich odstępach Kurtzowi - obsesyjnie wręcz czczonemu przez dzikich i tych, którzy go znali, którzy obracali się w jego towarzystwie, dla których był niemal bogiem.

W powieści mnóstwo jest niedopowiedzeń, co może nas drażnić, bo pewnie chcielibyśmy dowiedzieć się więcej o jądrze ciemności. Jednak w tę podróż każdy z nas powinien wybrać się sam. O ile znajdzie w sobie odwagę.

niedziela, 9 grudnia 2012

"Trzech panów w łódce (nie licząc psa)" - Jerome K. Jerome


„Trzech panów w łódce, nie licząc psa” autorstwa Jerome K. Jerome jest książką, której przeczytanie odkładałam w nieskończoność. Znana i uwielbiana przez wielu od ponad stu lat, zawsze była wymieniana wśród grona moich bliższych i dalszych znajomych jako „obowiązkowa” i zapewniająca rozrywkę na wysokim poziomie (słowo obowiązkowa zawsze wywołuje u mnie odwrotny skutek).  Akurat mam nastrój około-świąteczny, postanowiłam jeszcze trochę go podkręcić.

Książkę wielu zna przynajmniej ze słyszenia, więc tylko w kilku zdaniach napiszę o fabule. Trzech panów: Harris, George i J. (narrator) oraz pies Montmorency postanawiają wybrać się w dwutygodniową wyprawę łódką po Tamizie, dla relaksu i poratowania zdrowia. Od śluzy do śluzy wiosłują lub holują łódkę, podziwiając urocze zakątki, co służy przypominaniu sobie historii i anegdotami z nimi związanymi lub skojarzeniom z wydarzeniami z życia bohaterów. Oczywiście wszystko jest dobrze, gdy sprzyja pogoda, brzuchy są pełne, a na rzece nie spotykają ich przykre niespodzianki. W innych okolicznościach ujawniają się przywary głównych bohaterów, z miłych dżentelmenów zmieniają się w złośliwych, egoistycznych, marudzących osobników. Wiele przygód ich spotyka, wiele niesamowitych opowieści można usłyszeć z ust narratora. Moimi ulubionymi są dwie. Pierwsza o wieszaniu obrazu przez wujka Podgera (ileż takich osób znam, które do wykonania najprostszej czynności potrzebują dziesięciu pomocników), a druga to o trzech pannach ubranych w gustowne stroje żeglarskie, udające się na wycieczkę łodzią i piknik (czyż nie spotykam takich osobników płci obojga i teraz? Na przykład wybierających się do lasu w nieodpowiednim aczkolwiek gustownym obuwiu lub na piknik w śnieżnobiałych spodniach?).

Kto uwielbia szorstki, często bardzo złośliwy humor z absurdalnymi sytuacjami,  z dobrze naszkicowanymi postaciami, będzie na pewno tą książką zachwycony.  Ze mną jest różnie. Lubię na przykład: „Co ludzie powiedzą?”, „Allo, Allo”,  czy „Jasia Fasolę”, ale do „Benny Hilla” czy „Cyrku Monty Pythona” mam już dużo chłodniejszy stosunek. „Trzech panów w łódce, nie licząc psa” pozostawiło mnie taką... letnią. Ani mnie ta książka nie oczarowała, ani nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobała. Taka mocna czwórka, gdybym oceniała, jak w szkole, w skali 1-6. Humor okołoświąteczny nie został zepsuty, ale jakieś specjalnej jego zwyżki po lekturze również nie zanotowałam. 




Jerome K. Jerome, Trzech panów w łódce, nie licząc psa, przeł. Magdalena Małkowska, Wydawnictwo Vesper, Poznań 2007, s. 248.

piątek, 7 grudnia 2012

"Cheri" - Colette


Przyznaję, że czytając książkę „Cheri” Colette ciągle miałam przed oczami film z 2009 roku ze wspaniałą Michelle Pfeiffer w roli Lei. Świat Stephena Frearsa był dokładnie taki, jak sobie zawsze wyobrażałam czytając o belle epoque – przepych, wspaniałe wnętrza, przepiękne stroje. Trochę czasu musiało minąć, abym chciała skonfrontować obraz filmowy z książką Colette. Wydana w Polsce w 2010 roku, rok po premierze filmowej, 90 lat po napisaniu. Chwała za to, że powstał film, inaczej miłośnicy Colette i Klaudyny mogliby się nigdy nie doczekać polskiego przekładu głośnej książki Colette.

Powieść opowiada historię romansu emerytowanej, prawie pięćdziesięcioletniej kurtyzany Lei z młodym, dwudziestopięcioletnim synem jej rywalki, którego nazywa Cheri.  Mogłoby być bardzo banalnie, ale nie jest. Powieść jest napisana pięknym, subtelnym językiem, który podkreśla wszystkie niuanse męsko-damskiej  gry, erotyzmu wiszącego w powietrzu oraz wewnętrznych rozterek bohaterów.
Lea, to kobieta wspaniale wyposażona przez naturę, o przepięknej figurze, nogach, porównywana często do nimfy. W swojej profesji wspięła się na szczyty, bajecznie bogata, mogła pozwolić sobie wybierać tylko młodych kochanków. Obsesyjnie dbająca o swój przemijający kapitał – urodę, wyrachowana, nie pozwalająca usidlić się żadnemu mężczyźnie. Jednocześnie bardzo samotna wśród przepięknych wnętrz swojego domu, pod warstwą makijażu i spowita w najwspanialsze stroje.  Kiedy poznaje młodego Peloux- syna Charlotty, dawnej i obecnej rywalki, którą nazywa przyjaciółką, jej wprawione oko od razu poznaje nieoszlifowany diament. Bierze go pod swoje skrzydła kreując niejako na swoje podobieństwo. Cheri jest dzieckiem uwięzionym w ciele wspaniałego mężczyzny, zaniedbywany przez swoją matkę, podrzucany na wychowanie służącym, obracający się w towarzystwie kurtyzan, wyrósł na mężczyznę bez kręgosłupa moralnego. Niesamowicie rozpieszczony, mimo braków w wychowaniu i wykształceniu uważa siebie za najlepszego wśród najlepszych, także wspaniałego biznesmena, którym faktycznie jest, oraz znawcę piękna, nie tylko kobiecego. Kocha piękne stroje, wspaniałą biżuterię, piękne wnętrza, perfumy, dobre jedzenie. Straszliwie samotny lgnie do Lei, która staje się jego wzorem kobiety idealnej, nie tylko ze względu na wygląd, wnętrze, ale także na erotyczne doznania. 

Ciąg dalszy na blogu

środa, 5 grudnia 2012

"Zew krwi" - Jack London



 Ale Buck posiadał jedną zaletę, która stanowi o wielkości — wyobraźnię. Walczył kierując się instynktem, lecz mógł również walczyć kierując się rozumem. Skoczył na Szpica, jak gdyby chciał zastosować poprzedni manewr uderzenia barkiem, ale w ostatniej chwili przypadł nisko do ziemi i chwycił zębami lewą przednią łapę wroga. Rozległ się trzask łamanej kości i biały pies musiał walczyć dalej na trzech nogach. Trzykrotnie Buck próbował go powalić, aż wreszcie powtórzył manewr i złamał Szpicowi przednią prawą łapę. Pomimo bólu i bezradności, Szpic starał się rozpaczliwie stawić mu czoło. Widział, że milczący pierścień psów o płonących ślepiach i wywieszonych jęzorach, osnuty srebrzystymi oparami oddechów, zacieśnia się wokół niego, tak jak kiedyś zacieśniały się inne pierścienie dookoła zwyciężonych wrogów. Ale tym razem on został zwyciężony.
      Nie było dla niego nadziei. Buck był bezlitosny. Litość istniała tylko w ciepłych krajach. Teraz zbierał się do ostatecznego ciosu. Pierścień zacieśnił się tak, że czuł na sobie oddechy husky. Widział je za plecami Szpica i po obu bokach, prężące się do skoku ze ślepiami wlepionymi w ofiarę. W walce jak gdyby nastąpiła przerwa. Psy zamarły w bezruchu jak skamieniałe. Tylko Szpic drżał i jeżył sierść, zataczając się i warcząc przeraźliwe groźby, jakby chciał odstraszyć nadchodzącą śmierć. Wtedy Buck skoczył, jeszcze raz uderzając barkiem o bark. Ciemny pierścień zamknął się tworząc plamę na śniegu, co srebrzył się w świetle księżyca. Szpic znikł z oczu. Buck stał i patrzył. Wygrał walkę. Pierwotna bestia zabiła ofiarę i poczuła smak zwycięstwa.


Tekst pochodzi z książki pt. "Zew krwi" autorstwa Jacka Londona wydanej przez Krakowską Oficynę Wydawniczą w 1991 roku.

 Jack London urodził się 12 stycznia 1876 roku w San Francisco, zmarł 22 listopada 1916 roku. Naprawdę nazywał się John Griffith Chaney, nazwisko przejął od ojczyma. Był samoukiem (uciekł ze szkoły), a wiedzę zdobywał dzięki licznym zawodom, których się imał - był rybakiem, robotnikiem, marynarzem. Wstąpił na uniwersytet po czteroletnim kursie szkoły średniej, jednak szybko zrezygnował z nauki na rzecz poszukiwania przygód i złota. Odsiedział swoje w więzieniu za włóczęgostwo. Brak pieniędzy sprawił, że postanowił zająć się pisaniem. U szczytu sławy popełnił samobójstwo w swoim domu, tzw. Wolf House.

"Zew krwi" jest to niewątpliwie najbardziej znana powieść Londona, która nawiązuje do przeżyć autora  na Alasce. Opowiada o psie - Bucku. Buck to mieszaniec owczarka i wilczycy, który swą młodość spędza w komfortowych warunkach mieszkając u pewnego sędziego na Południu Stanów Zjednoczonych. Pewnego dnia zostaje jednak porwany, odtransportowany na Północ i zmuszony do uciążliwej pracy w zaprzęgu. Uczy się walki o byt, odkrywa w sobie pierwotną bestię, uczy się też miłości do człowieka, a ta miłość rodzi się dopiero po wielu bolesnych doświadczeniach, wcześniej najgłębszym uczuciem, którego doświadczył było najzwyklejsze przywiązanie.

Książka ukazuje, jak ważny dla przetrwania jest instynkt, jak ważna jest siła i jak dla tego celu niezbędnym jest nauczenie się praw natury, według których zawsze zwycięża silniejszy, a nie ten bardziej cywilizowany. Uczynienie z psa głównego bohatera, pozwala nie tylko zwrócić uwagę, na trudy z jakimi borykają się zwierzęta zmuszane do niezwykle trudnej pracy, co jest oczywiście głównym tematem książki, ale pozwala też na refleksję nad kondycją ludzką, refleksji z innej niż zaplątanej w nasze ego perspektywy - w powieści pojawiają się, jako postaci drugoplanowe, różni ludzie - i ci lepsi i ci gorsi, i ci którzy okazują serce innym i ci bezwzględni, liczący się tylko ze swoim dobrem. 

 Styl pisarza jest przystępny, a nawet można powiedzieć bezbłędny. Opisuje z rozmachem trudne warunki życia w mroźnej Północy, ukazując przy okazji piękno tych surowych warunków. Wnika, wydaje się z łatwością, w psychikę zwierząt opisując bardzo sugestywnie ich zachowania.   

 Jednak tematyka, kojarząca mi się z kagankami oświaty i dziećmi pieczonymi w piecach, nie odpowiada mi zupełnie, tym niemniej to tylko moja opinia...

wtorek, 4 grudnia 2012

"Trzech panów w łódce (nie licząc psa)" - Jerome K. Jerome

Trzech panów w łódce, pies i ja...

Minęło jeszcze pół godziny morderczej pracy, zanim płachta była rozpięta jak należy. Zrobiwszy porządek na pokładzie, wyjęliśmy rzeczy potrzebne do kolacji. Postawiliśmy czajnik na kuchence, w dziobie łódki, po czym przeszliśmy na rufę i zajęliśmy się innymi sprawami, udając, że czajnik nic nas nie obchodzi.
To jedyny sposób, żeby zagotować wodę nad Tamizą. Jeżeli czaj­nik widzi, że się niecierpliwicie, nigdy nie zagwiżdże. Najlepiej odejść na bok i zacząć jeść kolację, jakbyście wcale nie mieli zamia­ru pić herbaty. Nie wolno wam nawet zerkać w jego stronę. Wkrót­ce usłyszycie, jak woda bulgocze i aż rwie się do tego, żeby zrobić z niej herbatę.
Jeżeli bardzo wam się spieszy, nie od rzeczy jest mówić głośno do siebie, że nie macie ochoty na herbatę, więc gorąca woda wam nie­potrzebna. Podchodzicie blisko czajnika, żeby was dobrze słyszał, po czym wołacie: - Nie chcę herbaty. Ty chcesz, George? - na co George odkrzykuje: - Och, nie, ja nie lubię herbaty. Napijemy się lemoniady. Herbata źle robi na trawienie. - Słysząc to, czajnik kipi i zalewa kuchenkę.
Zastosowaliśmy ten niewinny podstęp, skutkiem czego, zanim wszystko było gotowe, herbata już czekała. Zapaliliśmy lampę i usiedliśmy do kolacji.
Gorąco pragnęliśmy tej kolacji.


Fragment pochodzi z książki pt. "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)" autorstwa J. K. Jerome wydanej w 2007 roku przez Wydawnictwo Vesper.


Jerome Klapka Jerome urodził się 2 maja 1859 roku w Walsall, zmarł 14 czerwca 1927 roku. Jerome jest klasykiem angielskiego humoru. Dorastał w biedzie i bardzo wcześnie rozpoczął pracę zarobkową - był m.in. urzędnikiem, nauczycielem, aktorem, agentem handlowym i dziennikarzem. Założył ilustrowany miesięcznik humorystyczny "Próżniak" i tygodnik literacki "To-Day". W trakcie I Wojny Światowej zgłosił się na ochotnika jako kierowca ambulansu we Francji, wysłano go do Waszyngtonu na misję propagandową.

Natomiast książka... ach...(to wzruszenie). Trzech dżentelmenów - George, Harris i J. oraz pies o wdzięcznym imieniu Montmorency (już wiem, jak nazwę psa, o ile będę go kiedyś miała) wybierają się na wycieczkę łodzią po Tamizie. Postanawiają spędzić na Tamizie dwa tygodnie, jednakże podczas wyprawy niewiele się dzieje, a jeśli już, to każde zdarzenie wywołuje lawinę wspomnień i przezabawnych anegdotek z życia wziętych, przede wszystkim pokazujących na jak wiele wyrafinowanych sposobów można wytłumaczyć lenistwo i nieudolność.

Książka jest ponadczasowa i niewątpliwie jest perełką światowej literatury. Specyficzne brytyjskie poczucie humoru, choć dotyczy tu czasów nam odległych, przybliża nas do tematyki do tego stopnia, że w sumie można by powiedzieć, że książka jest o nas samych. Ząb czasu się jej na pewno nie ima i nie będzie miał jeszcze długo szansy, bo, przynajmniej w moim mniemaniu, natura ludzka w tym wymiarze - cwaniactwa, blazerstwa, lenistwa - nie prędko się zmieni, o ile w ogóle w tej materii możliwy jest jakiś skok cywilizacyjny. Książka epatuje bardzo inteligentnym humorem, który bez dydaktyzmu wyśmiewa te przyziemne przywary, do których nieczęsto potrafimy się przyznać. Polecam z ręką na sercu.

W mojej ocenie 10/10.

środa, 28 listopada 2012

Ania z Zielonego Wzgórza czyli podróż sentymentalna


Korzystając z tego, że starszak miał przeczytać Anię jako lekturę, postanowiłam przypomnieć sobie przygody rudej dziewczynki w trakcie wspólnego czytania. Jej urok nie przeminął wraz z upływem lat! Oczywiście, teraz jako osoba dorosła nie czytam już Ani z zapartym tchem, jak to miało miejsce 20 lat temu;) Jednak nadal śmieszy, wzrusza. Chętnie przeniosłam się znów na facjatkę domu na Zielonym Wzgórzu, odwiedziłam kuchnię Maryli, wędrowałam wraz z Anią po cienistych dolinach i rocznych lasach, cieszyłam oczy Królową Śniegu. Podziwiałam niesamowitą wyobraźnię dziewczynki, która pomagała jej przetrwać nie raz bolesne doświadczenia.A wszystko to opisane pięknym, barwnym językiem, którym aż chce się delektować! Każde zdanie szyte na miarę.
To jedna z tych książek, do których wraca się z wielkim sentymentem!
Recenzja także na  moim blogu.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Sztuka w czasach finansów i maszyn


Paryżu w XX wieku Juliusza Verne’a

Właściwie nie dziwię się, że wydawca Pięciu tygodni w balonie wzgardził kolejną powieścią Juliusza Verne’a,  w efekcie czego przeleżała ona zamknięta w sejfie dziesiątki lat (bo zgubiono klucze). Całokształt mocno kuleje: jedyna ciekawie zarysowana postać pod koniec znika, a główny bohater ― boleśnie uwikłany w swoją epokę, cierpiący głód zakochany artysta ― sprawia wrażenie jakiejś koszmarnej mieszanki egzaltowanego Kordiana, sentymentalnego Wertera i biednej Marty, tytułowej bohaterki powieści tendencyjnej Elizy Orzeszkowej (utworu, którego skądinąd nie wypada lekceważyć; trudno jednak nie przyznać, że czytany dziś raczej nudzi, niż porusza).


Paryż z wyimaginowanego 1960 roku to świat chłodnej kalkulacji, kultu techniki i regresu sztuki. Jak mówi Quinsonnas, muzyk i przyjaciel głównego bohatera, w tym świecie władza należy do finansów i maszyn. Nastoletni poeta Michel jest jednym z ostatnich studentów wydziału humanistycznego. Osierocony chłopiec mieszka kątem u rodziny: u wuja bankiera („nie był ani zły, ani dobry, po prostu nijaki, często źle naoliwiony, krzykliwy, przeraźliwie pospolity”), ciotki („niemiła, brzydka, gruba, typ księgowej i kasjerki”) i kuzyna („pomnóżcie matkę przez ojca”) ― tak na marginesie: zastanawiam się, czy Joanne Rowling przed wydaniem Harry’ego Pottera nie czytała czasem Paryża… i nie poczuła chęci, by zostać dobrą wróżką (powieść Verne’a ukazała się we Francji w 1994 r., jej bestseller ― trzy lata później). W zaprezentowanej rzeczywistości nagroda za doskonałe układanie wierszy po łacinie stanowi powód do wstydu. Nieumiejętność dopasowania się do współczesnych sobie realiów prowadzi Michela na skraj ubóstwa: książka kończy się jego wędrówką w środku mroźnej zimy ― z trzymanym w garści kupionym za ostatnie pieniądze bukietem zwiędławych fiołków dla ukochanej ― m.in. po cmentarzu i okolicach więzienia.


Pełna wersja tekstu jest dostępna na o dystopiach.

niedziela, 25 listopada 2012

"Profesor" - Charlotte Bronte

 
Tłumaczenie: Katarzyna Malecha 
Wydawnictwo: MG 
Stron: 312

Za każdym razem, gdy sięgam po kolejną pozycję z twórczości sióstr Bronte lub Jane Austen, odczuwam ogromną radość. Radość, którą można porównać z powrotem w stare, dobrze nam znane i przyjazne miejsce. Przy tych dziewiętnastowiecznych historiach odpoczywam, zapominam o realnych troskach, uspokajam się. Ich szczególny rytm pomaga w wyciszeniu się. I choć jeden tytuł zachwyca mnie bardziej, a drugi mniej - to do każdego mam ogromny sentyment. Postanowiłam sobie już jakiś czas temu, że przeczytam całą bronteowską i austenowską twórczość oraz stopniowo zapełnię nią biblioteczkę, aby kiedyś móc do tych historii powrócić. Wtedy wystarczy, że podejdę do półki i ściągnę z niej wybrany tytuł. Na przykład Profesora, którego ostatnią stronę niedawno przewróciłam... 
 
Profesor to debiutancka powieść najstarszej z sióstr Bronte - Charlotte. Utwór został wydany po śmierci autorki, natomiast polskojęzycznym czytelnikom dane było się z nim zapoznać dopiero w 2012 roku. Dla mnie było to piąte spotkanie z twórczością znanego rodzeństwa i od razu szczerze przyznam, że wysoka pozycja Wichrowych Wzgórz Emily Bronte oraz Lokatorki Wildfell Hall Anne Bronte w mym własnym odczuciu pozostaje niezachwiana. W Profesorze historia jest mniej ciekawa niż bym oczekiwała, postaci nieco papierowe, pełne stereotypów, a wątek miłosny - trochę naciągany. Nie zmienia to jednak faktu, że czytałam tę książkę z niemałą przyjemnością i cieszę się, że mam ów tytuł w swych zbiorach. Zdaję sobie sprawę, że był to debiut Charlotte i poza tym - jako brontemaniaczka - mam dla moich ulubionych autorek wiele wyrozumiałości.

Głównym bohaterem książki uczyniła pisarka - co ciekawe - mężczyznę. William Crimsworth to młody człowiek, który szuka swojego miejsca w świecie. Nie wie za bardzo, co chce robić. Nie ma też oparcia w rodzinie, bo rodziców stracił w dzieciństwie, wujowie odwrócili się od niego po odrzuceniu oferty pracy i zamążpójścia, a starszy brat, do którego udaje się pełen nadziei - okazuje się oschłym, despotycznym i nieczułym człowiekiem. Znajomość z niezwykle cynicznym, ale i pomocnym jegomościem o nazwisku Hunsden okazuje się dla bohatera przepustką do lepszego życia. Wyjeżdża do Brukseli, gdzie otrzymuje posadę nauczyciela języka angielskiego w szkole dla chłopców i sąsiedniej szkole dla dziewcząt. Przełomowym momentem stanie się dla niego spotkanie z Frances Evans Henri - skromną i wrażliwą uczennicą o angielsko-szwajcarskich korzeniach. Między tym dwojgiem zacznie się rodzić powoli uczucie - troszkę mdłe, pozbawione porywów i rumieńców. Ale jak mamy wierzyć - prawdziwe.

(...)

[Całość przeczytacie na moim blogu.]

sobota, 24 listopada 2012

Emily Brontë Wichrowe Wzgórza.

    Audiobook : Czyta Zbigniew Zapasiewicz :

Rzadko wracam do książek już kiedyś czytanych . Jednak są powieści  , które po prostu warto przeczytać po raz kolejny, Jednym z takich tytułów są "Wichrowe Wzgórza"- jedyne dzieło zmarłej przed wcześnie    Emily Brontë . Autorka tej pięknej opowieści od najmłodszych lat  wraz rodzeństwem ( dwoma siostrami i bratem)lubiła pisać różnorodne historie o królestwach Angrii i Gondalu. Zmarła na gruźlicę mając zaledwie trzydzieści lat. Początkowo nikt nie wierzył, że to właśnie ta młoda dziewczyna stworzyła książkę pełną różnorodnych emocji i charakterów.
Kim są główni bohaterowie Wichrowych Wzgórz?
Heathliff -   młody chłopak   przywieziony do mieszkania  Earnshawa. Dzieci mężczyzny bardzo różnie na niego reagują. Córka  Katarzyna traktuje niespodziewanego gościa jak członka rodziny, Jednak jej brat Hindley  robi wszystko aby go poniżyć i coraz bardziej upokorzyć. Pomiędzy Heathliffem i Kate zaczyna rodzić się   uczucie - miłość szczera,która pomimo wielu przeszkód z każdym dniem rośnie. Niestety bohater musi zapłacić za  nią wysoką cenę.  Zmuszony jest wybierać pomiędzy uczuciem do ukochanej a ogromną nienawiścią do jej brata. Nie  potrafi wybrać dlatego na jakiś czas opuszcza tytułowe miejsce. Jednak po trzech  latach postanawia tam wrócić . Teraz wszystko wygląda całkiem inaczej . Katarzyna poślubiła innego a mimo to gdzieś  w głębi duszy nadal myśli o miłości sprzed lat wciąż  kocha swojego pierwszego chłopaka. 
Ten natomiast chce tylko jednego - zemsty. Układa sobie w głowie pewien chytry plan, który stanie się przyczyną tragedii nie tylko Kate , ale również innych członków jej rodziny.
 Utwór ma dwóch narratorów.  Pana Lockwooda , który słucha całej historii oraz  Panią Dean(była służącą w Drozdowym Gnieździe). Ona z kolei ze szczególami  opowiada o losach  Katarzyny , Heathcliff'ie i Edgarze , konflikcie dwóch zwaśnionych rodów.      Pomysł podwójnej narracji  zasługuje na uznanie i duży plus.Na pierwszy plan wysuwa się natomiast główny wątek - miłość Katarzyny i Heathcliff'a . Oprócz tego czytając lub jak w tym  przypadku słuchając poznajemy także historię  Lintona i  kilku innych postaci.  Tajemniczy , mroczny klimat  piękna historia i świetni bohaterowie. Postaci , które "spotykamy" w książce wcale nie są wyidealizowane. Każda z nich ma własne wady , tajemnice i słabości. Jednych można uznać za niezruwnoważonych  psychicznie,  gwałtownych, dziwnych a nawet nieco rozpieszczonych. Drudzy jak choćby Izabela  wydają się być osobami niezwykle przyjaznymi. 
Trudno zaliczyć tę książkę do jednego konkretnego gatunku. Mamy tutaj elementy powieści psychologicznej ,  romansu, momenty wzruszeń w, których trudno powstrzymać się od łez. Nie brakuje chwil kiedy  czytelnik(słuchacz) odczuwa dreszczyk emocji. Ciężko jest także jednoznacznie ocenić oba pokolenia bohaterów. "Wichrowe Wzgórza" to nie przewidywalna i schematyczna opowieści o  zakochanych lecz historia pełna pasji , brutalności i namiętności z bardzo dobrze wykreowanymi bohaterami. Uczucie  ukazane w  tej powieści to  miłość romantyczna . Jedna ze słynnych sióstr przedstawia  różne jej odmiany. Jest miłość  potrafiąca niszczyć , przetrwać wszystkie trudności i   być mocniejsza, trwalsza od śmierci  . To siła będąca przyczyną niekończących się problemów i nieustannych cierpień. Nic nawet zawierane przez bohaterów małżeństwa nie są w stanie zerwać  więźi   jakie od zawsze ich łączyły.  Katarzyna  mówiąc o tym uczuciu  używa następujących słów  * „Przewodnią myślą mego życia jest on. Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po porostu nic wspólnego”.

* „On jest wszystkim,co nadaje mojemu życiu  sens.Gdyby wszystko inne zgineło,lecz zostałby on,ja wciąż  bym istniała.Gdyby zaś wszystko inne pozostało,a on był unicestwiony,wszechświat  stałby  się  dla mnie czymś nieskończenie  obcym nie czułabym ,że  do niego należę.    Te słowa pokazują jak wielka była miłość Katarzyny .Uczucie tragiczne , które tak naprawdę nigdy do końca się nie spełniło. Marzący o zemście kochanek  wyładowuje swoją złość  i frustracje mówi:


*”Masz, na co zasłużyłaś. Sama siebie zabiłaś. tak, teraz mnie całuj i teraz płacz! Żądaj ode mnie pocałunków o łez... będę dla ciebie tylko trucizną i wyrokiem potępienia”. To słowa pełne goryczy, żalu i świadectwo na to , że ukochany już nigdy nie będzie dla niej tym kim był wcześniej.
Autorka bardzo umiejętnie  podsyca  ciekawość czytelnika , potrafi go zainteresować. Nawet na moment nie pozwala zapomnieć  o pięknej , ale zarazem smutnej historii  nieszczęśliwie zakochanych. Język powieści jest specyficzny. Teraz gdy miałam do czynienia z książką w wersji audio nie był on dla mnie przeszkodą . Gdy kilka lat temu czytałam  ten utwór po raz pierwszy pewe słowa wydawały mi się dziwne. Teraz już jest inaczej.
Wcale się nie dziwie, że "Wichrowe Wzgórza"   zapewniły ich autorce miejsce na "Panteonie" literatury brytyjskiej. Powieść jest naprawdę niezwykła. Przecież nie bez powodu zalicza się ja do tak zwanej klasyki i umieszcza na słynnej liście BBC.  Myślę, że jest to jedno z tych dzieł , które absolutnie każdy powinien choć raz przeczytać.
*Wszystkie cytaty pochodzą z książki Wichrowe Wzgórza i znajdują się na stronie http://lubimyczytac.pl.
           

wtorek, 20 listopada 2012

"Duma i uprzedzenie" Jane Austen

Tytuł: Duma i uprzedzenie
Autor: Jane Austen
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 302
Moja ocena: 6/6











Na początku dziewiętnastego stulecia każdy niezbyt zamożny ojciec córek - zwłaszcza kiedy miał ich na przykład pięć - nader często musiał zadawać sobie pytanie: kiedyż to w sąsiedztwie pojawi się jakiś odpowiedni kawaler? A kiedy się już pojawił, następowały perypetie, które Jane Austen z upodobaniem opisywała. Duma i uprzedzenie uznana została za arcydzieło w dorobku tej angielskiej pisarki, głównie dzięki zabawnym, zgoła dickensowskim opisom postaci głupich i niesympatycznych. Swoje znaczenie miały też melancholijna refleksja nad rolą pieniądza i pozycji społecznej, które decydowały o życiu młodej panny, oraz znakomity, powściągliwy styl, doskonale oddający harmonię opisywanego świata.

 Duma i uprzedzenie powieść obyczajowa Jane Austen, angielskiej pisarki wydana w 1813 roku, a napisana w latach 1796 - 1797. Jest to moje pierwsze i zarazem nie ostatnie spotkanie z Austen. Jestem jej książką oczarowana i na pewno wrócę nie raz do tej powieści. Napisana jest pięknym językiem i w pięknym stylu co sprawiło, że przyjemnie się czytało, nie brak w niej dobrego humoru.
Akcja opowieści rozgrywa się w XIX wieku. Książka opowiada o angielskiej rodzinie Brennetow, mieszkającej niedaleko miasteczka Meryton w hrabstwie Hertfordshire, o losach i perypetiach pięciu sióstr, które matka, cechująca się nieroztropnością i małym rozsądkiem pragnie i usilnie dąży to tego, aby wydać je bogato i jak najszybciej za mąż. Jest to jej głównym celem w życiu. Natomiast pan Brennet inteligentny i wykształcony człowiek, nie wtrąca się za bardzo w poczynania żony i życie rodzinne, co w dużym stopniu przyczynia się do losów córek. Większość czasu samotnie spędza w swojej biblioteczce, gdzie ma święty spokój. Ceni sobie jedynie towarzystwo Elizabeth i Jane, dwóch najstarszych córek, które są zarazem najinteligentniejsze i najbystrzejsze z sióstr. Marzą one o prawdziwej miłości, podczas gdy młodszym w głowie tylko bale, plotki i uganianie się za oficerami. 

Całość przeczytacie na blogu

niedziela, 4 listopada 2012

"Małe kobietki" - Louisa May Alcott


Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Wydawnictwo: MG
Stron: 295

Nie mam siostry. Nie mam też (ani nie miałam nigdy) w związku z tym żadnych kompleksów czy żalów do rodziców. Mam za to dwóch starszych braci, na których mogę zawsze polegać. Teraz, gdy jesteśmy już wszyscy tak beznadziejnie dorośli, to cenią sobie taki układ. Ale gdy wracam wspomnieniami do dzieciństwa, widzę różne obrazy - braci, którzy mieli własne tajemnice, braci trzymających mnie na (normalny w tym wieku) chłopięcy dystans (bo byłam dziewczyną, do tego siostrą i - o zgrozo! - młodszą), a nawet jednego brata, który na ulicy przy kumplach udawał, że mnie nie zna. No teraz się z tego śmieję, ale wierzcie mi - wtedy nie było mi do śmiechu. I czasem tęskniłam za siostrą, której nie miałam. Bo koleżanki, to jednak nie to samo. I gdy czytałam Małe kobietki, to wróciły do mnie te odczucia i zazdrościłam trochę bohaterkom tej ich siostrzanej więzi. Tych zabaw, przygód, oparcia.

Książka autorstwa Louisy May Alcott należy do klasyki amerykańskiej literatury. Została wydana w drugiej połowie XIX wieku i opowiada historię współczesnego (na tamte czasy) rodzeństwa. Bohaterkami są cztery siostry: Meg - najstarsza, najpoważniejsza, najbardziej odczuwająca finansowe niedostatki rodziny; Jo - nieco zwariowana, posiadająca wiele chłopięcych cech (często żałuje, że nie urodziła się chłopcem), młoda pisarka; Beth - nieśmiała, bardzo wrażliwa, uzdolniona muzycznie oraz Amy - najmłodsza z sióstr, "artystka", trochę zarozumiała i samolubna, ale i pocieszna (ma talent do przekręcania trudnych słów). Dziewczynki mieszkają razem z matką (Panią March, zwaną przez nie "mamisią" - trochę mnie raziło w oczy to zdrobnienie) i pomocą domową Hanną. Ukochany ojciec bierze udział w wojnie secesyjnej. Dom Marchów jest ubogi, ale pełen miłości, ciepła i rozsądku. Dziewczynki zaprzyjaźniają się z mieszkającym w sąsiedztwie chłopcem (Laurie) i jego bogatym dziadkiem. Małe kobietki to mniej więcej rok z życia bohaterów - w tym czasie dużo się wydarzy. Znajdą się momenty radosne, zabawne, ale i smutne, wzruszające, niemal tragiczne. Na kartach książki można zaobserwować zmiany, jakie zachodzą w dzieciach, a także dorosłych.
(...)
[Całość przeczytacie na moim blogu.]

"Mistrz i Małgorzata" Michaił Bułhakow

Tytuł: Mistrz i Małgorzata
Autor: Michaił Bułhakow
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 544
Moja ocena: 6/6













Michaił Bułhakow zaczął pisać "Mistrza i Małgorzatę" w 1928 roku, ukończył w roku 1940, na kilkanaście dni przed śmiercią. Książka ukazała się w druku po 40 latach i rzecz niespotykana - natychmiast stała się światowym bestsellerem! Do dzisiaj i śmiech, i łzy towarzyszą lekturze "Mistrza Małgorzaty". Bułhakow opisał świat współczesny szyderczo i bez litości, nie pozostawiając czytelnikom szczególnej nadziei; na pociechę zostawił obietnicę, że "rękopisy nie płoną", że człowiek jest, a może raczej bywa - dobry. Nawet szatan w "Mistrzu i Małgorzacie" okazuje się w końcu przyzwoitym facetem. W Polsce powieść Bułhakowa niezmiennie cieszy się ogromnym powodzeniem. W rankingu czytelników ekspertów "Rzeczypospolitej" w 1999 roku została uznana za najważniejszą powieść XX wieku.

Mistrz i Małgorzata, niewątpliwie wyjątkowe rosyjskie arcydzieło, zaliczana do klasyki gatunku, książka jedyna w swoim rodzaju,  inna niż wszystkie. Bułhakow pisał ją 12 lat,  zaczął w 1928 roku, a skończył w 1940 na kilka dni przed śmiercią. Z zamiarem przeczytania tej książki nosiłam się już od dawna i bardzo się ciesze, że ją poznałam. Bardzo przypadła mi do gustu, ale muszę przyznać, że nie jestem nią, aż tak bardzo oczarowana jakby się można było spodziewać po tylu pozytywnych recenzjach.  Aczkolwiek oceniam powieść bardzo wysoko, gdyż zasługuje na to!
Co ta książka takiego ma w sobie, że przyciąga tylu czytelników? Jak już wspominałam jest nietuzinkowa,  zawiera w sobie ironię i sarkazm, w sposób ironiczny Bułhakow przedstawił ludzkie ułomności, czytając można uśmiać się do łez.

Całość przeczytacie na blogu

piątek, 2 listopada 2012

Baryłeczka i inne opowiadania Guy de Maupassant


Wydawnictwo Czytelnik, rok 1956, ilość stron 299
Nigdy nie przepadałam za opowiadaniami, kiedy już zaczynała wciągać mnie fabuła, okazywało się, że historia nagle się urywała. Zapewne dlatego przeczytane opowiadania dość szybko ulatywały z pamięci i to zarówno ich warstwa fabularna, jak i klimat, nastrój i cała ta otoczka, która zostaje w pamięci najdłużej.

„Baryłeczka i inne opowiadania” mam nadzieję przełamie tę złą passę, a moje pierwsze spotkanie z Maupassantem na pewno nie będzie ostatnim.

„Baryłeczka” była pierwszym wydanym opowiadaniem Maupassanta. Stanowiło ono jego wkład do zbioru nowel różnych autorów. Ten literacki debiut był tak udany, iż zachwycił jego mistrza i przyćmił opowiadanie Zoli Atak na młyn.

"Spieszę donieść Ci, że uważam "Baryłeczkę" za arcydzieło. Tak, młody człowieku! Ni mniej, ni więcej, to robił mistrz. Koncepcja bardzo oryginalna, pełne zrozumienie rzeczy, styl wyborny. (...) Ta opowiastka przetrwa, możesz być pewien! Co za pyszne gęby ci Twoi bourgeois! Ani jeden nie jest chybiony! (...) Mam ochotę obcałowywać Cię przez kwadrans. Nie, doprawdy, jestem kontent! Ubawiłem się i podziwiam" – tak pisał do swego ucznia Gustaw Flaubert.

Akcja tytułowego opowiadania toczy się podczas wojny francusko-pruskiej. Z zajętego przez Prusaków miasta uciekają dyliżansem: hrabia, handlarz win i przedsiębiorca handlowy z żonami, demokrata Cornudet, dwie siostry zakonne i dziewczyna lekkich obyczajów, nazywana Baryłeczką. Czyli mamy tu przekrój całego społeczeństwa. Podróżni zatrzymują się w oberży. Są gotowi zapłacić za nocleg i jadło, jednak oberżysta może im zaoferować tylko suchy chleb. Jedynie pogardzana przez całe towarzystwo Baryłeczka była na tyle przewidująca, iż zabrała własny prowiant. Częstuje współtowarzyszy podróży, lecz oni dumnie odrzucają propozycje. Jednak po jakimś czasie głód zmusza ich do kapitulacji i ulegają instynktowi. Nawiązuje się rozmowa, wymiana zdań coraz bardziej zbliża ku sobie pasażerów, wszyscy ulegają złudzeniu zjednoczenia we wspólnej walce przeciwko nieprzyjacielowi. Po noclegu podróżni zostają zatrzymani w oberży, przez Pruskiego oficera do czasu, aż Baryłeczka spełni jego życzenie. Reakcja pasażerów na tak postawiony warunek ulega zmianie wraz z upływem czasu; od oburzenia z powodu żądania Prusaka, poprzez zniecierpliwienie uporem dziewczyny, aż po wywieranie na niej presji. Jaką decyzję podejmie dziewczyna i jaką ona wywoła reakcję - można się domyśleć, a mimo to lektura nie nuży.

Wojna francusko-pruska, która wywarła tak wielki wpływ na losy pokolenia pisarza, stanowi częsty motyw jego opowiadań. To na jej tle ukazuje on kontrast pomiędzy zakłamaniem i tchórzostwem wyższych sfer, a odwagą, patriotyzmem i szlachetnością ludzi prostych - przedstawicieli ludu. Nie oznacza to, iż autor nie widzi przywar ludzi prostych. Maupassant pisze o tym, co boli, wzburza, a czasem i wzrusza; pisze o świecie urzędników, chłopstwa, paryskich salonów. Piętnuje ludzkie wady; zachłanność, upór, próżność, głupotę. Pisze o niesprawiedliwości i nieuczciwości świata, ale przede wszystkim pisze o ludziach, ich postawach, charakterach. Opowiadania są odwzorowaniem otaczającego go świata. Maupassant jest świetnym obserwatorem. Bohaterowie jego utworów namalowani zostali jedynie paroma kreskami, a jednocześnie są szalenie wyraziści. Myślę, że właśnie w tym przejawia się mistrzostwo Maupassanta; mało słów, a wiele treści. Autor potrafił tak skonstruować swoje opowiadania, że na pewno na długo zapadną w pamięci. Ich fabuła jest szalenie prosta, powiedziałabym nawet, że często jest przewidywalna, a jednocześnie nie jest ona nudna. Jeśli dodać do tego zwięzłość i prostotę języka oraz celność puent to czegóż trzeba więcej.

Moja ocena 5/6
Po raz pierwszy spotkałam się z cytowanym kiedyś przez Lirael zapisem wydawcy - Do czytelnika - Prosimy o nadesłanie uwag o przeczytanej książce, dotyczących jej tematu, treści, języka, wyglądu zewnętrznego, popełnionych w niej błędów i omyłek oraz o wyrażenie życzeń, do których moglibyśmy się zastosować w swej dalszej pracy.   
To się nazywa poszanowanie Czytelnika.

czwartek, 1 listopada 2012

Powitanie .

Witam wszystkich czytelników bloga. :)Mam nadzieję , że dzięki niemu zmobilizuję do tego aby po raz kolejny przeczytać klasyki lub dopiero po nie sięgnąć. Dość dobrze znam temat czytałam już wiele książek , które można by umieścić na  liście pod tytułem "Klasyka literatury popularnej". Doskonale pamiętam wszystkie lektury szkolne . Czytałam je z wielką przyjemnością. Na mojej liście przeczytanych znajdują się (poza lekturami) takie tytuły jak :
  • Fiodor Dostojewski "Bracia Karamazow".
  • Emilly Bronte "Wichrowe Wzgórza"( mam zamiar niedługo czytać je po raz drugi).
  • Kazimierz Moczarski "Rozmowy z katem".
  • Jane Austen "Duma i uprzedzenie".
  • Roman  Bratny "Kolumbowie Rocznik dwudziesty ".
  • i wiele wiele innych. 
 Moje plany czytelnicze :  
Plany czytelnicze na najbliższą przyszłość to przeczytać wszystkie książki napisane przez siostry Bronte, sięgnąć po inne utwory takich pisarzy jak Jane Austen , Fiodor Dostojewski Bolesław Prus, Władysław Reymont. Chcę też wreszcie poznać twórczość  Orwella, Tołstoja , przeczytać takie utwory jak "Przeminęło z wiatrem, "Anna Karenina, "Nędznicy","Na wschód od Edenu", "Sto lat samotności" , "Imię Róży", "Sklepy cynamonowe"( fragmenty czytałam w liceum) . i jeszcze sporo innych. Plany abmitne , ale postaram się je zrealizować. Co z tego wyjdzie to się dopiero okaże.                 

czwartek, 25 października 2012

"Bajki ze starego kufra", Hans Christian Andersen



Moje najwcześniejsze czytelnicze wspomnienia z dzieciństwa związane są z baśniami Andersena. Widzę grubą, pożółkłą książkę w dłoniach Babci, która przy okazji moich wizyt u niej zawsze wyjmowała, a potem czytała wybrane baśnie przed snem. Byłam wymagającą słuchaczką, jeśli jakaś baśń mi się spodobała, to prosiłam, aby ją czytać dwa czy trzy razy pod rząd, a po zgaszeniu światła jeszcze z dwa - trzy razy opowiadać. Ten magiczny świat, gdzie ożywały zwierzęta i rośliny, mówiły ludzkimi glosami, przeżywały niesamowite przygody, miał ogromny wpływ na moje dzieciństwo i rozwój wyobraźni. Bawiłam się odgrywając sceny z baśni, wcielając się w Syrenkę czy Calineczkę, rysowałam sceny z książki, projektowałam nowe ubrania dla moich ulubionych bohaterek. Wszystkie te baśnie zawierają jakich element strachu, ale nigdy nie było to powodem moich lęków. Już wtedy lubiłam się trochę bać i czekałam z drgającym sercem na najbardziej straszne, według małej mnie, momenty.
Niewiele zmieniło się przez lata. „Calineczka”, „Brzydkie kaczątko”, „Dzikie gęsi” , „Kwiaty małej Idy” czy „Mała Syrenka” dalej są moimi ulubionymi baśniami.

Ostatnio czytam baśnie Andersena mojemu Synkowi, często te dłuższe muszę skracać i opowiadać własnymi słowami, bo cierpliwości mu jeszcze nie starcza, aby wysłuchać je w całości. Widzę jednak ten błysk w oku i niecierpliwość, którą i ja miałam w jego wieku.

Prawie cztery lata temu robiłam przedświąteczne zakupy i kupiłam wtedy „Bajki ze starego kufra” z baśniami Andersena. Wszystkie zdjęcia pochodzą z tej właśnie książki. Wielka, ciężka, wydana na pięknym kredowym papierze, gdzie brzegi stron imitują starą książkę, z ilustracjami działającymi na wyobraźnię. Musiałam ją mieć. Wtedy również kupiłam „Baśnie polskie”, „Baśnie braci Grimm” oraz „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”. Według mnie książkowy niezbędnik każdego dziecka, bez którego ja nie wyobrażam dzieciństwa mojego Dziecka. Wiedziałam wtedy, że sporo czasu jeszcze upłynie, zanim moje Dziecko będzie gotowe, aby wysłuchać tych baśni. Nie mogłam jednak sobie wyobrazić lepszego prezentu dla mojego Dziecka. To był mój pierwszy prezent, a ja byłam wtedy w drugim miesiącu ciąży. 

środa, 17 października 2012

Agnes Grey* - Anne Brontë

Patrick Brunty, syn ubogiego irlandzkiego chłopa od najmłodszych lat wykazywał niezwykłą ambicję. W Cambridge (sic!) uzyskał stypendium, które pozwoliło mu zdobyć upragnione wykształcenie. Przyjął święcenia, zmienił nazwisko na Brontë, a małżeństwo z inteligentną córką pastora z Kornwalii pozwoliło mu na objęcie własnej parafii w Haworth. Małżeństwo było udane, lecz nie trwało długo, bo zaledwie siedem lat – Maria wydawszy na świat sześcioro dzieci, zmarła na raka w wieku 38 lat. Patrick pragnąc zapewnić dzieciom dobre wykształcenie posłał cztery najstarsze dziewczynki do szkoły z internatem. Niestety, straszne warunki, w jakich się znalazły odbiły się na zdrowiu dwu najstarszych dziewczynek – Maria i Elizabeth zmarły na gruźlicę w skutek niedożywienia i braku opieki. Przerażone Charlotte i Emily wróciły do domu. Od tamtej pory pastor zajął się kształceniem dzieci: religia, gramatyka, geografia, historia. To on zaszczepił dzieciom miłość do literatury – Szekspir, Milton, Byron, Walter Scott i in. Również zasługą Patricka była miłość całej czwórki do natury i poszanowanie dla zwierząt (co widać w twórczości sióstr). Branwell dał się poznać jako wspaniały portrecista, jednak jego nadwrażliwa, zmienna i skłonna do uzależnień natura kazała mu raz po raz niweczyć szanse na stałą posadę i sukces. Dziewczynki od najmłodszych lat podejmowały próby literackie. Zadebiutowały wspólnie przyjmując męskie pseudonimy tomikiem poezji w 1846 roku (Poems by Currer, Ellis and Acton Bell). Następnie przyszedł czas na wydanie powieści, którą każda z sióstr pisała od lat. Anne Brontë, przyszła na świat 17-go stycznia 1820 roku, jako najmłodsza córka Patricka i Marii. Naturalne, że tak jak siostry, w wieku dziewiętnastu lat znalazła posadę jako guwernantka w domu państwa Ingham w Mirfield. Rodzina obawiała się o jej wątłe zdrowie, lecz Anne była nieugięta. „Jej ciężkie przejścia w tym domu, wiernie opisane w powieści Agnes Grey, dają miarę upokorzeń i cierpień, jakie często musiały znosić guwernantki w zacnych skądinąd rodzinach. Na tej posadzie wytrwała osiem miesięcy, po czym, mimo swej cierpliwej i obowiązkowej natury, została niechlubnie zwolniona”**. W powieści znajdujemy określenia „gehenna, jaką przechodziłam”, czy „moi mali dręczyciele”***. W Agnes Grey można również odnaleźć echa nieszczęśliwej miłości Anne. W osobie wikarego Edwarda Westona, Anne unieśmiertelniła – również wikarego - Williama Weightmana, w którym była z wzajemnością zakochana. Weightman zmarł na gruźlicę, co Anna przypłaciła długą depresją. Żadne z rodzeństwa nie dożyło czterdziestki – Anne zmarła na gruźlicę w wieku zaledwie 29 lat. Emily pięć miesięcy po Anne odeszła w wieku 30 lat. Branwella również zabrała gruźlica (w wieki 31 lat). Charlotte żyła najdłużej – wydała jeszcze dwie powieści, wyszła za mąż za (a jakże!) wikarego, Arthura Bella Nichollsa i zmarła w połogu mając 39 lat.  

* Dziś, pozwolicie, że zamiast stricte recenzji - krótki biogram autorki. 
** Wstęp do Wichrowych Wzgórz Emily Brontë, Ossolineum, 1990 r. 
 *** Agnes Grey - Anne Brontë, wyd. MG, 2012 r., s. 48

Więcej na stronie: sprawydomowe.blogspot 

poniedziałek, 15 października 2012

Myszy i ludzie John Steinbeck (audiobook)

Trzecie spotkanie z prozą Johna Steinbecka i trzecie udane. Myszy i ludzie to nowelka. W czasach wielkiego kryzysu w Stanach dwoje przyjaciół (George i Lenny) tuła się od farmy do farmy poszukując możliwości zarobienia kilku groszy i przetrwania tego ciężkiego okresu. Lenny wysoki obdarzony nadludzką siłą mężczyzna o mentalności lekko upośledzonego dziecka wywołuje coraz to nowe „kłopoty”. To zadusi zwierzątko, to kogoś przestraszy, to kogoś zrani, a wszystko to dzieje się bez jego woli. George musi wykazać wiele cierpliwości, aby opiekować się Lennym i czuwać, aby nie został skrzywdzony, ani też sam nikogo nie skrzywdził i to wszystko w imię „przyjaźni”, którą nań nałożyło złożone przyrzeczenie.

Siłą, która pozwala przetrwać dwójce bohaterów ciężki okres w dramatycznej rzeczywistości Wielkiego kryzysu, a także smutny los odmieńców są marzenia. Ten amerykański sen o spokojnym i dostatnim życiu, które ma się urealnić pod postacią własnej farmy sprawia, że George nie poddaje się i mimo przeciwności losu idzie wciąż naprzód.
Steinbeck po raz kolejny zadziwia mnie połączeniem prostoty (zarówno pomysłu, jak i języka) z bogactwem treści. W tej banalnej historii, której zakończenie nasuwa się niemal od pierwszej sceny autor umiejętnie stopniuje napięcie, aby mimo wszystko wprawić czytelnika w finałowej scenie w zaskoczenie i zakłopotanie. Zakończenie sprawia, że lektura na długo zapada w pamięć i zmusza do przemyśleń.

W tej niezwykle esencjonalnej formie (na stu dwudziestu stronach) znalazła się cała gama treści; jest i o bogactwie przyjaźni i o samotności odmieńców i o sile marzeń i o obronie słabszych.

Moja ocena 5/6

W lutym tego roku Prószyński Media wydał książkę Myszy i ludzie (powyżej okładka).

czwartek, 11 października 2012

Myszy i ludzie - John Steinbeck

Jakoś nigdy wcześniej nie miałam okazji, żeby sięgnąć po "Myszy i ludzie". Oczywiście coś tam o niej słyszałam, kojarzę, że widziałam fragmentu filmu. Po tym, jak jakiś czas temu przeczytałam pierwszą dla mnie powieść Steinbecka - "Na wschód od Edenu" wiedziałam jednak, że i na tą przyjdzie kolej, bo marzy mi się przeczytanie wszystkich jego dzieł. Moją chęć poznania losów Lenniego i George'a wzmogła jeszcze przeczytana na początku tego roku książka "Dallas '63" Stephena Kinga - ci, którzy mają ją już za sobą, wiedzą, jak istotną rolę odgrywa w niej właśnie nowela noblisty.

Bardzo chciałam ją przeczytać przed końcem drugiego roku wyzwania - i z czytaniem zdążyłam, owszem, ale z recenzją już nie.

Cóż można o niej napisać, gdy pewnie wszystko już napisane zostało przez mądrzejszych ode mnie? Kultowa dla Amerykanów, obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy chcą poznać amerykańską kulturę. To taka przypowieść o ludziach, ludziach, którzy poobijani przez los, doświadczeni kryzysem i niemożnością znalezienia pracy, odnajdują w relacji między sobą jakąś zagubioną część człowieczeństwa, jakieś ludzkie odruchy. Marzą o lepszym życiu, choć, świadomie bądź podskórnie czują, że nie jest to możliwe.

To opowieść o tym, jak w okrutnym czasie, w świecie pełnym podejrzeń, myślenia tylko o sobie, pełnym ludzi o złych intencjach, przeżyć i znaleźć coś, co pozwoli wyrwać się z marazmu. Czy jednak to się uda? Czy ludzie są z góry skazani na swój los i nie mogą nic zrobić, żeby go zmienić?

Tym razem nie będę streszczać fabuły - większość pewnie zna, a ja nie będę potrzebowała sobie jej przypomnieć - to książka z gatunku tych, które zostają w pamięci. To kolejna taka książka tego autora - cieszę się ogromnie, że tyle jeszcze jego utworów przede mną i żałuję odrobinę, że dopiero niedawno go dla siebie odkryłam.

środa, 10 października 2012

Pustelnia parmeńska Stendhal


Długo nie mogłam zabrać się za napisanie paru słów na temat tej książki. A kiedy już je skreśliłam długo zastanawiałam się nad sensem ich publikacji. Książka bowiem wywołała we mnie letnie uczucia, ani mnie nie zachwyciła, ani mnie nie wkurzyła. Nie będę siliła się na pisanie długiego wywodu, dlaczego stało się, jak się stało. Wiedziałam, że jest to jedna z ulubionych książek sukienki w kropki i zabierając się za lekturę bardzo chciałam poczuć radość podobną do tej, jaką na samo wspomnienie książki przejawia moja blogowa koleżanka. Niestety serce nie sługa i nie posłuchało tym razem podpowiedzi rozumu, który przekonywał, że przecież powinno mi się spodobać. Rzecz dzieje się w tle pięknej włoskiej krainy, którą tak kocham, gdzieś tam pobrzmiewają jeszcze echa Waterloo, w którą to bitwę zaplątał się główny bohater (ach i związana z tym otoczka romantycznej epoki napoleońskiej), no i uczucia grające tu pierwszoplanową rolę (a uczucia to przecież rzecz najważniejsza).   I nic, żadne racjonalne argumenty nie pomogły, a serce nie zapikało.

Przeczytałam w biblionetce opinię mniej więcej takiej treści: Pustelnia parmeńska to połączenie brazylijskiej telenoweli, kronikarskiego stylu i głębi wyrazu spotykanego, jedynie u Szekspira i bardzo mi się ten skrócony opis lektury spodobał.

Osobiście zaliczyłabym ją do gatunki „płaszcza i szpady”, ale coś z tą telenowelą jest na rzeczy.

Fabrycy del Longo młodszy syn mediolańskiego arystokraty ucieka z Italii (nie mogąc się dogadać z ojcem) i przyłącza się do armii Napoleona, walczy pod Waterloo. Po powrocie przybywa do (kochającej się w nim) ciotki Sanseveriny do Parmy, gdzie za jej namową decyduje się na wybór kariery duchownego.

Bohater powieści, mający stanowić odbicie aspiracji i marzeń samego pisarza prezentuje typowo włoski temperament; spontaniczność, żywiołowość, gwałtowność uczuć, namiętność, brawurę, dzięki czemu zdobywając wdzięki kolejnych pań pakuje się w coraz to nowe kłopoty; ucieczka, więzienie, wygnanie, odosobnienie. W końcu zaznawszy radości przelotnych miłostek trafia na tę jedyną. Tyle, że trudno mi jest w to uczucie uwierzyć, skoro sam bohater uważa, iż nie jest miłości godzien, bowiem nie potrafi kochać i uczuć odwzajemniać.

Cała wartość powieści leży nie w fabule, która nie porywa (tzn. mnie nie porwała, ale to może wina gatunku, który się przeżył), a w sposobie opisu uczuć. Prezentacja rozważań Fabrycego i księżnej Sanseveriny w sposób niezwykły, jak na dziewiętnastowieczną literaturę ukazuje wewnętrzne życie bohaterów wraz z całą gamą miotających nimi uczuć. Wyobraźnia bohaterów to wynosi ich pod niebiosa, to spycha w piekielne otchłanie. W zderzeniu z suchym przedstawieniem zdarzeń wewnętrzne monologi bohaterów stanowią dobrą przeciwwagę. Stendhal składa hołd prostocie uczuć, wynikających z pierwotnych cech człowieka. Namiętność rozgrzesza wszystko; usprawiedliwia zarówno zdradę, jak i zbrodnię, bo namiętność jest poza moralnością. Czy aby na pewno? Nie jestem przekonana.

I to jest wszystko, co udało mi się sklecić na temat lektury. A zamiast oceny przytoczę fragment opinii jej tłumacza Boya-Żeleńskiego. 

"Mimo swoich słabizn, mimo - zwłaszcza - dotkliwych rozwlekłości (w części drugiej) - mimo swego "naturalnego" stylu, przetrwała ona i przetrwa zapewne jako jeden z najbogatszych w treść wewnętrzną, najbardziej sugestywnych utworów epoki. Jest ta książka jedną z najbardziej znanych, cytowanych. Istotnie, kto ją raz przeczyta, ten jej nie zapomina; zacierają się w pamięci szczegóły zawiłej intrygi, ale dusza bogaci się o jeden ton, oryginalny, mocny i nieraz wspomnieniem swoim pogrążający w zadumie. I to współtajemnicze działanie stanowi urok Stendhala i sprawia, że książki jego przeżyły tyle innych, skądinąd może doskonalszych utworów literackich".