Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Imani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Imani. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 maja 2013

"Powojenni" Helena Mniszkówna


Ileż to już lat minęło odkąd przeczytałam ostatnio powieść Heleny Mniszkówny. W liceum chyba, kiedy to byłam dosyć romantycznym dziewczęciem i przeszukiwałam biblioteczkę Babci w poszukiwaniu książek, które doskonale komponowałyby się z poduszką i chusteczkami do nosa. Była więc „Trędowata” i „Ordynat Michorowski”, ckliwe, sentymentalne do bólu zębów, ale które zaczytywałam na śmierć. Była także „Verte” i na tym chyba skończyła się moja przygoda z tą pisarką, bo więcej jej powieści nie znalazłam i zaczęłam eksplorować potem Rodziewiczównę. Książka „Powojenni” obudziła wiele tęsknot, ale też i wiele obaw, jak też będzie mi smakować po latach taka proza z myszką. Pierwsze kilka stron szło mi jakoś opornie, ale potem kresowy świat właścicieli ziemskich, którzy stracili wiele, o ile nie wszystko za linia demarkacyjną, pochłonął mnie całkowicie i ocknęłam się gdzieś przed końcem pierwszego tomu.

Barwne postaci stworzyła Mniszkówna. Utracjusz War Zebrzydowski, przed wojną magnat i milioner, po wojnie właściciel jedynych Pochleb, które wydają mu się małe i prowincjonalne. Teresa Pobożanka, wielka, niespełniona miłość Wara, wierna i kochająca żona swojego zaginiętego podczas wojny bolszewickiej Poboga. Tym dwojgu nie powiodło się najgorzej, ale są i tacy, którzy stracili wszystko, nie tylko ziemie, majątki, ale i rodziny, tak jak Magdalena „Dada” Dobrucka czy Jerzy Strzelecki, którzy muszą przystosować się do nowej, powojennej rzeczywistości. To losy tej czwórki bohaterów śledziłam niemal z zapartym tchem, podobnie jak Romana Poboga i gruzińskiej księżniczki Olgi Czhangirani. Każdy wątek bardzo mnie ciekawił i przewracałam kolejną stronę niecierpliwie, aby dowiedzieć się, jakie będą ich kolejne losy, a to dla mnie jest w jakimś stopniu wyznacznikiem tego, jak dobra jest powieść.

Z książki aż bije nienawiść do bolszewików. Gloryfikowani są dzielni żołnierze, wspaniali dowódcy i porównywani do tych, którzy wojny jedynie posmakowali. Czuje się w tej książce miłość do Ojczyzny i tęsknotę do przedwojenego kraju. Są też utyskiwania przedwojennych bogaczy i, w ich mniemaniu, powojennych nędzarzy, czasami bohaterowie oburzają swoją życiową niezaradnością i marzycielstwem. Wszystko to odmalowane na tle pięknej, polskiej przyrody, tych puszczy ogromnych, łąk wspaniałych czerwieniących się makami, łanów zboża złotych. Miłość w „Powojennych” to temat istotny, ale tym razem ujęty nieco inaczej, nie zawsze jest tak słodko, cukierkowo, tragicznie, a finał wszystkich wątków amorowych nie jest tak oczywisty.

To nie jest literatura z najwyższej półki, ale przykuwa mocno uwagę i wywołuje ogrom emocji. Mimo tego, że nieco momentami schematyczna i płaczliwa, to wciąż bardzo dobra książka, o niebo lepsza od tego kiczu, który co rusz serwuje się nam obecnie i promuje na bestsellery. Z wszystkich książek Mniszkówny, jakie przeczytałam, podobała mi się najbardziej. 

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

"Portret damy" Henry James


„Portret damy” Henry’ego Jamesa czytałam powoli, kilkadziesiąt stron dziennie. Starczyło mi tej książki na dwa tygodnie, bo książka liczy 655 stron. Wnikliwa analiza postaci Isabel Archer wymaga skupienia, ale to klimat powieści i doskonała intryga powodowały, że miałam ochotę zostać z bohaterami powieści jak najdłużej i smakować ją powoli. Nie ukrywam, że momentami przeklinałam w duchu moją dobrą pamięć, która podpowiadała mi ciąg dalszy wydarzeń,  przywołując obrazy z bardzo dobrej ekranizacji tej książki, z Nicole Kidman w roli głównej.

„Portret damy” to powieść napisana z rozmachem, poruszająca wiele spraw, oprócz roli kobiety w ówczesnym społeczeństwie, na przykład kwestię dysponowania przez rodzica życiem swojego dziecka, które ma obowiązek spełniania jego życzeń i żyć według jego woli. To także obraz, w którym autor porównuje młodą Amerykę i starą Europę oraz ich społeczeństwa, ciekawa panorama wiktoriańskich czasów. Mnie jednak najbardziej zaintrygowała osoba głównej bohaterki.

Henry James opowiada historię Isabel Archer w ten sposób, że możemy śledzić jej najdrobniejsze poczynania, wnikać w jej myśli, niemal oddychać powietrzem, którym i ona oddychała. Zwraca nam przy tym taktownie uwagę na istotne szczegóły jej charakteru i wspomina mimochodem, że wszystko zmierza do tragedii. Ta młoda, piękna i niezwykle inteligentna Amerykanka przyjeżdża do Anglii na zaproszenie ciotki po śmierci swojego ojca. Jest jak kolorowy, egzotyczny ptak, który dusi się w złotej klatce konwenansów. O jej niezwykłości przekonani są nie tylko wszyscy wokół, ale i ona sama.  Isabel jest kobietą wrażliwą, subtelną, kującą swój charakter na podobieństwo książkowych ideałów, z którymi się w swoim życiu zetknęła. Ważny jest dla niej wizerunek i wewnętrzna dyscyplina. Marzy o wolności, o wyjście poza ramy ówczesnych zapatrywań na rolę kobiety, pragnie poznać świat i siebie. Chce też czynić wszystko bezinteresownie. Głodna jest wiedzy, literatury i sztuki i to właśnie w takim lustrze lubi najbardziej się przeglądać. Ba! Ona pragnie, aby jej życie było klejnotem, kolejnym rozdziałem życia świata, misternym bibelotem, którym wielu będzie się zachwycać. Mężczyźni, którzy ją kochają, wydają się jej nie tyle nieciekawi, co niepasujący do jej życiowego planu, toteż łamie serca, jedno po drugim.  Niespodziewany spadek, który jest także ukrytym planem gry jej kuzyna, przeraża ją pierwotnie, ale później uświadamia, że nareszcie może spełnić się jej marzenie, aby sama kierować swoim losem i dowiedzieć się o ludzkich sprawach czegoś więcej. Mając w swoich rękach wszystko, nieświadomie zamyka się w klatce, chociaż sama uważa, że tego nie czyni, bo przecież to ona ma kartę przetargową – pieniądze, i poślubia Gilberta Osmonda bezinteresownie. Nie widzi, że jej małżeństwo jest jedną, wielką intrygą, a dramat rozgrywa się tuż przed jej nosem.
Henry James kieruje powieścią tak, że od samego początku stajemy za Isabel, podziwiamy jej błyskotliwy umysł, współczujemy jej w tragicznych momentach i żałujemy nawet w chwilach, kiedy są one efektem jej własnych wyborów. Jej zachowanie wobec Caspara Goodwooda na końcu powieści wprawiło mnie początkowo w osłupienie, ale później zrozumiałam dlaczego tak postąpiła.
Sama złapałam się w tą pułapkę osądów.

„Portret damy” jest książką, która w piękny, bardzo szczegółowy sposób traktuje o emocjach, wielkich uczuciach, ale bez śladu cielesności. To opowieść o niezwykłej kobiecie, którą niby poznajemy w najdrobniejszych detalach, od środka i na zewnątrz, ale która ciągle potrafi nas zaskoczyć i zostawić nas na końcu książki w zawieszeniu. Wspaniała literatura.


wtorek, 26 lutego 2013

"Brak tchu" George Orwell



George Orwell to pisarz, którego zaczęłam czytać zbyt wcześnie. Niemal przymusowo, bo pod postacią lektury szkolnej, zawitał w moim domu dwukrotnie i spotkał się u mnie z ogromnym niezrozumieniem. „Folwark zwierzęcy” i „ Rok 1984” kojarzyły mi się przez lata z mozołem przedzierania przez strony i rozczarowanym spojrzeniem nauczycielki, że ja i moi współklasowi winowajcy nie doceniamy wielkich dzieł literackich, nie odnajdujemy drugiego dna i zawartych w nich przesłań. Przez lata kojarzyłam nazwisko Orwella z trudem czytania i z niechęcią myślałam o sięgnięciu po inne jego dzieła. Gdzieś jednak kołatała mi się w głowie zaszczepiona myśl, że Orwell wielkim pisarzem jest i trzeba mu dać kolejną szansę. Odsuwałam tą myśl aż do momentu, kiedy ujrzałam wznowienie „Braku tchu”, wtedy też pomyślałam, że może to jest moment, aby zmierzyć się z pisarstwem Orwella raz jeszcze. Bogatsza o wiele przeczytanych książek, z zupełnie innym bagażem własnych doświadczeń – zabrałam się za czytanie.

Nie przeczytałam tej książki w jeden wieczór, chociaż mogłam. „Brak tchu” wymaga i zasługuje na chwilę refleksji, zastanowienia. Pozornie to opowieść o zwykłym człowieku w średnim wieku, „panie Grubszym” – George’u Bowlingu, obrośniętym w tłuszczyk agencie ubezpieczeniowym, właścicielu sztucznej szczęki, małżonku i ojcu dwójki dzieci.  Powinien być szczęśliwym człowiekiem, ale nie jest. Dom jest obciążony kredytem, praca nie przynosi satysfakcji, małżeństwo rozczarowuje, a dzieci są roszczeniowe i denerwujące. W powietrzu zaś wisi wojna, która Bowling wyczuwa szóstym zmysłem, wieszczy kolejną ludzką katastrofę, wypowiada wiele cennych myśli na temat zniszczeń, które przynosi wojna nie tylko w świecie materialnym, ale w sercach i umysłach ludzi. Oczywiście nie bez powodu główny bohater nosi to samo imię co autor, wszystkie myśli i osądy Bowlinga są w istocie ukrytym między wierszami pacyfistycznym manifestem Orwella.

George Bowling pewnego dnia widzi afisz, który przywołuje lawinę wspomnień. Zabiera nas do krainy swojego dzieciństwa – Dolnego Binfieldu, jego krainy szczęśliwości, najpiękniejszego kawałka jego życia. Bowling, narrator powieści, ma naturę gawędziarza, plastycznie opowiada o początku dwudziestego wieku oraz okresie międzywojennym, odmalowując nie tylko szczegóły życia ówczesnych ludzi, ale także o magię i szczęśliwość dzieciństwa.
Niby to oczywiste i nie podlegające dyskusji, ale ilu z nas zdaje sobie sprawę, że świat dzieciństwa nigdy już nie wróci, rzeczy, osoby, miejsca, widziane i spotykane wtedy przemijają, zmieniają się, tracą ów specyficzny czar? Ile marzeń, których spełnienie jest o wyciagnięcie ręki, odkładamy na później? Ile złożonych obietnic rzucamy w kąt pamięci? Życie i świat gnają naprzód, zachodzą zmiany, które nie pozwalają na powrót do tego co było.  Życie to nie raz magia i ulotność chwili, uśmiech złapany w locie, piękny, słoneczny wieczór nad brzegiem stawu, największa ryba w czekająca na złowienie. Tylko raz mamy okazję tego doświadczyć. Nie przegapmy tego.  To właśnie najbardziej krzyczało do mnie ze stron książki. Życie jest ulotne, złożone z iskrzących w czasie chwil. Łapmy je i nie pozwalajmy im uciec. Kolekcjonujmy je w albumie najpiękniejszych wspomnień.

Tak. To był dobry czas na tą lekturę, „Brak tchu” Orwella do wzruszająca, literacka podróż, która ujęła mnie subtelnościami, ruszyła głęboko schowane pokłady wrażliwości, pobudziła do poszukiwań myśli i znaczeń niewypowiedzianych wprost. Podobała mi się bardzo, ale też i bardzo zasmuciła. Fatalizm autora przybija i przygwożdża czasami do podłogi.
Takiego Orwella chcę szukać i znajdować.

wtorek, 22 stycznia 2013

"Profesor" Charlotte Brontë


Charlotte Bronte zdobyła moje serce za sprawą „Jane Eyre”, którą uwielbiam. Próbowałam się zmierzyć z „Shirley”, ale porzuciłam chwilowo książkę po kilkudziesięciu stronach, trudno było mi się skupić i odnaleźć w tym świecie. Jeszcze do niej wrócę. Tym razem sięgnęłam po „Profesora”, książkę wydaną po raz pierwszy po śmierci autorki, zawierającą elementy autobiograficzne.
Muszę przyznać, że „Profesora” czytało mi się znacznie lepiej niż "Shirley", ale nie zdetronizuje on ukochanej „Jane Eyre”.

„Profesor” to męski punkt widzenia wiktoriańskiej rzeczywistości. Dobrze urodzony, ale biedny William Crimsworth nie potrafi odnaleźć swojego miejsca na wyspie. Nie pomagają mu w tym ani wujowie, ani zimny i materialnie zaślepiony brat. Nie potrafi się wpasować w żadne konwenanse, sztywne ramy obcowania z członkami swoich sfer. Samotny, bez grosza przy duszy, za to świadom swoich zalet i pełen oczekiwań wobec życia, pracy i kobiet, udaje się do Brukseli, gdzie ma nadzieję odnaleźć samego siebie i swoje miejsce na świecie. Tam, dzięki protekcji cynicznego Hunsdena znajduje pracę jako profesor nauczający języka angielskiego, najpierw w szkole dla chłopców, a później także w pensji dla dziewcząt. Rozmowy Williama z Hundsenem, kierowniczką pensji, Frances oraz drobiazgowe opisy pensji oraz uczennic, pozwalają poznać między innymi ówczesne realia, obyczaje, zapatrywania dotyczące religii, wychowania europejskiego i wyspiarskiego.
Jest także miłość, ważny element każdej powieści sióstr Bronte. Tym razem uczucie rodzi się pomiędzy profesorem a uczennicą, odkrywa nam ono aspekt relacji damsko-męskich ówczesnych czasów.

Powieść czyta się bardzo przyjemnie. Bohaterowie obdarzeni są ciekawymi przymiotami ducha, za to skąpo ich obdarzono przymiotami ciała. Dzięki tym niedoskonałościom, drobnym lub większym rysom, historia jest znacznie ciekawsza.  Sam William i jego wybranka serca nie wypadają zbyt barwnie na tle prześmiewczego Hundsena, który nie pojawia się w książce często, ale za to każda odsłona jego ciekawego charakteru i intrygujących poglądów dodaje pikanterii całej historii.

„Profesor” nie zawiódł mnie, miałam też w pamięci, że jest to pierwsza powieść w dorobku Charlotte Bronte i dałam jej kredyt już na starcie. Dobra lektura.



_____________________

Charlotte Brontë, Profesor, przeł. Katarzyna Malecha, Wydawnictwo MG, 2012, s. 312.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

"Cranford" Elizabeth Gaskell


"Cranford" Elizabeth Gaskell to przesympatyczna miniaturka, zawierająca migawki z życia wyższych sfer prowincjonalnego miasteczka w dziewiętnastowiecznej Anglii.  Napisana z przymrużeniem oka i doskonałym poczuciem humoru książka, opisuje miasto panien i wdów w wieku przynajmniej średnim. Świat się zmienia, ale tam wszystko pozostaje takie samo, a damy pieczołowicie dbają o to, aby przestrzegano konwenansów i pielęgnowano tradycje. Kranfordzki świat widzimy oczyma Mary Smith, która odwiedza miasteczko, a okresowo nawet tam pomieszkuje. To spojrzenie daje nam szerszy obraz, bo z jednej strony jest to ktoś empatyczny niemal z wewnątrz, a z drugiej – osoba, która potrafi również się zdystansować.

Pisarka doskonale namalowała słowami wszystkie postaci. Każda dama jest inna, każda ma swoje dziwactwa. Jedna oszczędza cukier, podając podczas herbatek jego miniaturowe kawałki, druga namiętnie oszczędza świece, kolejna zbiera sznurki... A to wszystko prowadzi do przezabawnych sytuacji. W mieście tym nie tylko trzeba dokładnie wiedzieć z kim należy rozmawiać, w jakim sklepie kupować, ale także znać szczegółowe wytyczne jak należy żyć, aby nie narazić się na towarzyską banicję. Panie mają różny status majątkowy, ale jak same mówią o sobie: „(...) żadnej z nas nie można by nazwać zamożną, choć posiadamy środki do życia idealnie wystarczające do zaspokojenia naszych eleganckich i wykwintnych gustów, i żadna, nawet gdyby mogła, nie zhańbiłaby się okazywaniem wulgarnej ostentacji”.  Niemile na przykład widziana była przesada w nabywaniu nowych strojów. Panie zazwyczaj rano nosiły sfatygowane suknie, stare czepki i połatane koronki. Przebierały się tuż przed południem, kiedy to w Cranford wraz z wybiciem dwunastej, zaczynał się czas odwiedzin. Wtedy trzeba było zaprezentować się godniej. Koronki były towarem luksusowym, a więc każda dama dbała o swoje koronkowe skarby z  największą starannością. Czepek stanowił, oprócz koronkowego kołnierzyka i licznych broszek noszonych do znoszonych sukien, najbardziej ozdobny element garderoby. To właśnie on był najbardziej pożądaną nowością, a wybór fasonu i koloru był przedmiotem długich rozmyślań i wahań. Czas odwiedzin był limitowany do piętnastu minut, ale nietaktowne było używanie zegarków. Prawdziwą zaś osłodą kranfordzkiego życia były wieczorne przyjęcia, którym towarzyszyła zazwyczaj gra w karty i poczęstunek, który powinien być skromny, ponieważ zbyt obfity uważano klasyfikowano jako wulgarny.

Doskonale bawiłam się podczas czytania, także dlatego, że po raz pierwszy mogłam tak szczegółowo śledzić życie dziewiętnastowiecznego angielskiego miasteczka. Wspaniałe pióro Gaskell powoduje, że można na kilka godzin na dobrze zatracić się w kranfordzkiej rzeczywistości, która, wbrew pozorom, nie jest nudna i sztywna. To także świat dużych i małych dramatów, za które po części można winić zamkniecie się tego światka w klatce konwenansów. Być może niektóre z tych problemów mogą wydawać się błahe, ale doskonale mogę sobie wyobrazić do jakiej rangi mogły urosnąć w takim świecie i ile wymagały trudu i poświecenia, aby im sprostać.

„Cranford” Gaskell to taki literacki bibelocik, małe arcydzieło, w które włożono dużo serca i treści, a historie opisano lekko i z prawdziwą maestrią. Bawi, wzrusza i rozczarowuje, bo tak szybko się kończy. Mała ilość stron to mój jedyny zarzut. 




_____________________

Elizabeth Gaskell, Cranford, przeł. Katarzyna Kwiatkowska, Wydawnictwo Poligraf, 2012, s. 220.

niedziela, 9 grudnia 2012

"Trzech panów w łódce (nie licząc psa)" - Jerome K. Jerome


„Trzech panów w łódce, nie licząc psa” autorstwa Jerome K. Jerome jest książką, której przeczytanie odkładałam w nieskończoność. Znana i uwielbiana przez wielu od ponad stu lat, zawsze była wymieniana wśród grona moich bliższych i dalszych znajomych jako „obowiązkowa” i zapewniająca rozrywkę na wysokim poziomie (słowo obowiązkowa zawsze wywołuje u mnie odwrotny skutek).  Akurat mam nastrój około-świąteczny, postanowiłam jeszcze trochę go podkręcić.

Książkę wielu zna przynajmniej ze słyszenia, więc tylko w kilku zdaniach napiszę o fabule. Trzech panów: Harris, George i J. (narrator) oraz pies Montmorency postanawiają wybrać się w dwutygodniową wyprawę łódką po Tamizie, dla relaksu i poratowania zdrowia. Od śluzy do śluzy wiosłują lub holują łódkę, podziwiając urocze zakątki, co służy przypominaniu sobie historii i anegdotami z nimi związanymi lub skojarzeniom z wydarzeniami z życia bohaterów. Oczywiście wszystko jest dobrze, gdy sprzyja pogoda, brzuchy są pełne, a na rzece nie spotykają ich przykre niespodzianki. W innych okolicznościach ujawniają się przywary głównych bohaterów, z miłych dżentelmenów zmieniają się w złośliwych, egoistycznych, marudzących osobników. Wiele przygód ich spotyka, wiele niesamowitych opowieści można usłyszeć z ust narratora. Moimi ulubionymi są dwie. Pierwsza o wieszaniu obrazu przez wujka Podgera (ileż takich osób znam, które do wykonania najprostszej czynności potrzebują dziesięciu pomocników), a druga to o trzech pannach ubranych w gustowne stroje żeglarskie, udające się na wycieczkę łodzią i piknik (czyż nie spotykam takich osobników płci obojga i teraz? Na przykład wybierających się do lasu w nieodpowiednim aczkolwiek gustownym obuwiu lub na piknik w śnieżnobiałych spodniach?).

Kto uwielbia szorstki, często bardzo złośliwy humor z absurdalnymi sytuacjami,  z dobrze naszkicowanymi postaciami, będzie na pewno tą książką zachwycony.  Ze mną jest różnie. Lubię na przykład: „Co ludzie powiedzą?”, „Allo, Allo”,  czy „Jasia Fasolę”, ale do „Benny Hilla” czy „Cyrku Monty Pythona” mam już dużo chłodniejszy stosunek. „Trzech panów w łódce, nie licząc psa” pozostawiło mnie taką... letnią. Ani mnie ta książka nie oczarowała, ani nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobała. Taka mocna czwórka, gdybym oceniała, jak w szkole, w skali 1-6. Humor okołoświąteczny nie został zepsuty, ale jakieś specjalnej jego zwyżki po lekturze również nie zanotowałam. 




Jerome K. Jerome, Trzech panów w łódce, nie licząc psa, przeł. Magdalena Małkowska, Wydawnictwo Vesper, Poznań 2007, s. 248.

piątek, 7 grudnia 2012

"Cheri" - Colette


Przyznaję, że czytając książkę „Cheri” Colette ciągle miałam przed oczami film z 2009 roku ze wspaniałą Michelle Pfeiffer w roli Lei. Świat Stephena Frearsa był dokładnie taki, jak sobie zawsze wyobrażałam czytając o belle epoque – przepych, wspaniałe wnętrza, przepiękne stroje. Trochę czasu musiało minąć, abym chciała skonfrontować obraz filmowy z książką Colette. Wydana w Polsce w 2010 roku, rok po premierze filmowej, 90 lat po napisaniu. Chwała za to, że powstał film, inaczej miłośnicy Colette i Klaudyny mogliby się nigdy nie doczekać polskiego przekładu głośnej książki Colette.

Powieść opowiada historię romansu emerytowanej, prawie pięćdziesięcioletniej kurtyzany Lei z młodym, dwudziestopięcioletnim synem jej rywalki, którego nazywa Cheri.  Mogłoby być bardzo banalnie, ale nie jest. Powieść jest napisana pięknym, subtelnym językiem, który podkreśla wszystkie niuanse męsko-damskiej  gry, erotyzmu wiszącego w powietrzu oraz wewnętrznych rozterek bohaterów.
Lea, to kobieta wspaniale wyposażona przez naturę, o przepięknej figurze, nogach, porównywana często do nimfy. W swojej profesji wspięła się na szczyty, bajecznie bogata, mogła pozwolić sobie wybierać tylko młodych kochanków. Obsesyjnie dbająca o swój przemijający kapitał – urodę, wyrachowana, nie pozwalająca usidlić się żadnemu mężczyźnie. Jednocześnie bardzo samotna wśród przepięknych wnętrz swojego domu, pod warstwą makijażu i spowita w najwspanialsze stroje.  Kiedy poznaje młodego Peloux- syna Charlotty, dawnej i obecnej rywalki, którą nazywa przyjaciółką, jej wprawione oko od razu poznaje nieoszlifowany diament. Bierze go pod swoje skrzydła kreując niejako na swoje podobieństwo. Cheri jest dzieckiem uwięzionym w ciele wspaniałego mężczyzny, zaniedbywany przez swoją matkę, podrzucany na wychowanie służącym, obracający się w towarzystwie kurtyzan, wyrósł na mężczyznę bez kręgosłupa moralnego. Niesamowicie rozpieszczony, mimo braków w wychowaniu i wykształceniu uważa siebie za najlepszego wśród najlepszych, także wspaniałego biznesmena, którym faktycznie jest, oraz znawcę piękna, nie tylko kobiecego. Kocha piękne stroje, wspaniałą biżuterię, piękne wnętrza, perfumy, dobre jedzenie. Straszliwie samotny lgnie do Lei, która staje się jego wzorem kobiety idealnej, nie tylko ze względu na wygląd, wnętrze, ale także na erotyczne doznania. 

Ciąg dalszy na blogu

czwartek, 25 października 2012

"Bajki ze starego kufra", Hans Christian Andersen



Moje najwcześniejsze czytelnicze wspomnienia z dzieciństwa związane są z baśniami Andersena. Widzę grubą, pożółkłą książkę w dłoniach Babci, która przy okazji moich wizyt u niej zawsze wyjmowała, a potem czytała wybrane baśnie przed snem. Byłam wymagającą słuchaczką, jeśli jakaś baśń mi się spodobała, to prosiłam, aby ją czytać dwa czy trzy razy pod rząd, a po zgaszeniu światła jeszcze z dwa - trzy razy opowiadać. Ten magiczny świat, gdzie ożywały zwierzęta i rośliny, mówiły ludzkimi glosami, przeżywały niesamowite przygody, miał ogromny wpływ na moje dzieciństwo i rozwój wyobraźni. Bawiłam się odgrywając sceny z baśni, wcielając się w Syrenkę czy Calineczkę, rysowałam sceny z książki, projektowałam nowe ubrania dla moich ulubionych bohaterek. Wszystkie te baśnie zawierają jakich element strachu, ale nigdy nie było to powodem moich lęków. Już wtedy lubiłam się trochę bać i czekałam z drgającym sercem na najbardziej straszne, według małej mnie, momenty.
Niewiele zmieniło się przez lata. „Calineczka”, „Brzydkie kaczątko”, „Dzikie gęsi” , „Kwiaty małej Idy” czy „Mała Syrenka” dalej są moimi ulubionymi baśniami.

Ostatnio czytam baśnie Andersena mojemu Synkowi, często te dłuższe muszę skracać i opowiadać własnymi słowami, bo cierpliwości mu jeszcze nie starcza, aby wysłuchać je w całości. Widzę jednak ten błysk w oku i niecierpliwość, którą i ja miałam w jego wieku.

Prawie cztery lata temu robiłam przedświąteczne zakupy i kupiłam wtedy „Bajki ze starego kufra” z baśniami Andersena. Wszystkie zdjęcia pochodzą z tej właśnie książki. Wielka, ciężka, wydana na pięknym kredowym papierze, gdzie brzegi stron imitują starą książkę, z ilustracjami działającymi na wyobraźnię. Musiałam ją mieć. Wtedy również kupiłam „Baśnie polskie”, „Baśnie braci Grimm” oraz „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”. Według mnie książkowy niezbędnik każdego dziecka, bez którego ja nie wyobrażam dzieciństwa mojego Dziecka. Wiedziałam wtedy, że sporo czasu jeszcze upłynie, zanim moje Dziecko będzie gotowe, aby wysłuchać tych baśni. Nie mogłam jednak sobie wyobrazić lepszego prezentu dla mojego Dziecka. To był mój pierwszy prezent, a ja byłam wtedy w drugim miesiącu ciąży. 

niedziela, 26 sierpnia 2012

"Agnes Grey" Anne Brontë

"Obyś cudze dzieci uczył" chciałam zakrzyknąć nie raz podczas lektury "Agnes Grey" Anne Brontë. Wichry niepomyślnego losu zmusiły tytułową Agnes Grey do przyjęcia posady guwernantki w rodzinie Bloomfieldów, gdzie już podczas pierwszego dnia musiała przekonać sie, jak bardzo ciężkim kawałkiem chleba jest nauczanie. Rodzinę, która przyjęła ją pod swój dach nie można nazwać sympatyczną. Wiejąca chłodem pani Bloomfield, która stanowczością wykazuje się tylko względem młodej guwernantki. Ówczesny dorobkiewicz - pan Bloomfield, człowiek pozbawiony jakikolwiek dobrych manier, wymagający bezdyskusyjnego posłuszeństwa od wszystkich członków rodziny i samej Agnes. Dzieci z piekła rodem: panicz Tom - siedmioletni sadysta przekonany o swojej wyższości i nieomylności, które to cechy były troskliwie pielęgnowane przez rodzicow oraz wuja; Mary Ann - rozpuszczona pannica (nawet nie potrafię napisaćpanienka, bo jej zachowanie jest wiecej niż karygodne); panienka Fanny - nieumiejąca nic i niechcąca się niczego nauczyć. Szczerze mówiąc ja po pierwszym dniu w takim domu uciekłabym oknem przy pierwszej nadążającej się okazji, ale nie obowiązkowa Agnes Grey. 

Kontynuacja na moim blogu. Zapraszam.

sobota, 11 sierpnia 2012

Rozeznanie


Już  od dawna chodzi za mną myśl, że powinnam odnowić moją znajomość z klasyką. Z doświadczenia wiem, że najbardziej mobilizująco na mnie działajążnego rodzaju wyzwania. Mam plan, cel i ruszam do czytania. Zatem wyzwanie “Klasyka literatury popularnej” jest dla mnie idealne.


Do tej pory poznałam z listy:

Aesop- Bajki Ezopa
Andersen Hans - Baśnie
Baum Frank L. - Czarnoksiężnik z krainy Oz
Bronte Charlotta - Jane Eyre
Bronte Emily - Wichrowe Wzgórza
Burnett Frances Hodgson - Tajemniczy ogród
Carroll Lewis - Alicja w kranie czarów,
Cleland John - Pamiętniki Fanny Hill
Conan Doyle Sir Arthur- Pies Baskerwillów
Cooper James Fenimore - Ostatni Mohikanin
Defoe Daniel - Robinson Crusoe
Dickens Charles- Opowieść wigilijna, David Copperfield, Oliver Twist, Klub Pickwicka
Flaubert Gustave - Pani Bovary
Grimm Brothers - Baśnie braci Grimm
Hawthorne Nathaniel - Szkarłatna litera
Hugo Victor - Dzwonnik z Notre Dame
Kipling Rudyard - Księga dżungli, Kim
Lawrence D. H. - Kochanek Lady Chatterley
Leroux Gaston - Upiór w operze
London Jack - Biały kieł, Zew krwi
Melville Herman - Moby-Dick
Shakespeare William – Hamlet, Król Lear, Makbet, Sen nocy letniej, Otello, Romeo i Julia
Stevenson Robert Louis - Wyspa Skarbów
Swift Jonathan - Podróże Guliwera
Twain Mark - Przygody Hucka Finna, Przygody Tomka Sawyera, Książę i żebrak
Vatsyayana - Kamasutra
Verne Jules - W 80 dni dookoła świata, Podróż do wnętrza Ziemi, 20000 mil podwodnej żeglugi

Poza listą:

Elizabeth Gaskell – Północ i Południe
Steinbeck John - Myszy i ludzie
oraz sztandarowe pozycje z klasyki polskiej


Kolej na plany. Bardzo chciałabym w tym roku przeczytać chociaż jedną książkę z klasyki miesięcznie, a więc byłoby to 5 do końca roku.

W pierwszej kolejności coś z listy:

Bronte Anne - Agnes Grey, Lokatorka z Wildfell Hall
Bronte Charlotte - Vilette, Profesor
Eliot George - Miasteczko Middlemarch
James Henry - Portret Damy, W kleszczach lęku
Elizabeth Gaskell – Żony i córki

Poza  listą:
James Henry – O czym wiedziala Maisie, Skrzydła gołębicy, Złota czara
Charlotte Bronte – Shirley
Thomas Mann  Czarodziejska góra
Mark Twain – Pod gołym niebem, Życie na Missisipi
George Orwell - Brak tchu
John Steinbeck - Grona gniewu, Na wschód od Edenu

 W drugiej kolejności:

Alcott Louisa May - Małe kobietki
Austen Jane – Emma, Mansfield Park, Opactwo Northanger, Perswazje, Duma i uprzedzenie, Rozważna i romantyczna
Conan Doyle Sir Arthur - Przygody Sherlocka Holmesa
Conrad Joseph - Jądro ciemności
Dickens Charles – Samotnia
Dostoyevsky Fyodor - Zbrodnia i kara, Bracia Karamazow, Idiota
Eliot George - Młyn nad Flossą
Fitzgerald F. Scott - Wielki Gatsby
Jerome K. Jerome - Trzech panów w łódce, nie licząc psa, Trzej panowie na rowerach
Milton John - Raj utracony
Poe Edgar Allan - Opowieści niesamowite
Scott Sir Walter - Ivanhoe
Stoker Bram - Drakula
Wharton Edith - Wiek niewinności
Wilde Oscar - Portret Doriana Graya
Tomasz Mann- Buddenbrookowie