.. te wszystkie kłótnie, hałasy, intrygi, zazdrości, bojki nawet, to tylko nerwy, nerwy i nerwy! Które wszystkim grają jak fortepian rozklekotany za najmniejszym dotknięciem. Łzy są chwilowe, gniewy chwilowe, nienawiści chwilowe, a miłości co najwyżej tygodniowe. Jest to komedia życia rozdenerwowanych, grana stokroć lepiej niż ta sceniczna, bo instynktowo. Pozwolę sobie określić tak; wszystkie kobiety w teatrze to histeryczki, a mężczyźni, mniejsi lub więksi- neurastenicy. Tutaj pani jest wszystko, tylko nie ma ludzi… (str. 119)
wtorek, 1 lutego 2022
Komediantka Wladysław Reymont
.. te wszystkie kłótnie, hałasy, intrygi, zazdrości, bojki nawet, to tylko nerwy, nerwy i nerwy! Które wszystkim grają jak fortepian rozklekotany za najmniejszym dotknięciem. Łzy są chwilowe, gniewy chwilowe, nienawiści chwilowe, a miłości co najwyżej tygodniowe. Jest to komedia życia rozdenerwowanych, grana stokroć lepiej niż ta sceniczna, bo instynktowo. Pozwolę sobie określić tak; wszystkie kobiety w teatrze to histeryczki, a mężczyźni, mniejsi lub więksi- neurastenicy. Tutaj pani jest wszystko, tylko nie ma ludzi… (str. 119)
niedziela, 21 listopada 2021
Sonata kreutzerowska Lew Tołstoj
Skoro mężczyzna żył ...ani na chwilę nie porzucając zamiaru ożenienia się i urządzenia sobie najwznioślejszego, najczystszego życia rodzinnego i w tym celu rozglądał się za odpowiednią panną. Tarzał się w gnoju rozpusty, a jednocześnie przyglądał się na tyle czystym, by były go godne (str. 81) kobieta uważała, że jeśli wymaga się od niej, aby była [wyłącznie] obiektem pożądania – to ona ujarzmi mężczyznę, właśnie jako obiekt pożądania (str. 91) Stąd te ohydne dżerseje, te podkładki na tyłkach, te gołe ramiona, plecy, prawie gołe piersi. Kobiety zwłaszcza te, które przeszły przez szkołę mężczyzn doskonale wiedzą, że rozmowy na wzniosłe tematy swoją drogą, a mężczyźnie potrzebne jest ciało i to wszystko, co je ukazuje w najponętniejszym świetle i tak właśnie robią (str. 85).
Pozdnyszew nie wierzy w miłość inną, niż cielesna, a i ta jest krótkotrwałą i prowadzi jedynie do prokreacji. Namiętność cielesna, której oddawał się za młodu uważając zgodnie z sądami społecznymi za korzystną dla zdrowia zaczyna w statecznym małżonku budzić wstręt, bowiem prowadzi do zniewolenia kobiet. Te zaś w akcie odwetu (zmuszane do spełniania męskich potrzeb) stają się uwodzicielkami, a tym samym uzależniają od siebie mężczyzn. Jakie zatem jest wyjście? Życie w ascezie i czystość małżeńska.
Abstrahując od tego, czy Sonata jest studium psychologicznym Pozdnyszewa, czy też (za pewnie niezamierzenie) jej autora stanowi ona ciekawe spojrzenie na człowieka owładniętego idee fix. Żądza płciowa, choćby najbardziej zawoalowana, jest złem, strasznym złem, z którym należy walczyć, a nie popierać go, jak to się czyni u nas. Słowa Ewangelii, że kto patrzy z pożądaniem, już z nią cudzołożył, dotyczą nie tylko cudzych żon, lecz właśnie i przede wszystkich – własnej zony. (str. 102). Miejcie się panowie na baczności, bo nawet nie wiecie, że cudzołożycie.
Przyznam,
iż na początku lektury nużył mnie jej
moralizatorski wydźwięk, jednak w miarę postępu w lekturze coraz
bardziej zaciekawiało
kuriozum poglądów Pozdnyszewa / Tołstoja. Dla przykładu jeden z nich -
prokreacja nie jest według niego
niezbędna, bo skoro ludzie są zdemoralizowali, to lepiej aby wyginęli.
Do tego dochodzi sprzeczność poglądów, bo choć potępia prokreację to nie
popiera antykoncepcji, co jeśli wziąć pod uwagę preferowaną przez niego
ascezę ma pewien sens.
Sztukmistrz z Lublina Isaac Singer
Po lekturę sięgnęłam w związku z planowaną wycieczką do Lublina. Miał to być jeden z drogowskazów do poznania miasta. Niestety jeśli o tę motywację chodzi lektura okazała się totalną porażką. Albo czytałam nie dość wnikliwie, albo Lublina w książce nie ma. Jeśli chodzi o przyjemność z lektury to książkę czytało się wyjątkowo lekko i szybko.
Sztukmistrz z Lublina to historia Jaszy (Żyda) używającego życia pełnymi garściami. Ma żonę, dom, stodoły, spichrze i stajnie w Lublinie, mieszkanie w Warszawie i kilka kochanek w trasie. Żyje z pokazywania sztuczek, wykonuje akrobacje, chodzi na linie, potrafił otwierać zamki bez klucza. Jest człowiekiem wykształconym, jako chłopiec studiował Talmud, w swoim warszawskim mieszkaniu ma bibliotekę, antyki i zbiór afiszy, wycinków prasowych i recenzji, z Emilią - kobietą, dla której wydaje się gotowy na zmianę sposobu życia - dyskutował o religii, filozofii, nieśmiertelności duszy, cytował jej urywki z Talmudu, rozmawiali o Koperniku i Galileuszu.
Jasza, choć tak jak ojciec i dziadek, tu się urodził [w Lublinie], pozostał obcym, nie tylko dlatego, że odrzucił swe żydostwo, także dlatego, że wszędzie czuł się obco, zarówno tu, jak w Warszawie, pośród Żydów i gojów. Wszyscy mieli uregulowane życie i domy, on zaś był w ciągłych rozjazdach. Mieli dzieci i wnuki, on ich nie miał, Mieli swego Boga, swych świętych i przywódców, on miał tylko wątpliwości. Dla nich śmierć oznaczała raj, dla niego tylko strach (str.15).
Jasza poszukuje swojej drogi, ale poszukuje dość nieudolnie. Uciekając od jednej kobiety w ramiona kolejnej, wiąże się z następną, dla której gotów jest zmienić wiarę i popełnić przestępstwo. Wszystko to brzmi nawet przekonywająco, aż dochodzi do epilogu o cudownym nawróceniu, który pozwala przypuszczać, iż głównym celem opowieści było przekonanie czytelnika, iż bez wiary człowiek błądzi, grzeszy, popełnia przestępstwa i nie może być szczęśliwy. Tyle, że trudno uwierzyć w przemianę bohatera, który zamiast zmierzyć się ze światem i jego pokusami ucieka przed nimi.
Główny bohater jest ciekawą postacią. Wciąż grał jakąś inną rolę. Był kłębowiskiem osobowości, wierzący i heretyk, dobry i zły, fałszywy i szczery. Potrafił kochać wiele kobiet jednocześnie. Oto gotów jest zaprzeć się swej religii, a jednak znalazłszy nową stronę wydartą ze świętej księgi zawsze ją podnosi i przyciska do ust. (str.46). Ten Jasza choć tak zmienny, złożony, irytujący w swym postępowaniu względem kobiet i irytujący w swej chwiejności (po raz pierwszy spotkałam się w literaturze z tak chwiejnym i często zmieniającym decyzję mężczyzną) był ludzki. W przeciwieństwie do pani Emilii, której wyrachowany egoizm czynił z niej pustą lalkę.
Sztukmistrz z Lublina to ciekawie opowiedziana historia z rozczarowującym zakończeniem.
Spodobał mi się natomiast fragment tyczący Polaków, którzy podobnie jak pozostali goje nie są przedstawieni zbyt sympatycznie, ale jakże trafnie. Zostawiają wszystko i gdzieś sobie idą. (...) To cała Polska. I jeszcze narzekają, że kraj się rozpada. (...) Taki to kraj, mruczał - jedyne, co umieją to buntować się co kilka lat i brzęczeć kajdanami. (str. 129)
Kiedy przypomniałam sobie swoje wrażenia z lektury Cieni nad rzeką Hudson to Sztukmistrz wypada na ich tle słabiej. Nie mniej wart jest lektury.
Recenzja po raz pierwszy została zamieszczona na moim blogu Moje podróże
poniedziałek, 26 kwietnia 2021
Utracona cześć Katarzyny Blum Henrich Boll
Słowa, które ranią, słowa, które niszczą, słowa, które zabijają - o tym jest ta krótka opowieść. O przemocy słownej, która doprowadziła do tragedii. Temat dziś może nawet bardziej aktualny niż w roku wydania książki (1974).
Historia
Katarzyny Blum
może być historią każdego z nas, bo oto nagle w życie zwykłej gospodyni
domowej, osoby uczciwej, pracowitej i może nawet nieco pruderyjnej
wkracza "dziennikarz"
brukowej gazety.
Dziennikarz będący świadkiem zatrzymania przez policję kobiety
podejrzewanej o pomoc
przestępcy, dostaje cynk i zaczyna węszyć. Im bardziej
nieprawdopodobna historia, tym większy nakład gazety, im większy nakład,
tym większa sprzedaż, im większa sprzedaż tym większy zysk. A że
informacje nie sprawdzone, a słowa przekręcone to nie ma znaczenia.
Dziennikarz posuwa się do tego, że przypisuje ofierze własny naganny
postępek. Choć tutaj ofiara występuje też w roli sprawcy i odwrotnie.
Cykl artykułów, w
których Katarzyna zostaje przedstawiona, jako zimna, wyrachowana
manipulantka, osoba
podejrzanego prowadzenia się, a wreszcie osoba,
której czyny doprowadziły do śmierci matki sprawia, że kobieta czuje się
głęboko zraniona, urażona, doprowadzona do ostateczności, bo … utraciła
-to co było dla niej najważniejsze - cześć (dobre imię).
Opowieść zaczyna się wizytą kobiety na posterunku policji. Składa ona zeznania, z których wynika, iż parę godzin wcześniej zamordowała w swoim mieszkaniu dziennikarza. Co gorsza, Katarzyna wydaje się nie odczuwa żadnych wyrzutów sumienia z powodu zbrodniczego czynu. Książka przybiera postać sprawozdania ze skrupulatnie przeprowadzonego przez narratora dochodzenia. Są to lakoniczne, acz treściwe relacje pozyskane z różnych punktów widzenia. Pochodzą od Katarzyny, jej pracodawców i znajomych, pochodzą też z kręgów policyjnych, wymiaru sprawiedliwości, a także pośrednio z artykułów zamieszczanych w gazecie (tej GAZECIE, która stała się źródłem tragedii). Relacje są opisem pozbawionym warstwy emocjonalnej; zbiorem faktów. Ich suchy język powoduje większe wzburzenie czytelnika. GAZETA, żywiąca się plotkami, niedomówieniami, przeinaczeniem, nieprawdą, niszczy nie tylko życie Katarzyny, niszczy też życie jej przyjaciół i pozbawia wiary w rzetelność dziennikarską. I wydaje się, że wszyscy są wobec takich działań bezsilni. Łącznie w wymiarem sprawiedliwości. Bo jak pokazuje życie są bezsilni. Jedynie pisarz może dać świadectwo.
Opinia po raz pierwszy ukazała się na moim blogu Moje podróże
niedziela, 11 kwietnia 2021
Zwierzenia klowna Heinrich Böll
Dwudziestoparoletni Heinrich wychowany w bogatej, mieszczańskiej prohitlerowskiej rodzinie buntujący się przeciwko hipokryzji i podwójnej moralności pokolenia rodziców zostaje klownem. Dzięki pieniądzom i koneksjom ojca miałby zapewnioną świetną przyszłość, wybiera niepewny los, aby żyć w zgodzie z przekonaniami. Nie przeszkadza mu tułacza egzystencja, dopóty ma przy boku ukochaną kobietę. Życie w podróży i na walizkach, od hotelu do hotelu. Niestety pewnego dnia Maria odchodzi, a Heinrich doznaje załamania. Zaczyna więcej pić, jego występy są coraz słabsze, aż w końcu druzgocząca krytyka sprawia, że musi ich zaprzestać. Bez perspektyw i bez jednej marki w kieszeni rozpoczyna spowiedź, w trakcie której rozlicza się z przeszłością. Obnaża zakłamanie rodziców i kręgu ich znajomych, którzy podczas wojny w różnym stopniu sprzyjali polityce nazistowskich Niemiec, aby zaraz po jej zakończeniu odciąć się od przeszłości angażując w życie różnych organizacji religijnych. Przy czym ich życie daleko odbiega od zasad, które głoszą.
Bardzo spodobał mi się początek opowieści, kiedy Heinrich opisuje, jak nagle to co było czymś naturalnym staje się monotonią powtarzających się zdarzeń.
Usiłowałem zwalczyć w sobie automatyzm, wytworzony w ciągu pięciu lat moich nieustannych podróży: schodami w dół, schodami w górę, stawiam walizkę, wyjmuję bilet z kieszeni płaszcza, podnoszę walizkę, oddaję bilet, podchodzę do kiosku, kupuję wieczorne gazety, wychodzę z Halu dworca, przywołuję taksówkę. Przez pięć lat prawie co dzień skądś wyjeżdżałem i dokądś przyjeżdżałem, rano schodami w górę i w dół, popołudniu schodami w dół i w górę, przywoływałem taksówkę, szukałem drobnych po kieszeniach, kupowałem w kiosku wieczorne gazety i w jakimś zakątku świadomości rozkoszowałem się dokładnie wystudiowaną niedbałością tego automatyzmu. Odkąd Maria opuściła mnie (…) procedura przyjazdów i wyjazdów stała się jeszcze bardziej mechaniczna, nie tracąc nic ze swojej niedbałości. (str. 7)
Zwierzenia klowna są ciekawe, zaskakujące, chwilami szokują. Jak choćby w przypadku braku reakcji matki na śmierć córki, do której pośrednio się przyczyniła, czy w opisie zakradającej się do spiżarni matki, aby zjeść po kryjomu plaster szynki, kiedy dzieci w tej najbogatszej w okolicy rodzinie niedojadały. Poza opisem wspomnień są też ciągi myśli, refleksji i pomysłów Heinricha, a te bywają przytłaczające i ciężkie. Przyznaję, że miałam momentami dość bohatera i jego egzystencjalnej wiwisekcji, jego pijackich pomysłów i nużących wywodów. Ludzie z otoczenia Heinricha w sporej mierze są podłymi hipokrytami, egoistami, nierzadko mają zbrodniczą przeszłość. Ale i bohaterowi można sporo zarzucić, jest coś z fałszu w jego uczuciu do Marii, jest okrucieństwo i egoizm wobec bliskich. Krytykuje otaczających go ludzi, ale wyciąga rękę po ich pieniądze, tęskni za Marią, którą jak twierdzi kochał, ale można odnieść wrażenie, że bardziej irytuje go to, że kobieta, odnalazła stabilizację u boku innego, niż to, że odeszła. Ale czy można się dziwić, że kalekie czasy rodzą kalekich ludzi.
Niezła książka, choć jej lektura nie jest lekką.
Książka ma ciekawą dedykację – Klaudynce klown Grześ. Widocznie książka nie trafiła w gust obdarowanej, bo cztery lata później nabyłam ją na allegro.
Po raz pierwszy recenzja opublikowana na blogu Moje podróże
niedziela, 21 marca 2021
Dżuma Albert Camus rzecz o zarazie w czasach zarazy
Próbując zrozumieć emocje i uczucia targające mną od dłuższego czasu sięgnęłam po Dżumę. Można ją odczytywać na płaszczyźnie realistycznej, jako powieść o radzeniu sobie człowieka z epidemią.
Zaraza pojawia się znienacka w całkiem zwyczajnym, niczym się nie wyróżniającym portowym algierskim miasteczku Oran. Jej pierwsze zapowiedzi w postaci martwych szczurów zalegających masowo na ulicach miasta i w jego budynkach budzą zaciekawienie zmieszane z irytacją i oburzeniem. Szczury w eleganckich domach i hotelach? To rzecz nie do pomyślenia.
Łączenie martwych gryzoni z pierwszymi przypadkami choroby daje do myślenia lekarzom. Władze miasta przyjmują całą rzecz z niedowierzaniem, nie można budzić niepokoju i rozsiewać paniki, przecież to niemożliwe, dżuma to odległa przeszłość kojarzona ze średniowiecznymi rycinami lekarzy w pelerynach i maskach przypominających ptasi dziób.
Zarząd miejski nic nie zamierzał i nic nie miał na uwadze, ale zaczął od tego, że zebrał się na posiedzenie, aby się zastanowić. Polecono służbie odszczurzania zbierać martwe szczury co dzień o świcie. (str. 14)
I kiedy w końcu nie można zaprzeczyć faktom i miasto zostaje zamknięte, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby jego mieszkańcy nie wierzą. Reakcje zdumienia, oszołomienia, wiara w szybkie zakończenie epidemii przeplatają się z negacją i głosami oburzenia.
Nasi współobywatele….. Nadal robili interesy, planowali podróże i mieli poglądy. Jak mogli myśleć o dżumie, która przekreślała przyszłość, przenoszenie się z miejsca na miejsce i dyskusje? Uważali się za wolnych, a nikt nie będzie wolny, jak długo będą istniały zarazy. (str. 28).
Pojawia się bunt i głosy o pozbawieniu wolności. Mieszkańcom nie podoba się, że miasto zostało zamknięte. Twierdzą, że te statystyki chorych na pewno są sfałszowane, a nawet jeśli choruje tyle osób ile podano, to przecież nie wiadomo, ile osób chorowało wcześniej. Ludzie zawsze chorowali i to wcale nie oznacza, że teraz mamy epidemię - krzyczą niedowiarki.
W pierwszych godzinach dnia, gdy zarządzenie weszło w życie (o zamknięciu miasta) na prefekturę naparł tłum petentów, którzy przez telefon, lub osobiście przedstawiali urzędnikom sytuacje równie ciekawe i równie niemożliwe do rozpatrzenia. Doprawdy trzeba było wielu dni, byśmy zdali sobie sprawę, że znajdujemy się w sytuacji bez kompromisu i że słowa takie jak „układać się”, „grzeczność”, „wyjątek” nie mają już sensu. (str. 45)
Mimo tych niezwykłych widoków (zamkniętego i martwego miasta) nasi współobywatele mieli najwyraźniej kłopoty ze zrozumieniem, tego, co im się zdarzyło. Były uczucia wspólne, jak rozłąka czy strach, ale nadal stawiano na pierwszym miejscu troski osobiste. Nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę. Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to, co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy. Okazywali więc rozdrażnienie lub irytację, a nie są to uczucia, które można przeciwstawić dżumie. (str.51)
Jak można zamykać miasto, jedni chcą się wydostać z niego, inni chcą doń powrócić (choć tych jest zdecydowanie mniej). Jeszcze inni ostentacyjnie wychodzą w tłum pokazując, iż za nic mają wszelkie ograniczenia. Część mieszkańców dezynfekuje się alkoholem, inni pastylkami mentolowymi.
Ksiądz zarządza tydzień wspólnych i grzmi z ambony - bracia moi, dosięgnęło was nieszczęście, bracia moi zasłużyliście na nie. … od początku historii plaga boska rzuca do stóp Boga pysznych i ślepych. (str. 62)
W mieście zaczyna brakować żywności, paliwa, oszczędza się na oświetleniu, co napędza szarą strefę i rozwój nielegalnych interesów (przemyt żywności i ludzi).
Potem pojawia się strach. Ludzie odsuwają się od siebie. Izolacja i poczucie osamotnienia. Depresje. A w końcu apatia i obojętność. I już nawet nie czeka się końca, tylko próbuje jakoś wypełnić czas codziennymi obowiązkami, których niektórzy mają w nadmiarze (lekarze, służby pomocnicze i administracja) a inni coraz mniej. Na tym tle przedstawieni zostają bohaterowie i ich różne wobec epidemii postawy. Od poświęcenia czasu na zwalczanie choroby, albo choćby ulżenie jej skutkom, a na końcu jedynie ewidencjonowanie rozmiarów poprzez pomoc lekarzom i służbom porządkowym do wykorzystania zarazy jako sposobności do wzbogacenia się (paserka i przemyt) bądź do ukrycia przed odpowiedzialnością z powodu popełnionych wcześniej występków.
Camus wplata w treść opowieści rozważania egzystencjalne dotyczące postaw moralnych człowieka oraz sensu istnienia. Oprócz całej masy bardzo mądrych przemyśleń trafia się też parę dość zawiłych i nużących (być może jedynie dla mnie mniej przystępnych) dywagacji. Nie rzutuje to na ocenę całości. Dżuma podnosi uniwersalny temat postawy człowieka wobec zła (wojny, epidemii, kataklizmu); moralne dylematy u jednych i brak rozterek u innych, no i pytania o sens egzystencji w ogóle, czy liczy się przeżycie, czy liczy się też cena, jaką czasami trzeba za to zapłacić. Niewątpliwie czytanie jej w kontekście innej zarazy przenosi akcenty uniwersalne na te bardziej dziś dojmujące.
Czytając miałam wrażenie, jakby dziwnym trafem powieściowa Dżuma wyszła ze swoich ram na ulice naszych miast, bowiem zadziwiająco znajomo wyglądają postawy, zachowania i komentarze pojawiające się dzisiaj w mass mediach.
Kiedy dżuma nie odpuszcza i zdaje się tę walkę wygrywać z człowiekiem nie było już losów indywidualnych, ale wspólna historia, tzn. dżuma i uczucia, jakich doznawali wszyscy. Najsilniejszym z nich była świadomość rozłąki i wygnania wraz ze strachem i buntem, jakie niosła w sobie. (str.106)
Początek końca epidemii pojawia się wówczas, kiedy walka staje się wspólnym interesem, nie jest ona już tylko przeszkodą w indywidualnych planach jednostek, ale wrogiem wspólnego losu mieszkańców.
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie narratora, który jest jednocześnie jednym z bohaterów opowieści, występując w podwójnej roli może obserwować sytuację i od wewnątrz i z dystansu.
Moje zainteresowanie wzbudził drugoplanowy bohater urzędnik merostwa Grand. Z nadmiaru uczuć i niedoboru słów miota się on pomiędzy pragnieniem stworzenia wielkiej powieści i napisania listu do żony, która go opuściła lata temu a niemożnością uczynienia tego. Istniejący wokół świat pochłonięty walką z epidemią wydaje się niewiele obchodzić Granda, co jednak nie przeszkadza mu sumiennie wykonywać obowiązki. Nieco śmieszne wydają się jego próby doboru właściwych słów w treści pierwszego zdania powieści (poza które nie wyszedł). Śmieszne, a jednak budzące wzruszenie i pewien rodzaj sympatii.
Nieco obawiałam się lektury, a okazała się ona pouczającym i ciekawym doświadczeniem. W dodatku czytana w dzisiejszych realiach nabiera wyjątkowej aktualności, podczas gdy czytana w czasach licealnych wydawała się bardziej abstrakcyjną.
Nie mogłam sobie podarować pominięcia najbardziej znanego z cytatów - mało optymistycznego, ale jakże realistycznego.
niedziela, 14 marca 2021
Ubu król Alfred Jarry
Odkąd
pamięcią sięgam w
przeszłość zawsze chciałam przeczytać Ubu Króla. To owiane skandalem
dzieło
piętnastolatka, utwór który
zszedł z afisza dzień po premierze (okrzykniętej największym skandalem w
dziejach teatru), której opis jest cytowany niemal we wszystkich
wspomnieniach najznakomitszych przedstawicieli XIX wiecznej bohemy musi
rozbudzać wyobraźnię.
Czy pierwotnym zamiarem autora miało być zszokowanie publiki przez nadużywanie języka potocznego (przekleństw i wulgaryzmów), czy też ukazanie w bardzo prosty, wręcz łopatologiczny sposób, czym jest historia, wychwalana, jako nauczycielka życia (ciągiem gwałtów, zdrad, morderstw, tyranii, podłości, prostactwa oblekającego się w szaty wytworności). A może obie te rzeczy łącznie. Trzeba też zauważyć, że te wulgaryzmy straciły dziś na swej wymowie, bowiem brzmią anachronicznie.
Jak napisał w przedmowie jej tłumacz Boy Żeleński Ubu król to taki Makbet na wspak. Jego bohater to cham i prostak, zachłanny debil, który nie potrafi nawet ukryć swojej głupoty pod maską pozorów. Postać Ubu funkcjonuje w świadomości, jako wzorzec pewnego typu człowieka, podobnie, jak funkcjonuje Don Kichot, Hamlet czy Tartufe.
Jerry
dadaista i
surrealista stworzył groteskową historię prostaka, którego żona namówiła
do
zabicia króla i przejęcia korony. Zbieżność z Makbetem nieprzypadkowa.
Tyle, że
Ubu jest tak karykaturalnym przedstawicielem władzy, że trudno
potraktować go
poważnie. Lecz jego rządów - morderstw, oszustw, kradzieży,
krzywoprzysięstwa
nie można nie traktować niepoważnie. Jerry pokazuje, że polityka ma
społeczeństwo tam, gdzie on ma publikę, czyli w d.... Merdre, po naszemu
grówno – wulgarne wstawki, czy komentarz rzeczywistości, która jest
okrutna i beznadziejna.
A co mają do tego Polacy? W przedmowie przed premierą sztuki autor wskazał, iż rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Trzeba pamiętać, że Polski, jako państwa wówczas nie było. Rzecz mogłaby dziać się równie dobrze wszędzie, bo trudno byłoby znaleźć kraj, który nie doświadczył przynajmniej kilku władców posiadających cechy Ubu. A to, że występują tu Stanisław Leszczyński czy Jan Sobieski wygląda na przypadek, zwłaszcza, iż nie odgrywają oni większej roli.
Trudno jednak nie doszukiwać się podobieństw do sytuacji w Polsce, bo podobieństwa te występują pod każdą szerokością geograficzną i w każdej epoce. Ubu to typ władcy, który po trupach dąży do celu, robi to co chce, nie tyle dla osiągnięcia określonego celu, ale dlatego, że on tak chce. Nie zważa na konsekwencje, bo jest na tyle ograniczony, że nie potrafi ich przewidzieć.
I w tym jest może jakaś nadzieja, że każda podłość, każde draństwo kiedyś się skończy. A że po nim przyjdzie kolejne…..
Ubu umiał kupić swe panowanie nie tylko zamordowaniem poprzednika, ale i umiejętnością szafowania hasłami
Moi przyjaciele, widzicie oto tę skrzynię; zawiera trzy tysiące dukatów w złocie,w pełno wartościowej monecie polskiej. Niech ci, którzy chcą się ścigać, ustawią się na skraju dziedzińca. Ruszycie, skoro ja machnę chustką; który przybiegnie pierwszy, dostanie skrzynię. Ci, co nie wygrają, dostaną na pocieszenie tę drugą skrzynię, podzieli się ją między nich.
które trafiły na podatny grunt
Chodźmy! Chodźmy! Niech żyje ojciec Ubu! Najszlachetniejszy z monarchów!
Bo aby Ubu został królem nie wystarczą jego chęci, trzeba też ludu, który da się ogłupić
Recenzja po raz pierwszy opublikowana na moim blogu Moje Podróże
niedziela, 8 listopada 2020
Podróże do Polski Jarosław Iwaszkiewicz
Podróże do Polski są
zbiorem impresjonistycznych obrazków, wybiórczych, nie zawsze najbardziej
reprezentatywnych, ale z jakichś wiadomych jedynie autorowi sentymentów ważnych
dla niego.
Najwcześniejsze wspomnienia związane z pobytem kilkuletniego chłopca w Warszawie wiążą się z Filharmonią, której nowy, wspaniały, przykryty niebieskim dachem gmach mijał podczas pierwszej podróży. Z Filharmonią jego życie wiązało się wielokrotnie, przez udział w przedstawieniach, wspomnienia związane z narzeczoną, przemową na otwarciu odbudowanego budynku, czy uroczyste jubileusze. Ważną rolę na mapie podróży stanowiły też teatry; Teatr Letni w Ogrodzie Saskim czy Teatr Polski, w którym po latach wystawiano jego Lato w Nohant i inne sztuki w jego przekładzie. Kolejne uczestnictwo w ważnych wydarzeniach kulturalnych to pogrzeby wielkich pisarzy, w których uczestniczył (Sienkiewicz, Słowacki, Żeromski, Dąbrowska, Tuwim, Gojawiczyńska, Kruczkowski, Reymont). Przez wspomnienia przewija się Warszawa niszczona przez hitlerowskich barbarzyńców i odbudowywana przez nierzadko znanych pisarzowi młodych ludzi.
…. każde przejście ulicami Warszawy jest podróżą - tającą w sobie więcej wrażeń niż przemierzanie obcych, choć pięknych krajów (str.29). Duma i radość z powodu odbudowy stolicy, zaangażowania jej budowniczych, podziw dla harmonii i spójności planów, łączenia starego z nowym, dbania o detale niezachwiana wiara w głoszone po wojnie idee nie powinny dziwić, kiedy zna się biografię pisarza.
Tutaj, gdzie teraz stoi wyniosły Dom PZPR, pamiętam w 1902 roku wzniesiono pierwszy secesyjny dom w Warszawie - i chodziło się specjalnie go oglądać. Dziwiły skrzynki na kwiaty przy oknach, zdobione blaszanymi liśćmi kasztanów, powyginane oparcia balkonów. Dzisiejsza spokojna elewacja i duża przestrzeń przed Domem Partii jakże się wydają odmienne od tamtej podejrzanej nieco wiedeńskiej nowości (str. 29). Pisarz bezkrytycznie zachwyca się tempem odbudowy. W głębi obrazu przy kościele Świętej Anny rośnie czerwono mur kaplicy Loretańskiej, którą w ostatnich dniach dopiero postanowiono odbudować. Ale i ona również będzie gotowa na 22 lipca. Jeżeli dom na Mariensztacie zbudowano w 19 dni, to co znaczy jakaś tam kaplica? Furda. (str. 38)
Jedna z ilustracji, których w książce sporo (i stanowią jej dodatkowy atut) przedstawia plakat Kawiarni Pod Pikadorem, której otwarcie wyznaczono na dzień 29 listopada 1918 r. Zachęca on do odwiedzin robotników, żołnierzy, dzieci, starców, ludzi, kobiety i pisarzy dramatycznych. Obok ludzi pojawiają się jako odrębna kategoria kobiety. Na pocieszenie są jeszcze dzieci i starcy i parę grup społecznych.
W rozdziale o teatralnych podróżach powtarzając się nieco wspomina sztuki, które oglądał, aktorów i reżyserów, których nazwiska zapisały się w historii teatru (Sulimę, Zelwerowicza, Osterwę, Jaracza, Węgrzyna, Leszczyńskiego, Szyfmana), Teatr Polski wspomina z sentymentem. Oczywiście, gdy oglądałam gmach Teatru Polskiego – jeden z najładniejszych i najpraktyczniejszych gmachów teatralnych europejskich owej epoki- do głowy mi nie przychodziło, że do tego stopnia i przez tyle lat los mój będzie związany z tą sceną, że ją tak pokocham, że będę pracował przy jej odbudowie. Kto mógł myśleć o tym w roku 1913! (str. 48).
Pisząc o Chopinie i Żelazowej Woli pisze zarazem o sobie i każdym z artystów. Związek artysty z krajobrazem, który go ukształtował, jest głębszy niżby to się zdawało. Dzieciństwo i młodość zawsze kładą zasadnicze piętno na cały już potem żywot- w dziełach dojrzałego twórcy raz po raz powraca nuta, która zapada w jego serce od najwcześniejszych czasów. (str.56)
Mnie najbardziej w pamięć zapadną dwie krakowskie scenki.
Zupełnie abstrakcyjnie, jak wspomnienie snu, jak wizję teatralną widzę zawsze z tamtej epoki pochód następujący: chyba ulicę Batorego, środkiem jezdni, bo samochodów licznych wtedy nie było, kroczą Boy w letnim ubraniu, pani Zofia Żeleńska w czarnej sukni, ale z gołą głową (kobieta z gołą głową, dama w owych czasach, na ulicy!) i Witkacy wyprostowany, wyprężony jak to on zwykł chodzić, w jasnym, szarym letnim garniturze, w czarnym żałobnym toczku pani Zofii na głowie, którego czarny welon w obfitych fałdach spadał mu na plecy.
Był to dzień premiery Tumora Mózgowicza w Teatrze Słowackiego. (str. 74)
Był taki maj w Krakowie. Kto nie był w maju w Krakowie, ten nie wie, co to jest maj. Liście i kwiaty kasztanu powpinane wszędzie w tej starej architekturze działają upajająco. Ja nie rozumiem, jak można być krakowskim studentem, jak można się tutaj uczyć, w tym pejzażu, w tej naturze. A właściwie mówiąc, tylko w Krakowie można w pełni zrozumieć, jak mogła się narodzić Lilka Pawlikowska. (str.77). Polecam Podróże do Polski, można w nich odnaleźć i czas przeszły i miejsca bliskie sercu pisarza i jego wrażliwość.
czwartek, 17 września 2020
Nad Niemnem Eliza Orzeszkowa
niedziela, 13 września 2020
Całę życie biedna Józef Ignacy Kraszewski
sobota, 12 września 2020
Zdobycz Emil Zola
| Salon Napoleona III w Luwrze |







