Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestniczka Minerwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestniczka Minerwa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 grudnia 2013

Witold Gombrowicz "Ferdydurke"

Coś dla miłośników absurdu i groteski. Wiele osób książki nienawidzi, ja byłam zachwycona. Zapraszam po szczegóły.

Czytaj opinię>>

Zofia Nałkowska "Granica"

Jak pewnie większość z Was pamięta, "Granica" jest powieścią psychologiczną. Autorka inspirowała się Freudem, który dla psychologii zrobił bardzo dużo, ale z obecnej perspektywy nie jest to oczywiście nic nowego. A powieść? Zapraszam serdecznie!

Czytaj opinię>>

Stefan Żeromski "Przedwiośnie"

Ten autor pojawia się w kanonie lektur szkolnych aż trzy razy, po razie na każdym poziomie edukacji. W związku z tym to moje trzecie niechciane spotkanie z tym autorem. I wiecie, nie żałuję.

Czytaj opinię>>

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Książka Myśliwskiego reprezentuje nurt chłopski w literaturze, a właściwie mówi o upadku tej kultury. Zapraszam serdecznie do lektury recenzji.

Czytaj recenzję>>

środa, 2 października 2013

Albert Camus "Obcy"

Autor - przez wielu kojarzony z Dżumą, jedną ze znienawidzonych lektur szkolnych - sam w sobie jest dziwny. Kojarzymy go z egzystencjalizmem, on sam się z tym nurtem nie identyfikował. Obcy przedstawia jednak idee tej filozofii. Pobudza do myślenia i do refleksji, często podobnych jak w przypadku Zbrodni i kary Dostojewskiego.

Bardzo serdecznie zapraszam tutaj do lektury opinii. :-)

wtorek, 20 sierpnia 2013

Joseph Conrad "Jądro ciemności"

Niektóre lektury szkolne są mądre i dają do myślenia, ale czyta się je wyjątkowo ciężko, nawet jeśli klasykę pochłania się kilogramami. Tak miałam z "Jądrem ciemności". Zwykle albo kocham książkę, albo jej nienawidzę, tu nie mogę się zdecydować.

Całość opinii przeczytacie tu, zapraszam serdecznie. :-)

piątek, 16 sierpnia 2013

Tomasz Mann "Buddenbrookowie"



Buddenbrookowie  to powieść, za którą Mann otrzymał Nagrodę Nobla. Jej podtytuł brzmi Dzieje upadku pewnej rodziny, więc w pewnym sensie od początku można się spodziewać zakończenia. Moje wydanie ma dwa tomy, w sumie 800 stron (a w przypadku klasyki to sporo), miałam też problemy z wygospodarowaniem czasu na czytanie, ale zdecydowanie było warto.

Muszę przyznać, że bardzo lubię sagi rodzinne. Śmieję się często, że to bardziej ambitny odpowiednik portali plotkarskich czy tego, czemu często oddajemy się z babcią; roztrząsania dziejów rodzinnych wszystkich sąsiadek. Zajęcie to każdemu kojarzy się bardzo źle, ale niestety wciąga. W powieści Manna znamy – mniej lub bardziej dokładnie – historię w sumie czterech czy nawet pięciu pokoleń. Wszystko jest napisane bardzo ładnym stylem, nic nie jest przegadane; w akcji są czasem kilkuletnie dziury, raz ona zwalnia, raz przyspiesza – dokładnie w tych momentach, kiedy powinna.

Podobał mi się realizm psychologiczny bohaterów. Miałam wrażenie, że o przeżyciach wewnętrznych niektórych z nich właściwie nie wiadomo wiele, ale i tak ich znam i rozumiem. W książkach takich jak ta każdy znajdzie swoją ulubioną postać, z którą będzie się w jakiś sposób identyfikował czy po prostu bardziej zainteresuje się jej losami.

Niektóre opisy były powalające. Nie mogą wyjść mi z głowy momenty, w których przedstawiciel najmłodszego pokolenia grał na fortepianie. Było to opisane tak, że cała gra miała wymiar delikatnie erotyczny. Tu też najbardziej było widać różnicę pokoleniową; ostatnie pokolenie było zdecydowanie bardziej zainteresowane sztuką. Ale czy to zgubiło Buddenbrooków? Oceńcie sami. Taką klasykę podwójnie warto czytać, bo nie męczy, a ciekawi.

Po więcej recenzji zapraszam bardzo serdecznie na http://minerwaproject.blogspot.com.

środa, 26 czerwca 2013

Stanisław Wyspiański "Wesele"

Zacznę od rzeczy oczywistej, która jednak w Weselu rzuciła mi się w oczy wyjątkowo wyraźnie: dramat to utwór przeznaczony do wystawiania na scenie. Planuję jakoś obejrzeć choć fragmenty interpretacji teatralnej, bo ambicji na reżyserkę spektakli nie mam, więc ciężko mi sobie wyobrazić, jak to wszystko dzieje się na jednym weselu. Sztuka skonstruowana jest tak (przynajmniej w większości), że jedna scena to rozmowa, najczęściej między dwiema osobami.

Wyspiański wywołał swoim dramatem skandal obyczajowy. Moje opracowanie twierdzi, że wielu gości weselnych znacząco różniło się zachowaniem czy charakterem od odpowiadających im osób dramatu. Cóż, artysta właściwie obsmarował większość gości. Sama nie wiem, jak bym się czuła, gdybym bawiła się na czyimś przyjęciu, a za parę miesięcy zostałabym (być może trochę karykaturalnie) przedstawiona w sztuce słynnego, szanowanego artysty. Z jednej strony to generuje zadzieranie nosa, gdyż ów artysta mnie zauważył, z drugiej chce się płakać, bo zauważył niezbyt pozytywne rzeczy. Ludzie niestety rzadko pamiętają o tym, że sztuka jest sztuką, a nie wiernym odbiciem rzeczywistości, zapominają o fikcji literackiej. Ciężko więc się dziwić, że inne interpretacje Wesela mogły być pomijane.

Osobiście mam trochę dosyć dramatów narodowych, ale ten bez wątpienia takim jest. Wątek ten wprowadzają głównie postaci fantastyczne, jak chochoł. Chochoły oczywiście istnieją, ale bez wątpienia nie mówią, chyba że po dużej dawce alkoholu. Ale w teatrze możliwe jest wszystko i jest po coś. Na tym weselu spotkały się dwa zupełnie różne środowiska; typowo chłopskie i artyści/inteligenci. Wyspiański w niektórych scenach pokazał wzajemne niezrozumienie tych grup, pokazał też konsekwencje tego niezrozumienia.

Język postaci ze środowiska chłopskiego jest stylizowany. Moja szalona wyobraźnia spłatała mi figla, a nawet Nac Mac Feegla, gdyż widziałam chłopów jako niebieskie ludki. Tu macham łapką do fanów Pratchetta, a fanów Wyspiańskiego przepraszam za płytkość mojej wyobraźni. ;-) Ach, i nie polecam wydania, którego okładkę wkleiłam do posta; nie wiem, na ile wartościowe jest wypracowanie, ale nie lubię książek z literówkami.

Serdecznie zapraszam na http://minerwaproject.blogspot.com

niedziela, 9 czerwca 2013

Fiodor Dostojewski "Zbrodnia i kara"



Długo myślałam, co zrobić z tą książką. Lubię Dostojewskiego i bardzo go szanuję, ale spodziewałam się, że Zbrodnia i kara przypadnie mi do gustu bardziej, niż stało się to faktycznie. Tymczasem okazało się, że Bracia Karamazow pozostają w moim prywatnym rankingu na pierwszym miejscu. Ale po kolei.

Wszyscy wiemy, o czym to jest. Świat Zbrodni i kary to świat, w którym nic nie jest do końca oczywiste; współczujemy komuś, kogo powinniśmy uznać za złego, a najbardziej pozytywną postacią staje się prostytutka. Sam morderca… zrobił o wiele więcej dobrych uczynków niż złych!

Autor bardzo głęboko zagłębia się w psychikę bohaterów, szczególnie głównego – Rodiona Raskolnikowa. Można zauważyć, że przestrzeń w książce jest silnie związana z tym, co dzieje się z bohaterami: miasto przypomina labirynt, jest ohydne i ponure. Ciężko powiedzieć, czy to miasto oddziałuje na psychikę, czy postrzeganie miasta jest zdeterminowane przez nastrój. Ale właśnie z powodu tego głębokiego wejścia w myśli i uczucia Raskolnikowa, Bracia Karamazow podobali mi się bardziej. Tam oczywiście również występowało to zjawisko, z tym że głównych bohaterów było czterech. Dostojewski wiedział o człowieku wszystko. Obserwowanie jednocześnie powiązanych ze sobą, ale różniących się postaci, wydało mi się ciekawsze.

U Dostojewskiego podobają mi się również postaci kobiece. W Zbrodni i karze najbardziej wyraziste były dla mnie trzy: wspomniana już wcześniej prostytutka Sonia, Marmieładowa oraz siostra Raskolnikowa – Dunia. Marmieładowa to silna, a nawet momentami okropna kobieta trzymająca męża pod pantoflem. To kolejna z postaci, o której nie wiadomo, co myśleć: z jednej strony bywa agresywna i nieprzyjemna, z drugiej potrafi być kochającą matką. Dunia z kolei to… rosyjska femme fatale. Ale tu z obawy, że ktoś jednak nie czytał tej lektury, nie powiem nic więcej.

W każdym razie Dostojewskiego czytać zdecydowanie warto. Świat, w którym nic nie jest czarno-białe i jednoznacznie, pozwala na myślenie, a osobiście uważam, że właśnie to czyni książki ciekawymi.

Zapraszam też bardzo, bardzo serdecznie na http://minerwaproject.blogspot.com.

czwartek, 30 maja 2013

Stefan Żeromski "Ludzie bezdomni"



Są takie książki, które pojawiają się w naszym życiu w niewłaściwym czasie; nawet niekoniecznie gdy jesteśmy za młodzi lub za starzy, czasem w danym dniu czy tygodniu możemy mieć po prostu ochotę na coś innego. Lektury szkolne mają dużą szansę na stanie się takimi książkami, gdyż obowiązują nas terminy. Nie lubię wypowiadać się negatywnie o wszelkiej klasyce, ponieważ boję się, że po prostu czegoś nie zrozumiałam, ale muszę być szczera.

Faktem obiektywnym jest, że opisy w tej powieści są bardzo malarskie, pełne szczegółów. Zwykle nie nudzą mnie takie rzeczy, ale tym razem było inaczej. Opisy wszelkich przeżyć wewnętrznych bohaterów wydawały mi się bardzo dziwne; były momenty, w których bohater (lub bohaterka) tak bardzo chciał panować nad sobą, że aż stawał się rozemocjonowany i egzaltowany. Największy miałam z tym problem w rozdziale pod tytułem Zwierzenia, który jest pamiętnikiem Joasi; ma dość specyficzne poglądy i często boi się myślenia własnych myśli.

Ludzie bezdomni opowiadają historię lekarza z misją. W dodatku niespełnionego lekarza – jego życie nie składa się z samych sukcesów. Musi on wybierać między swoją misją a miłością. A właściwie – moim być może zbyt śmiałym zdaniem – nie musi, ale i tak wybiera, co również mi się nie podobało i wydało się przesadzone. Cała książka jest momentami bardzo niewiarygodna; zaskoczyła mnie ograniczona przestrzeń. Akcja Ludzi bezdomnych dzieje się najpierw w Paryżu, potem w Warszawie, w Cisach, w podróży zagranicznej do Wiednia i wielu innych miejscach. Mimo to bohaterowie, którzy przypadkowo spotkali się w Paryżu, nagle – również przypadkowo – spotykają się w Cisach, a ich krewni z Warszawy i Cisów widzą się na trasie do Wiednia. A ja myślałam, że mam szczęście, spotykając znajomą w tramwaju.

Tak więc niestety na tej książce Żeromskiego się nie poznałam. Podobały mi się elementy symbolizmu pojawiające się głównie pod koniec, bo jest to coś, co można interpretować. Może kiedyś wrócę do tej lektury i spojrzę na nią inaczej, może umożliwi mi to omawianie lektury lub opinia kogoś z komentujących.

Zdjęcie okładki pochodzi z http://lubimyczytac.pl
Bardzo serdecznie zapraszam też na http://minerwaproject.blogspot.com.

środa, 22 maja 2013

Vladimir Nabokov "Lolita"



Wszyscy wiedzą, kto to jest Lolita. Książka budzi reakcje skrajne: na jednym krańcu osi stoją wszystkie odmiany oburzenia/obrzydzenia/zniesmaczenia, na drugim zachwyt na miarę pisania peanów. Nie rozumiem, dlaczego Lolitę postrzega się jak pornografię; najbardziej szczegółowo opisana scena erotyczna nie była opisem samego aktu, tylko przeżyć mężczyzny, z których dziewczynka, cóż, nie zdawała sobie sprawy, choć nieświadomie je wywołała. A to, że czterdziestoletni mężczyzna i dziewczynka… No właśnie.

Miałam szczęście być czytelnikiem zdystansowanym i nie odczuwać nienawiści tego dla wielu ohydnego, starego Humberta. Dla mnie najciekawsze było to, co się działo z jego psychiką. Odniosłam wrażenie, że zatrzymał się na swojej pierwszej miłości i jakby na wiele lat w pewnym sensie przestał się rozwijać: pierwsza miłość była w jego wieku, byli wtedy dziećmi. Potem szukał tylko małych dziewczynek. Co ciekawe, obchodził go głównie czas, to, żeby obiektem jego pożądania było dziecko, a właściwie specyficzny jego typ określony jako „nimfetka”. Pisał, że kocha Lolitę, ale nie dbał o jej szczęście, a przynajmniej nie na tyle, by zainteresować się tym, jak się czuje, czy zorientować się, że ją krzywdzi. Dopiero gdy odeszła, było widać jego uczucie.

O psychice Lolity nie dowiadujemy się wiele, dlatego miałam wrażenie, że łatwo się z nią utożsamiać. Jest na pewno czasem chamska, wredna, przypominająca femme fatale, kłamie. Ale dlaczego jej relacja z Humbertem jest właśnie taka, można zastanawiać się długo.

Poza tym książka Nabokova jest – moim zdaniem – przykładem sztuki. Jest bardzo ładnie napisana, podziwiam kunszt autora, dodatkowo trzeba czytać ją uważnie, by wyłapać różne drobiazgi czy nawiązania.

Jestem w stanie pojąć, że niektórzy nie potrafią znieść tej książki, ale jest na tyle bogata, że uważam, iż warto się nad nią zastanowić, zwłaszcza, że jest to tekst dość istotny do kultury; wiele razy spotkałam się z określeniem "lolitka" na pewien rodzaj dziewczynki. Ja na pewno jeszcze do niej wrócę.

Zdjęcie pochodzi z http://lubimyczytac.pl, a tym razem zupełnie coś innego, bo moje refleksje po tej książce na http://minerwaproject.blogspot.com.

wtorek, 14 maja 2013

Flaubert "Trzy baśnie"



Gdy jakiś czas temu przeczytałam Panią Bovary, już miałam przeczucie, że Flaubert stanie się jednym z moich ulubionych pisarzy. Przeczytałam Trzy baśnie (w innych przekładach Trzy opowieści) i jestem już tego pewna.

Zacznę od wydania. Pochodzi z 2009 roku i należy do serii „wielkich pisarzy w nowych przekładach”. W tym wypadku nowy przekład to przekład Jarosława Marka Rymkiewicza oraz Renaty Lis; z akcentem na Renatę Lis, gdyż od razu widać, że wkład pana Rymkiewicza był zdecydowanie mniejszy, choć świetny. Przełożył on jedno opowiadanie, które podobało mi się najbardziej; czułam się tak samo jak podczas lektury Pani Bovary. Flaubert słynął z tego, że pracował nad każdym jej zdaniem, przez co czytanie tej powieści jest naprawdę bardzo przyjemne, jeśli lubi się piękny język. Pierwsze z trzech opowiadań czyli Czyste serce również spełniło moje oczekiwania pod tym względem.

Wadą wydania są jednak przypisy. Tłumacze nie umieścili numerowanych odnośników w tekście, gdyż bali się, że będą przeszkadzały w lekturze, ale nie dość, że nie lubię książek z przypisami na końcu, to braku numerowanych odnośników zupełnie nie rozumiem; jak mam, na brodę Merlina, wiedzieć, że powinnam w tym momencie przeczytać przypis, jeśli nie jest to zaznaczone??

Tylko jedna z Trzech baśni od razu kojarzy się z definicyjną baśnią: ma elementy fantastyczne, antropomorfizuje przyrodę, a głównego bohatera spotyka rodzaj kary za to, że nie przestrzegał norm moralnych. Mówię tu o drugiej opowieści z cyklu czyli o Legendzie o świętym Julianie Szpitalniku. Ta baśń natychmiast skojarzyła mi się z historią Edypa, z tym że w średniowiecznej wersji. Pierwsza opowieść – Czyste serce – jak już wspomniałam, podobała mi się najbardziej. Chociaż zastanawiam się teraz: o czym właściwie to jest? Autor przedstawił nam smutną historię służącej, ale… Dlaczego smutną? Przecież jej nie bito, jej pani ją szanowała… A i tak współczujemy Felicite. Może dlatego, że nie miała nic swojego, później jedyną jej własnością była papuga, którą otoczyła kultem. Czyste serce to ta opowieść, w której wyraźnie widzę to, o czym pisali we wstępie Jarosław Marek Rymkiewicz i Renata Lis: jest jednocześnie skrajnie symboliczna i skrajnie realistyczna.

W Trzech baśniach podoba mi się ich różnorodność. Zupełnie różny jest czas i miejsce akcji (akcja Herodiady rozgrywa się w Palestynie za czasów Chrystusa), w drugiej opowieści pojawiają się wątki fantastyczne. Wszystkie mówią jednak coś o losie i tym, co tłumacze określają jako „widmowość istnienia”. Dla mnie nie jest to lektura optymistyczna, a skoro nie optymistyczna, to nie łatwa i nie lekka, choć niewątpliwie przyjemna. Mam wrażenie, że Flaubert jest trochę niedoceniany i naprawdę nie rozumiem, dlaczego.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim komentującym i zapraszam na http://minerwaproject.blogspot.com - tam trochę recenzji, trochę przemyśleń, jak również ta recenzja, choć dłuższa o akapit. ;-) Zdjęcie okładki pochodzi z http://lubimyczytac.pl.

niedziela, 12 maja 2013

Gustav Meyrink "Golem"



Gdy sięgałam po Golema, spodziewałam się bardzo silnego nawiązania do znanego mitu o wytworzonym czy też ulepionym „człowieku” powołanym do życia w sposób związany z jakimiś symbolami, który to „człowiek” ma służyć swemu twórcy, być może też – tradycyjnie – obrócić się przeciw niemu. Otóż nie. Golema w Golemie jest właściwie mało.

Cała książka napisana jest jak sen, czasem ciężko przez nią przebrnąć. Momentami miałam wrażenie, że czytam nieuważnie, bo łapałam się na niezrozumieniu, jakbym straciła ciągłość fabuły. Ale nie czytałam nieuważnie, po prostu ta książka jest psychodeliczna i ma wiele niejednoznacznych fragmentów, wyobrażeń, snów… Ciężko też mówić o wydarzeniach; w przypadku większości sytuacji nie wiadomo, czy w ogóle miały miejsce. Chwilami chciałam rzucić tę książkę w kąt. Ciężkie były również nawiązania do kabały, kultury żydowskiej; nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, niestety.

Golem na pewno spełnił moje oczekiwania jako powieść gotycka; spodziewałam się, że będzie miał niepokojący klimat tajemnicy. Może książka ma w sobie zbyt wiele na raz: klimat, wyobrażenia senne, wątki kobiece, tajemnica, trochę kryminał, kabała, symbole... Uważam, że najlepszą częścią tej powieści jest zaskakujące zakończenie, dlatego też nie żałuję, że wytrwałam do końca, co polecam każdemu, kto sięgnie po książkę Meyrinka.

Bardzo dziękuję osobom komentującym moje poprzednie recenzje. Zdjęcie okładki pochodzi z http://lubimyczytac.pl, zapraszam też serdecznie na http://minerwaproject.blogspot.com, gdzie znajduje się bardzo podobna recenzja, jak również inne wpisy nie tylko literackie.

piątek, 3 maja 2013

Maria Kuncewiczowa "Cudzoziemka"



Czas wydarzeń Cudzoziemki ma miejsce w ostatnim dniu życia Róży, kobiety niespełnionej, która czuła się wszędzie niedopasowana. Poznajemy też jednak w sposób niechronologiczny jej wcześniejsze życie. Taka narracja sprawiała, że czułam się, jakbym poznawała Różę w taki sam sposób, w jaki poznaję żywego człowieka. Dlatego też żałuję, że nie udało mi się przeczytać tej książki w ciągu jednego dnia; mogłabym lepiej zrozumieć główną bohaterkę, gdyż to tok jej wspomnień determinuje fabułę.



Główna bohaterka jest irytująca, ale budzi jednocześnie współczucie, jej postać jest bardzo ciekawie skonstruowana. Powieść Kuncewiczowej jest powieścią psychologiczną, w związku z czym dowiadujemy się wiele o stanach emocjonalnych Róży, jak również o wpływie bohaterki na innych. Wpływ ten jest naprawdę duży i – jak można się domyślić – niezbyt pozytywny. Jej rodzina zachowuje się jak zespół znerwicowanych ludzi, których życie kręci się wokół tytułowej cudzoziemki. Nawet jej przemiana (czy prawdziwa, można się zastanawiać) przeraża bliskich.



Lubię powieści psychologiczne, bo nie są jednoznaczne. Niekoniecznie polecam Cudzoziemkę na odpoczynek, gdyż jest niestety równie smutna jak Pani Bovary. Można długo zastanawiać się, czy Róża była po prostu egoistką, czy może skrzywdzoną przez życie kobietą, czy zmieniła się, czy jednak nie… Serdecznie zapraszam wszystkich do lektury; tej książce warto poświęcić chociaż jeden dzień i trochę pomyśleć.

Zapraszam też jeszcze serdeczniej na http://minerwaproject.blogspot.com
Zdjęcie okładki pochodzi z LubimyCzytać

piątek, 19 kwietnia 2013

"Lalka" Bolesław Prus



Gdy zaczęłam czytać Lalkę, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że coś mi tu nie pasuje. Owo „coś” nie było tym „cosiem” charakterystycznych dla lektur, które średnio lubię; czytanie pod presją czasu, z konieczności odbiera mi przyjemność.

Spodziewałam się nudnego, pozytywistycznego ględzenia, a w głównej postaci zobaczyłam romantyka. Spodziewałam się prostej kompozycji, a dostałam ciekawą strukturę narracyjną. A przede wszystkim spodziewałam się porządnego zakończenia; okazało się, że Prus nie powie mi wszystkiego.

Moim zdaniem największą zaletą Lalki jest jej wielowymiarowość. Większość ludzi znajdzie w niej coś dla siebie. Mnie najbardziej interesowały kwestie psychologiczne i okołomiłosne; bohaterowie Lalki pasują do koncepcji powieści realistycznej, ale jednocześnie mają bardzo interesujące cechy indywidualne. Rozdziały zatytułowane Pamiętnik starego subiekta niekiedy mnie nudziły, ale podobało mi się, że pokazywały wielość perspektyw; dzięki nim można zobaczyć, jak jeden z bohaterów powieści – Rzecki – odbiera rzeczywistość; dość często się myli.

W tej powieści jest sporo zdrowego rozsądku, dlatego też – według mnie – jej akcja w pewnym sensie rozczarowuje młodego, skłonnego do marzeń i idealizacji świata czytelnika.  Na pewno czytałoby mi się ją lepiej, gdybym była starszą, do bólu racjonalną kobietą. Nie zmienia to jednak faktu, że była to chyba pierwsza lektura szkolna, która wzbudziła moją ciekawość, w pewnym momencie chciałam zajrzeć na ostatnią stronę, żeby dowiedzieć się, za kogo ostatecznie wyjdzie Wokulski.

W każdym razie jeśli ktoś na podstawie czegoś, co słyszał o Lalce w szkole, nie czytał tej powieści, polecam mu nadrobienie zaległości. Nie trzeba być zainteresowanym obrazem epoki, by bez problemu znaleźć w tej powieści coś dla siebie, a sam akt lektury jest bardzo interesujący, gdyż pewne rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć.

Bardzo podobna recenzja na http://minerwaproject.blogspot.com, zdjęcie okładki pochodzi z http://lubimyczytać.pl.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Debiut

Dołączyłam i (w miarę) zgodnie z zasadami, które gdzieś tam są, witam się. :-)

Nie będę może spisywała całej listy przeczytanych lektur, zwłaszcza że od tego mam biblioteczkę na lubimyczytac.pl. W każdym razie z klasyką mam do czynienia właściwie na co dzień z racji środowiska szkolnego, a także planów na przyszłość. Uwielbiam czytać i wciąż uważam, że mam bardzo dużo zaległości do nadrobienia. Aktualnie czytam opowiadania Fitzgeralda oraz Zbrodnię i karę Dostojewskiego, w najbliższych planach dominują głównie lektury oraz powieści gotyckie.

Jak do tej pory opublikowałam w Internecie tylko jedną recenzję, ale mam nadzieję, że dam sobie radę i zachęcę choć kilka osób do przeczytania jakichś niedocenianych współcześnie autorów. :-) Osobiście jestem zakochana w Mickiewiczu oraz Stanisławie Ignacym Witkiewiczu, bardzo lubię teatr i dramat. Tak więc witam.