poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Thomas Hardy, Z dala od zgiełku.


 

Twórczość Thomasa Hardy’ego pokochałam od momentu przeczytania powieści Powrót na wrzosowisko. I tak już zostało. Z wielką więc przyjemnością przeczytałam Z dala od zgiełku, która została po raz pierwszy wydana w 1874 roku. Powieść ukazała nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia w tłumaczeniu Róży Czekańskiej-Heymanowej (pierwszy raz w Polsce wydana w jej tłumaczeniu książka została w 1957roku). 

Powieści Hardy’ego charakteryzują się tym, że czytelnik nie znajdzie tu zawrotnego tempa akcji, ale niespiesznie, dość cicho, acz powabnie opowiedzianą interesującą historię osadzoną gdzieś z dala od głośnego Londynu. Nie inaczej jest tym razem. Autor zaprasza nas na prowincję, angielską wieś, z pięknymi krajobrazami, spokojną, choć nie zawsze sielankową codziennością, z jaką borykają się jej mieszkańcy. Owe plastyczne opisy powstałe spod pióra Hardy’ego mogą wpływać na wyobraźnię czytelnika. Pisarz nie bał się także podejmować tematów, które uważano za trudne, o których publicznie nie rozmawiano w towarzystwie i które uchodziły za złamanie ówczesnych zasad i obowiązujących konwenansów. Z mocą charakteryzuje pozycję kobiety w ówczesnym świecie przeznaczonym głównie dla mężczyzn. Charakteryzuje także ówczesne społeczeństwo angielskiej wsi. 

W powieści Z dala od zgiełku poznajemy młodziutką Betsabe Everdene, która przyjeżdża zamieszkać u ciotki. Tu poznaje farmera Gabriela Oak, który proponuje jej małżeństwo. Betsaba odrzuca jednak Gabriela, a wkrótce po śmierci wuja dziedziczy jego majątek. Mimo wielu przeciwności postanawia sama pokierować zarządzaniem rozległą posiadłością. Niedługo potem Gabriel wskutek nie do końca przewidzianych wypadków losowych traci swój cały dobytek i staje się na powrót zwykłym pasterzem owiec. Poszukując pracy trafia do majątku Betsaby, a potem staje się jej podporą, doradcą i przyjacielem. To nie jest jednak jedyny wielbiciel przedsiębiorczej dziedziczki. Kolejnym jest starszy dżentelmen William Boldwood, majętny, acz niewzbudzający pożądania sąsiad. Jest jeszcze przystojny żołnierz Franciszek Troy, bawidamek, który cieszy się powodzeniem u kobiet. Każdy z nich reprezentuje inną warstwę społeczną, inaczej postrzega świat i stosunki międzyludzkie, inne wartości uznaje za priorytetowe w życiu. I którego wybierze serce Betsabe?
 
To oczywiście opowieść o miłosnych rozterkach i wyborach. Czytelnik znajdzie tu jednak przede wszystkim dziewiętnastowieczną codzienność, zajęcia, pracę, chwile związane z odpoczynkiem i jakże prostą, acz przynoszącą ukojenie rozrywkę. Autor pokazuje, że niedopowiedzenia w stosunkach międzyludzkich prowadzą niejednokrotnie do powzięcia fałszywych sądów, nieporozumień, animozji, pomyłek, dokonywania złych wyborów i komplikacji w życiu w postaci zawiedzionych nadziei i złamanych serc.

Wspaniałe tłumaczenie na język polski oddaje barwny język, styl i plastyczne opisy, które niewątpliwie urzekają czytelnika. W tym wszystkim można bowiem odnaleźć niezwykle szeroką gamę emocji. Niesamowita lektura.

*Ekranizacje powieści: 1967, 2015.
 



Thomas Hardy, Z dala od zgiełku, wydawnictwo Nasza Księgarnia, wydanie 2015, tłumacz: Róża Czekańska-Heymanowa, okładka miękka, stron 480.

Charles Dickens, Maleńka Dorrit.


 

Charles Dickens to jeden z najważniejszych pisarzy angielskich, należących do kanonu literatury światowej. Maleńka Dorrit publikowana w odcinkach w latach 1855-1857, w Polsce po raz pierwszy ukazała się dopiero w 1925 roku. Obecne wydanie, jednotomowe, ukazało się nakładem wydawnictwa mg, w subtelnej i klimatycznej oprawie graficznej. 

Wraz z przeczytaniem pierwszych stron przeniosłam się w świat dziewiętnastowiecznego, wiktoriańskiego, pełnego ciemnych zaułków Londynu. Właśnie po latach powrócił do rodzinnego domu prawie czterdziestoletni Arthur Clennam. Od lat przebywał z ojcem w Ameryce, gdy tymczasem jego matka nadal mieszkała w Anglii. Nie rozumiał, dlaczego rodzice wybrali życie w separacji, a to, co usłyszał od ojca przed jego śmiercią stanowiło następną zagadkę. Nawet schorowana, surowa matka, nie chciała wracać do dawnej historii. Tajemnica intryguje Artura, podobnie jak codzienna obecność w domu matki młodej szwaczki. To dwudziestotrzyletnia Amy Dorrit, która urodziła się i wychowała w więzieniu dla dłużników Marshalesa. To tam przed laty został zamknięty William Dorrit, a jego żona wraz z dziećmi Fanny i Edwardem wybrała życie za murami. Tylko William zwany z czasem Ojcem Marshalesa nie mógł opuszczać murów więzienia. Mimo to, po śmierci matki dzieci wychowywały się właściwie bez szkoły i z trudem zdobyły umiejętności, które pozwoliły im na zarobek. Amy czerpała dochód z szycia. 
 
Charles Dickens to jeden z najważniejszych pisarzy angielskich, należących do kanonu literatury światowej. Maleńka Dorrit publikowana w odcinkach w latach 1855-1857, w Polsce po raz pierwszy ukazała się dopiero w 1925 roku. Obecne wydanie, jednotomowe, ukazało się nakładem wydawnictwa mg, w subtelnej i klimatycznej oprawie graficznej. 

Wraz z przeczytaniem pierwszych stron przeniosłam się w świat dziewiętnastowiecznego, wiktoriańskiego, pełnego ciemnych zaułków Londynu. Właśnie po latach powrócił do rodzinnego domu prawie czterdziestoletni Arthur Clennam. Od lat przebywał z ojcem w Ameryce, gdy tymczasem jego matka nadal mieszkała w Anglii. Nie rozumiał, dlaczego rodzice wybrali życie w separacji, a to, co usłyszał od ojca przed jego śmiercią stanowiło następną zagadkę. Nawet schorowana, surowa matka, nie chciała wracać do dawnej historii. Tajemnica intryguje Artura, podobnie jak codzienna obecność w domu matki młodej szwaczki. To dwudziestotrzyletnia Amy Dorrit, która urodziła się i wychowała w więzieniu dla dłużników Marshalesa. To tam przed laty został zamknięty William Dorrit, a jego żona wraz z dziećmi Fanny i Edwardem wybrała życie za murami. Tylko William zwany z czasem Ojcem Marshalesa nie mógł opuszczać murów więzienia. Mimo to, po śmierci matki dzieci wychowywały się właściwie bez szkoły i z trudem zdobyły umiejętności, które pozwoliły im na zarobek. Amy czerpała dochód z szycia. 
  
To powieść, w której znaleźć można mroczne tajemnice, zbrodnie, rodzinną traumę, zawiłe związki i uliczny brud. Więzieniem jest nie tylko Marshalesa, ale również izolacja w domu pani Clennam. W tym wszystkim kryje się moralizatorski wydźwięk związany z posiadaniem pieniędzy. Z drugiej strony można też zauważyć kilka rodzajów zniewolenia. Głębszą analizę powieści pozostawiam jednak literaturoznawcom. Obecna wersja nie jest wersją pełną (patrz wyd. Czytelnik).
 


Charles Dickens, Maleńka Dorrit, wydawnictwo MG, wydanie 2016, tytuł oryginalny: Little Dorrit, przełożyła Cecylia Niewiadomska, oprawa twarda, stron 286.


Polskie przekłady (opracowane na podstawie bazy danych Biblioteki Narodowej i Nukat) stan na 25 maj 2016 r.  :
  • 1925Mała Dorrit: z 16 ilustracjami, opracowanie dla młodzieży Zofia Popławska, wydawnictwo J. Przeworski, s. 422, 16 k.tabl.,il.
  • 1928 - Mała Dorrit, T. 1-2 (s.343), T. 3-4 (s.333), T. 5-6 (s.325), T. 7-8 (s.302), [dwa tomy w jednym woluminie]; przekład Zofji i Wiktora Popławskich, słowo wstępne Andrzej Tretiak; Wydawnictwo Gutenberga. (prawdopodobnie wydanie ponowne w 1930)
  • 1935- Mała Dorrit, opracowanie dla młodzieży Zofia Popławska, Warszawa : J. Przeworski, 1935 (Warszawa : "Grafia"), s. 422, 16 k.tabl., il.
  • 1947 - Mała Dorrit, w opracowaniu dla młodzieży Wandy Olszewskiej ; il. Maria Mackiewiczówna; Łódź : Łódzki Instytut Wydawniczy, s. 338, il.

  • 1949 - Mała Dorrit, opracowanie dla młodzieży Zofia Popławska, z ilustracjami,  484 s. wydawnictwo J. Przeworskiego;
  • 1958 - Mała Dorrit, T.1. Ubóstwo, Czytelnik 1958, tł. Wacława Komarnicka, [il. Phiz], 572 s.                           - Mała Dorrit, T. 2. Bogactwo; Czytelnik 1958, tł. Wacława Komarnicka, [il. Phiz], 497 s.;
  • 1983 - Mała Dorrit, T.1. Ubóstwo, Czytelnik 1983, wydanie 2, tł. Wacława Komarnicka, 501 s.                    - Mała Dorrit, T.2. Bogactwo, Czytelnik 1983, wydanie 2, tł. Wacława Komarnicka, 444 s.;
  • 1993 - Maleńka Dorrit, Siedmioród, 1993, oprac Cecylia Niewiadomska [oprac. Danuta Sadkowska na podstawie wyd. Książnicy-Atlas, Lwów-Warszawa], s. 189.

niedziela, 4 kwietnia 2021

Mary Elizabeth Braddon, Tajemnica Lady Audley.


 

Mary Elizabeth Braddon[1] (1835-1915) to jedna z najbardziej znanych dziewiętnastowiecznych wiktoriańskich powieściopisarek. Napisała ponad 90 powieści, 150 nowel, nie licząc pomniejszych artykułów. W powieściach łączyła ze sobą wątki gotyckie, miłosne oraz ukazywała ówczesny obraz społeczeństwa. Jej matka Fanny rozwiodła się z ojcem Henrym w roku 1840, kiedy Mary miała zaledwie pięć lat. W jednym a artykułów odnalazłam, że ojciec Mary, swoją droga adwokat, był typem mężczyzny, który uganiał się za spódniczkami, był hazardzistą i zbyt często zaglądał do kieliszka[2]. Miała starszą siostrę Maggie i brata Edwarda (1829-1904) (wyjechał do Indii, a następnie do Australii, gdzie w latach 1894-1899 był Premierem Tasmanii). Fanny wychowywała więc dzieci, będąc samotną matką w wiktoriańskiej Anglii. Mary uczęszczała do kilku szkół a zaczęła pisać już od najmłodszych lat. Mając 17 lat przeprowadziła się do Bath, gdzie rozpoczęła karierę aktorską. Jej syn, W.B. Maxwell, wspomina, że miało to pozwolić jej na utrzymanie niezależności. Mogła też wesprzeć finansowo matkę. Kariera aktorska Mary trwała około 8 lat począwszy od 1852 roku. Wybór drogi zarobku nie spotkał się jednak z aprobatą rodziny. Wobec tego zmuszona była używać scenicznego pseudonimu jako Maria Seyton. Wówczas też była narażona na niebezpieczeństwa mające podtekst seksualny ze strony mężczyzn. Zwiedziła prowincje, podróżowała po Southampton, Winchester, a w 1855 była również w Szkocji. Grała z powodzeniem w komediach, farsach, burleskach, pantomimach i inscenizacjach sztuki Shakespeare’a. W 1856 roku przeprowadziła się do Surrey, ale występy w Londynie nie spotkały się w recenzjach z aprobatą. Wobec tego wróciła ponownie do grania na prowincji. W 1857 roku przeprowadziła się do Brighton.
 
  Tempo jej kariery aktorskiej jednak wyraźnie słabnie. Zaczęła, więc skupiać się przede wszystkim na pisaniu. Jej literackimi mentorami zostali tajemniczy John Gilby[3], który próbował kontrolować jej życie i pisarz Edward Bulwer Lytton (1803-1873). To im wysyłała swoje prace. Pierwsza wydana powieść nie była finansowym sukcesem Mary, ale zaryzykowała i przeprowadziła się do Londynu. Przyjęła też pseudonim literacki M.E.Braddon, który jednoznacznie nie wskazywał, czy jest kobietą czy mężczyzną. W 1860 roku zaczęła ukazywać się w odcinkach w gazecie Johna Maxwella powieść Tajemnice Lady Audley. Gdy jednak gazeta upadla, Braddon porzuciła też pisanie tej książki i zaczęła kolejną powieść Aurora Floyd. Została jednak nakłoniona, aby dalej pisać Tajemnice Lady Audley, a jej odcinki zaczęły ukazywać się w innym czasopiśmie należącym również do Maxwella. 

Jeżeli chodzi o jej życie prywatne to po spotkaniu Johna Maxwella (1824 -1895) w kwietniu 1860 roku, uwolniła się od Johna Gilby’ego. Wprowadziła się do Maxwella w 1861 roku stając się zastępczą matką dla jego pięciorga dzieci. Żona Maxwella, Marry Ann Crowley, żyła jednak i była rezydentką zakładu dla umysłowo chorych w Irlandii. Marry Elizabeth Braddon miała z Maxwellem sześcioro dzieci: Geralda, Fanny, Francis’a (zmarł w wieku trzech lat), Williama Babington, Winifred Rosalie (Rosie) i Edwarda Henry’ego Harringtona (Ted). Żyli oczywiście bez ślubu, choć Maxwell próbował tuszować ów problem ogłaszając w gazetach w 1864 roku, że są małżeństwem. Prawdziwa żona Maxwella jeszcze jednak żyła. Zmarła dopiero 5 września 1874 roku, wówczas Maxwell publicznie ujawnił (znalazłam tez informację, że uczynił to raczej jego szwagier), że związek z Braddon nie był usankcjonowany prawnie. 2 października 1874 roku Braddon i Maxwell pobrali się. Potem przeprowadzili się z Lichfield House na rok do Chelsea, aby ucichły plotki. Mary Elizabeth Braddon zmarła w lutym 1915 roku. 

Najbardziej znaną jej powieścią jest Tajemnica Lady Audley (1862), która wydana została gdy Braddon miała zaledwie 27 lat. Aby zrozumieć fabułę powieści należało też poznać biogram samej autorki. 

W 1857 roku do Audley przybywa młodziutka i piękna, acz dziecinna Lucy Graham. Zostaje zatrudniona jako guwernantka u doktora pana Dawsona. Wiadomo jedynie było o niej, że niegdyś była nauczycielką w szkole w Brompton u pani Vincent. Wkrótce zakochuje się w niej właściciel Audley Court, pięćdziesięciosześcioletni baronet sir Michael Audley, który jest bogatym i utytułowanym wdowcem. Lucy poślubia sir Michaela nie kryjąc wcale przed nim, że czyni to ze względu na jego majątek. Baronet od siedemnastu lat samotnie wychowywał córkę, obecnie osiemnastoletnią, Alicię Audley. Ta w ogóle nie była zadowolona z nowej macochy, o czym skrzętnie listownie donosiła swojemu kuzynowi, dwudziestosiedmioletniemu beztroskiemu i leniwemu adwokatowi Robertowi Audley’owi. Cóż zrobić, że Alicia miała do niego słabość. 

Lady Audley miała dwadzieścia dwa lata, a w oczach mieszkańców wioski odbierana była jako osoba urocza, dobra, pełna wdzięku. Wszyscy ją podziwiali, kochali i chwalili. Obdarzona była magiczną mocą fascynacji, mogła oczarować rozmówcę słowem i odurzyć uśmiechem. Zachowanie miała dziecinne, zmienne i kapryśne. Jej humory dawały się o sobie znać wówczas, gdy do posiadłości  miał przybyć bratanek sir Michaela, Robert Audley wraz ze swoim przyjacielem George’em Talboys’em. Robert spotkał dawnego przyjaciela w tym samym 1857 roku wkrótce po jego powrocie z Australii. George opowiedział mu swoją historię: ślubu z Helen, odtrąceniu przez ojca, braku pieniędzy i pracy, narodzeniu syna, panu Maldonie, który był pijaczyną oraz o porzuceniu żony i synka celem udania się do Australii. Tam przebywał prawie 3,5 roku, znalazł złoto, dorobił się majątku i teraz chciał odszukać swoich bliskich. Los dla dwudziestopięcioletniego George’a okazał się jednak okrutny. Robert jest świadkiem tego jak w ogłoszeniach zamieszczonych w Timesie przyjaciel odnalazł zawiadomienie o śmierci żony. Wraz z nim odwiedza ostatnie miejsce zamieszkania jego rodziny. George poznaje swojego syna Georgeya oraz historię choroby Helen od pana Maldona. Przygnębiony ustanawia opiekunem prawnym syna i kontrolę nad jego pieniędzmi Roberta Audley’a. Ten nie chce opuszczać przyjaciela w takim stanie, rezygnuje z sezonu polowań w Audley Court i zabiera zrozpaczonego George’a do Rosji. 

Po roku Robert zaprasza przyjaciela do Audley Court. Ku jego zdziwieniu nie zostają przyjęci na zamku, a lady Audley unika spotkań. Podczas nieobecności gospodarzy przyjmuje ich jednak Alicia i pozwala nawet zobaczyć niedokończony portret milady, który wyraźnie wstrząsnął Georgem. Kolejnego dnia 7 września 1858 roku, George Talboys znika. Robert rozpoczyna poszukiwania, zbiera informacje, sukcesywnie dochodzi do prawdy, a notatki, jakie powstają podczas jego analiz dowodów, zaczynają go przerażać. Wszelkie poszlaki prowadzą go do tylko jednej osoby. Mijają dni, tygodnie i miesiące. Robert podąża śladem George’a, odwiedza jego rodzinę, dostaje nakaz od jego siostry Clary, aby nadal prowadził śledztwo, bywa w miejscach związanych z Helen Talboys, poznaje jej przeszłość, analizuje pozostawione ślady, zatartą tożsamość.  Jest pewien, wie, zna prawdę. Teraz już dla Clary nie ustępuje w swoich poszukiwaniach.

 Tajemnica Lady Audley to wiktoriańska powieść opowiadająca o niepokojach targanych społeczeństwem angielskim. Dom powinien być schronieniem przed niebezpieczeństwami zewnętrznego świata, ale w powieści pozornie idealna pani okazuje się kobietą zdolną popełnić przestępstwo, porzucić dziecko, popełnić bigamię, dokonać zamachu na ludzkie życie. Miasto pozwala lady Audley w zmianie tożsamości, ułatwia jej wtopić się w ludzką masę, zacząć udawać kogoś innego i zapomnieć o przeszłości. W mieście ludzie są anonimowi w odróżnieniu od małej miejscowości położonej gdzieś na prowincji, gdzie wszyscy się znają. Mieszkańcy Audley akceptują Lucy Graham dzięki jej fascynującemu stylowi bycia. Łatwo jest też im przyjąć do wiadomości jej awans społeczny. Lady Audley z kolei szybko dostosowuje się do nowych warunków, a mimo to w pewien sposób zależna jest ciągle od tych, którzy pochodzą z niższej klasy. Autorka podkreśla szaleństwo lady Audley, tyle, że dziś feministki powiedziałyby, że kobieta po prostu przejęła kontrolę nad własnym życiem, dokonała wyboru, nie godziła się na egzystencję w ubóstwie nawet kosztem dziecka. 
 
 
Odnalazłam informację (gdy zakładałam na powrót obwolutę na książkę, zauważyłam, że widnieje ona również na jednym z jej skrzydełek), że Mary Elizabeth Braddon odzwierciedliła w powieści prawdziwe wydarzenia z życia Constance Emily Kent[4] (1844-1944), która przyznała się do dzieciobójstwa. Pierwszy odcinek powieści Tajemnica Lady Audley ukazał się w rok po tych wydarzeniach. Pewnej nocy z 29 na 30 czerwca 1860 roku, prawie czteroletni Francis Saville Kent zniknął z domu we wsi Road. Jego ciało znaleziono w sklepieniu przybudówki (wygódki). Dziecko wciąż ubrane było w męską koszulę nocną i owinięte w koc. Ciało miało rany kute zadane nożem w klatkę piersiową oraz podcięte gardło. Na początku lokalna policja aresztowała opiekunkę do dziecka Elizabeth Gough. Jednak po zniknięciu zakrwawionej koszuli ukrytej w kominie sprawa została przekazana wyżej. Podejrzenia komisarza Scotland Yardu, Jacka Whichera (1814-1881)[5] przeniesione zostały na szesnastoletnią siostrę przyrodnią chłopca, Constance, która nie mogła wyjaśnić braku swojej koszuli nocnej. Została aresztowana 16 lipca, ale wkrótce zwolniona za kaucją i uniknęła procesu z braku dowodów. Koszula nigdy nie została odnaleziona, prasa wspierała Constance, a Whicher uważał śledztwo za swoją porażkę. Po tym jak śledztwo upadło rodzina wyprowadziła się do Werxham, a Constance została wysłana do szkoły we Francji. Proces o morderstwo miał się rozpocząć dopiero w 1865 roku, kiedy to Constance w złożonym oświadczeniu przyznała się do winy. Kara śmierci dla Constance ze względu na jej młody wiek i przyznanie się do popełnionej zbrodni, została zamieniona na karę dożywotniego więzienia. Została zwolniona w 1885 roku w wieku 41 lat. W 1886 roku wyemigrowała do Australii, zmieniła imię i nazwisko na Ruth Emilie Kaye i pracowała jako pielęgniarka.

Powieść tak jak omawiany wyżej przypadek, dotyczy macochy i dawnej guwernantki, która poślubiła pana, tajemniczej i bestialskiej zbrodni na terenie posiadłości, szaleństwa młodej dziewczyny. Pewne więc elementy zostały przemycone. Podobnie zresztą potem zrobili to: Wilkie Collins w The Moonstone [Kamień księżycowy] (1868) oraz Charles Dickens w The Mystery of Edwin Drood [Tajemnica Edwina Drooda] (1870). Jeśli porównamy również życie Mary Elizabeth Braddon, z tym co zostało ujęte w powieści, to również zauważymy pewne podobieństwa. Przemyciła sporo ze swojego życia osobistego i opisała zapewne wewnętrzne, targane nią emocje. 

Tajemnica Lady Audley to powieść o nikczemności, zbrodni, namiętnościach. To przede wszystkim powieść napisana w połowie XIX wieku, czyli innymi słowy oddaje ówczesny klimat i tło społeczno - obyczajowe. Ówcześni krytycy byli zdania, że tematy poruszone w powieści: bigamia, nielegalność, morderstwo, szaleństwo są patologiczne, o których się dotąd nie mówiło w towarzystwie i stąd wywołały szeroką dyskusję. Opis Audley Court fascynuje, a styl autorki jest wzniosły, momentami patetyczny, ostrzegający i pełen grozy. Właściwie w ogóle się nie dziwię, że po opublikowaniu w 1862 roku powieść cieszyła się wielką popularnością. Jest świetnie napisana, sugestywna i plastyczna. Czytana nocą wywiera szczególne wrażenie zwłaszcza na czytelniku o rozwiniętej wyobraźni. Ogromnie cieszę się, że wydawane są obecnie takie perełki. Dla wielbicieli filmów donoszę, że współczesna ekranizacja powieści Tajemnica Lady Audley pochodzi z 2000 roku (były jeszcze z 1912 i 1915 roku). Z pewnością jednak warto poznać najpierw powieść.





Mary Elizabeth Braddon, Tajemnica Lady Audley, wydawnictwo Zysk i S-ka, wydanie 2016, tytuł oryginału: Lady Audley's Secret, tłumaczenie:Mira Czarnecka, oprawa twarda z obwolutą, stron 572.

John Galsworthy, Posiadacz.

 


Posiadacz to pierwszy tom trylogii zatytułowanej Saga rodu Forsyte’ów autorstwa Johna Galswothy’ego (1867-1933). Właściwie wszystkich członków tej szanowanej, bogatej rodziny mieszczańskiej poznajemy 15 czerwca 1886 roku podczas przyjęcia u starego Jolyona Forsyte’a na Stanhope Gate. Byłoby to zapewne jedno z wielu przyjęć rodzinnych, gdyby nie to, że stary Jolyon nie urządzał żadnego od śmierci swojej żony, czyli od ponad 12 lat, oraz że przyczyna jego przygotowania tkwiła w uczczeniu zaręczyn jego niespełna dziewiętnastoletniej wnuczki June i młodego Filipa Bosinney’a.

Forsyte’ów cechowała sztywna wyniosłość, pewność siebie, dostojeństwo i wzgardliwość zachowania. Woleli nie pamiętać, że ojciec starszego pokolenia Forsyte’ów, Jolyon, pochodził z rodziny farmerskiej (jego ojciec również Jolyon był farmerem) i przybył z Dorsetshire w początku XIX wieku. Z zawodu był murarzem i wiadomo było, że gustował w maderze. Dziesięciorgu dzieciom pozostawił do podziału 30 tysięcy funtów. Obecnie w męskiej linii najstarszym Forsyte’em był stary Jolyon mający 80 lat, toteż on był głową rodu. Jego rodzeństwo to: liczący po 75 lat bliźniacy Swithin (grubszy) i James (chudszy), mający około 70 lat Mikołaj, Roger (miał czterech synów), Tymoteusz (najmłodszy) oraz ciotki Anna (najstarsza z rodzeństwa – miała 86 lat), Estera i Jula. Tymoteusz, tak jak i Swithin, był starym kawalerem i jedynym z Forsyte’ów nieobecnym na zaplanowanym przyjęciu. Cechowała go zbytnia ostrożność i dbałość o  swoje zdrowie. Mieszkał w domu przy Bayswater Road, mając pod swoja opieką siostry: stare panny - Annę i Esterę oraz wdowę po Septymusie Smallu, Julę (skrót od Julii). Jedyną siostrą Foryste’ów jeszcze zamężną była pani Hayman. Jeden z bliźniaków, James, miał syna Soamesa, który ożenił się z piękną, acz nieposiadająca posagu Ireną. Córką Jamesa, a żoną Dartiego była Winifreda. Jerzy był z kolei synem Rogera. Wśród młodszego pokolenia należy wymienić jeszcze Archibalda, Mikołaja i Eustachego. Stary Jolyon, też ma syna, ojca June –młodego Jolyona, ale od lat nie utrzymywał z nim kontaktów, kiedy ten opuścił żonę i dziecko, aby uciec z guwernantką córki. Kiedy 6 lat temu zmarła matka June, miał się ożenić z wybranką i nawet miał z nią już dwoje dzieci. 

Trzeba sobie uświadomić, że wszyscy Forsyte’owie pochodzący ze starszego pokolenia zajmowali wysokie stanowiska w rozmaitych przedsiębiorstwach. Tylko Tymoteusz lokował pieniądze w konsolach. Kolekcjonowali obrazy, wspierali instytucje dobroczynne, a jako członkowie kościoła anglikańskiego opłacali ławki w kościele. Ich rezydencje były rozmieszczone dookoła Hyde Parku: stary Jolyon mieszkał na Stanhope Place, Jamesowie na Park Lane, Swithin na Hyde Park Mansions, Soamesowie na Knightsbridge, Rogerowie w Prince’s Gardens, Haymanowie na Camden Hill, Mikołaj w Ladbroke Grove, Tymoteusz (wraz z siostrami) przy wspomnianym już Bayswater Road. Jedynie Soames zapowiedział na przyjęciu, że być może kupi nowy dom. 
 
 Tak wyglądała rodzina Forsyte’ów. Mimo, że nie byli względem siebie zbyt uczciwi, to troszczyli się o bliskich w ramach pokrewieństwa. Toteż już na przyjęciu wietrzyli niebezpieczeństwo, jakie może wyniknąć z zaręczyn June z Filipem. Dziewczyna poznała narzeczonego w domu Bayensów (Bayens i Bildeboy to spółka architektów), wuja Bosinney’a ze strony matki. Filip był młodym architektem, postrzeleńcem i w dodatku nie posiadał pieniędzy. Stary Jolyon oczywiście postawił warunek, że młodzi nie pobiorą się dopóki Bosinney nie będzie zarabiał, co najmniej 400 funtów rocznie. Szansę dla Fila, June upatrywała w budowie nowego domu Soamesa w Robin Hill.  Soames zdecydował się na kupno ziemi i rzeczywiście powierzył budowę domu Filipowi. Ten coraz częściej przebywał w rezydencji na Knightsbridge, spotykał żonę Soamesa – Irenę i coraz bardziej ulegał jej wdziękom. Irena Heron, córka profesora, poślubiła Soamesa bez miłości, w drodze jego wielokrotnego ponawiania propozycji małżeństwa i z obietnicą, że zwróci jej wolność, jeżeli okaże się, że małżeństwo nie będzie szczęśliwie. Tyle tylko, że Soames nie chciał w ogóle pamiętać obecnie o swoim przyrzeczeniu. Mijały miesiące. 27 września 1887 roku zmarła ciotka Anna, budowa postępowała, ale w kwietniu 1888 roku przekroczono ponownie wydatki, z czego nie był zadowolony Soames. Z kolei fascynacja Filipa Bosinney’a osobą Ireny niepomiernie wzrosła, a całym Londynie huczało od skandalizujących plotek. Nikt nie widział w tym żadnego sensu, bo ani Irena, ani Filip nie posiadali przecież żadnych pieniędzy. Biedna June, nie wiedziała czy jest zaręczona, czy już nie, ale nie zamierzała żebrać o miłość. Z kolei jej dziadek po 15 latach nawiązał kontakt z synem, młodym Jolyonem i poznał swoje wnuczęta: chłopczyka Jolly i dziewczynkę Holly. 


To oczywiście historia June, Filipa, Ireny i Soamesa jest główną kanwą pierwszego tomu Sagi rodu Forsyte’ów. Soames to posiadacz na wielką skalę, który chce osiąść w siedzibie wiejskiej i odseparować od wszystkich żonę. Ma niemal obsesję na jej punkcie. Nie może też zrozumieć, dlaczego Irena zachowuje się tak, a nie inaczej.  Jest chciwy zarówno na pieniądze, jak i miłość. Nie pragnie dobra swojej żony, jest egoistą, w dodatku bezdusznym. Nie lubimy Soamesa, ale jednak go rozumiemy. Irena jednak pozostaje do końca zagadką, bo nie wiedzieć, czemu zdecydowała się na małżeństwo z Soamesem. Jest eteryczna, niemal idealna, w dodatku piękna. Jest też ofiarą, ale przecież dokonała wyboru. Filip i Irena nie mają szans w ówczesnych panujących warunkach na poczynienie desperackich kroków, które miałyby sens zarówno w oczach społeczeństwa jak i nie wpłynęłyby na ich życie. Młody Jolyon już coś o tym wie. 

Posiadacz jest krytyką wymierzoną w średnie mieszczaństwo i niektóre wartości epoki wiktoriańskiej. Kobieta zawsze była tą winną, nie miała praw, nie mogła decydować i podlegała mężowi. John Galsworthy wspaniale odmalował charaktery poszczególnych postaci, subtelnie wtrącił humor i ironię, pokazał burzę namiętności, pasji i różne odcienie miłości. Styl autora jest niemal liryczny i można się w nim niewątpliwie zatracić. To wspaniała książka, którą pochłonęłam. Warto jeszcze nadmienić, że John Galsworthy w 1932 roku otrzymał Nagrodę Nobla za „wielką sztukę prozatorską której szczytem jest „Saga rodu Forsyte’ów”. 

O klasyce można pisać, ale nie oceniać miarą naszej współczesności. Z niecierpliwością będę więc wyczekiwać kolejnych części w nowym wydaniu. Brakowało mi tylko drzewa genealogicznego Forsyte'ów, ale od czego jest internet?



John Galsworthy, Posiadacz, wydawnictwo MG, wydanie 2016, tytuł oryginału: The man of property, przełożyła Róża Centnerszwerowa, seria: Saga rodu Forsyte'ów (tom 1) [The Forsyte Saga], oprawa twarda, stron 400.


 Saga rodu Forsyte'ów (The Forsyte Saga)
  • Posiadacz (The Man of Property, 1906)
  • W matni (In Chancery, 1920)
  • Do wynajęcia (To Let, 1921)

Edith Wharton, Lśnienie księżyca.


 

Lśnienie księżyca (The Glimpses of the Moon) Edith Wharton to bardzo dobry romans wydany w 1922 roku. Nick i Susy należą do amerykańskiego społeczeństwa lat 20. XX wieku klasy wyższej, choć ich rodziny straciły swoje fortuny. Niestety są oboje bezrobotni i w dodatku nie posiadają żadnych oszczędności, ani źródeł wsparcia finansowego. Miejsce utrzymują dzięki patronatowi i zamożnym przyjaciołom. Jedynym sposobem na podwyższenie materialnego statusu i niezależność Susy i Nicka byłaby możliwość poślubienia kogoś bogatego. Miłość jednak nie wybiera. Kiedy ich drogi krzyżują się i następuje wzajemne przyciąganie, para decyduje się na popełnienie szaleństwa i postanawia zawrzeć związek małżeński. W najbliższym roku korzystając ze statusu nowożeńców będą korzystać z hojności bogatych i korzystać z ich gościnności. Innymi słowy będą pasożytami sfery wyższej. 
 
Susy Branch i Nick Lancing opracowują jednak plan. Gdy jedno z nich pozna kogoś zamożnego, drugie nie stanie na drodze do wykorzystania „okazji”. Pierwsze tygodnie małżeństwa rzeczywiście są pełne ekscytacji i wspaniałych podroży. Tyle tylko, że co kiedyś Nickowi wydawało się zabawne, obecnie stało się irytujące tak jak sytuacja Nelsona Vanderlyna. Lancing przestaje akceptować pewne sytuacje w gronie znajomych, a otrzymane prezenty zaczyna dostrzegać jak swego rodzaju łapówkę. Gdy Susy nieopatrznie zaplatała się w brudne sprawy Ellie, dochodzi między małżonkami do nieuniknionej kłótni. Nick i Susy postanawiają się rozstać i pozwolić sobie na znalezienie ewentualnego bogatego małżonka. Obydwoje myślą o sobie, ale jednocześnie docierają do nich plotki o poczynaniach i adoratorach drugiej osoby i tak rodzą się nieporozumienia. Co jednak jest ważniejsze od miłości: tytuły, klejnoty, blichtr, luksus czy pieniądze? Czy dobrobyt może zastąpić prawdziwą miłość? Bohaterowie książki sami muszą odkryć wartości życia i sprostać pokusom, na jakie się zdecydowali.
 
Powieść nasycona jest emocjami. Autorka jasno podkreśla, że w związkach ważna jest komunikacja i chęć podjęcia wysiłku w rozwiązywanie zaistniałych konfliktów. Nick i Susy starają się nie angażować w związek do końca. Brak wypracowania kompromisów i odwagi potrafi prowadzić do utraty tej drugiej osoby i zapomnienia o tym, co jest w życiu ważne: miłość, zaufanie, bliskość. 

Sposób łączenia romantyzmu z realizmem jest w powieści fascynujący. Można zaobserwować, że Edith Wharton nie była mile usposobiona do ludzi zamożnych, ganiła też płytkość, banalność i zdradę. Mimo upływu lat, książka stanowi mądrą kwintesencję rozważań tego, na czym powinien opierać się związek kochających się ludzi.



Edith Wharton, Lśnienie księżyca, wydawnictwo MG, wydanie 2017, tytuł oryg.:  The Glimpses of the Moon, tłumaczenie Karolina Rybicka, okładka twarda, stron 286.

niedziela, 21 marca 2021

Dżuma Albert Camus rzecz o zarazie w czasach zarazy

Próbując zrozumieć emocje i uczucia targające mną od dłuższego  czasu sięgnęłam po Dżumę. Można ją odczytywać  na płaszczyźnie realistycznej, jako powieść o radzeniu sobie człowieka z epidemią.

Zaraza pojawia się znienacka w całkiem zwyczajnym, niczym się nie wyróżniającym portowym algierskim miasteczku Oran. Jej pierwsze zapowiedzi w postaci martwych szczurów zalegających masowo na ulicach miasta i w jego budynkach budzą zaciekawienie zmieszane z irytacją i oburzeniem. Szczury w eleganckich domach i hotelach? To rzecz nie do pomyślenia.

Łączenie martwych gryzoni  z pierwszymi przypadkami choroby daje do myślenia lekarzom.  Władze miasta przyjmują całą rzecz z niedowierzaniem, nie można budzić niepokoju i rozsiewać paniki, przecież to niemożliwe, dżuma to odległa przeszłość kojarzona ze średniowiecznymi rycinami lekarzy w pelerynach i maskach przypominających ptasi dziób.   

Zarząd miejski nic nie zamierzał i nic nie miał na uwadze, ale zaczął od tego, że zebrał się na posiedzenie, aby się zastanowić. Polecono służbie odszczurzania zbierać martwe szczury co dzień o świcie. (str. 14)

I kiedy w końcu nie można zaprzeczyć faktom i miasto zostaje zamknięte, aby zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby jego mieszkańcy nie wierzą.  Reakcje zdumienia, oszołomienia, wiara w szybkie zakończenie epidemii przeplatają się z negacją i głosami oburzenia.   

Nasi współobywatele….. Nadal robili interesy, planowali podróże i mieli poglądy. Jak mogli myśleć o dżumie, która przekreślała przyszłość, przenoszenie się z miejsca na miejsce i dyskusje? Uważali się za wolnych, a nikt nie będzie wolny, jak długo będą istniały zarazy. (str. 28).

Pojawia się bunt i  głosy o pozbawieniu wolności.  Mieszkańcom nie podoba się, że miasto zostało zamknięte. Twierdzą, że te statystyki chorych na pewno są sfałszowane, a nawet jeśli choruje tyle osób ile podano, to przecież nie wiadomo, ile osób chorowało wcześniej. Ludzie zawsze chorowali i to wcale nie oznacza, że teraz mamy epidemię - krzyczą niedowiarki.

W pierwszych godzinach dnia, gdy zarządzenie weszło w życie (o zamknięciu miasta) na prefekturę naparł tłum petentów, którzy przez telefon, lub osobiście  przedstawiali urzędnikom sytuacje równie ciekawe i równie niemożliwe do rozpatrzenia. Doprawdy trzeba było wielu dni, byśmy zdali sobie sprawę, że znajdujemy się w sytuacji bez kompromisu  i że słowa takie jak „układać się”, „grzeczność”, „wyjątek” nie mają już sensu. (str. 45)

Mimo tych niezwykłych widoków (zamkniętego i martwego miasta) nasi współobywatele mieli najwyraźniej kłopoty ze zrozumieniem, tego, co im się zdarzyło. Były uczucia wspólne, jak  rozłąka czy strach, ale nadal stawiano na pierwszym miejscu troski osobiste. Nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę. Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to, co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy. Okazywali więc rozdrażnienie lub irytację, a nie są to uczucia, które można przeciwstawić dżumie. (str.51)

Jak można zamykać miasto, jedni chcą się wydostać z niego, inni chcą doń powrócić (choć tych jest zdecydowanie mniej).  Jeszcze inni ostentacyjnie wychodzą w tłum pokazując, iż za nic mają wszelkie ograniczenia. Część mieszkańców dezynfekuje się alkoholem, inni pastylkami mentolowymi.

Ksiądz zarządza tydzień wspólnych i grzmi z ambony -   bracia moi, dosięgnęło was nieszczęście, bracia moi zasłużyliście na nie.   … od początku historii plaga boska rzuca do stóp Boga pysznych i ślepych. (str. 62)   

 W mieście zaczyna brakować żywności, paliwa, oszczędza się na oświetleniu, co napędza szarą strefę i rozwój nielegalnych interesów (przemyt żywności i ludzi).

Potem pojawia się strach. Ludzie odsuwają się od siebie. Izolacja i poczucie osamotnienia. Depresje. A w końcu apatia i obojętność. I już nawet nie czeka się końca, tylko próbuje jakoś wypełnić czas codziennymi obowiązkami, których niektórzy mają w nadmiarze (lekarze, służby pomocnicze i administracja) a inni coraz mniej. Na tym tle przedstawieni zostają bohaterowie i ich różne wobec epidemii postawy. Od poświęcenia czasu na zwalczanie choroby, albo choćby ulżenie jej skutkom, a na końcu jedynie ewidencjonowanie  rozmiarów poprzez pomoc lekarzom i służbom porządkowym do wykorzystania zarazy jako sposobności do wzbogacenia się (paserka i przemyt) bądź  do ukrycia przed odpowiedzialnością z powodu popełnionych wcześniej występków.     

Wielu nowych moralistów w naszym mieście twierdziło…, że nic nie pomoże i że trzeba paść na kolana. Tarrou, Rieux i ich przyjaciele mogli powiedzieć to lub owo, ale wniosek był zawsze jeden, trzeba walczyć w taki czy inny sposób i nie padać na kolana. Cała rzecz polega na tym, by nie pozwolić umrzeć i zaznać ostatecznej rozłąki możliwie wielkiej ilości ludzi, a jedynym środkiem była walka z dżumą. Nie jest to prawda godna podziwu, lecz prawda logiczna. (str.85).

Camus wplata w treść opowieści rozważania egzystencjalne dotyczące postaw moralnych człowieka oraz sensu istnienia. Oprócz całej masy bardzo mądrych przemyśleń trafia się też parę dość zawiłych i nużących (być może jedynie dla mnie mniej przystępnych) dywagacji. Nie rzutuje  to na ocenę całości. Dżuma podnosi uniwersalny temat postawy człowieka wobec zła (wojny, epidemii, kataklizmu); moralne dylematy u jednych i brak rozterek u innych, no i pytania o sens egzystencji w ogóle, czy liczy się przeżycie, czy liczy się też cena, jaką czasami trzeba za to zapłacić. Niewątpliwie czytanie jej w kontekście innej zarazy przenosi akcenty uniwersalne na te bardziej dziś dojmujące.

Czytając miałam wrażenie, jakby dziwnym trafem powieściowa Dżuma wyszła ze swoich  ram na ulice naszych miast, bowiem zadziwiająco znajomo wyglądają postawy, zachowania i komentarze pojawiające się dzisiaj w mass mediach.

Kiedy dżuma nie odpuszcza i zdaje się tę walkę wygrywać z człowiekiem nie było już losów indywidualnych, ale wspólna historia, tzn. dżuma i uczucia, jakich doznawali wszyscy. Najsilniejszym z nich była świadomość rozłąki i wygnania wraz ze strachem i buntem, jakie niosła w sobie. (str.106)

Początek końca epidemii pojawia się wówczas, kiedy walka staje się wspólnym interesem, nie jest ona już tylko przeszkodą w indywidualnych planach jednostek, ale wrogiem wspólnego losu mieszkańców.   

Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie narratora, który jest jednocześnie jednym z bohaterów opowieści, występując  w podwójnej roli może obserwować sytuację i od wewnątrz i z dystansu.

Moje zainteresowanie wzbudził  drugoplanowy bohater urzędnik merostwa Grand. Z nadmiaru uczuć i niedoboru słów miota się on pomiędzy pragnieniem stworzenia wielkiej powieści i  napisania listu do żony, która go opuściła lata temu a niemożnością uczynienia tego. Istniejący wokół świat pochłonięty walką z epidemią wydaje się niewiele obchodzić Granda, co jednak nie przeszkadza mu sumiennie wykonywać obowiązki. Nieco śmieszne wydają się jego próby doboru właściwych słów w treści pierwszego zdania powieści (poza które nie wyszedł). Śmieszne, a jednak budzące wzruszenie i pewien rodzaj sympatii.

Nieco obawiałam się lektury, a okazała się ona pouczającym i ciekawym doświadczeniem. W dodatku czytana w dzisiejszych realiach nabiera wyjątkowej aktualności, podczas gdy czytana w czasach licealnych wydawała się bardziej abstrakcyjną.

Nie mogłam sobie podarować pominięcia najbardziej znanego z cytatów - mało optymistycznego, ale jakże realistycznego.

bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i w bieliźnie, czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach, i  nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście (str.190).
Wpis po raz pierwszy ukazał się na moim blogu Moje podróże

niedziela, 14 marca 2021

Ubu król Alfred Jarry

Odkąd pamięcią sięgam w przeszłość zawsze chciałam przeczytać Ubu Króla. To owiane skandalem dzieło piętnastolatka, utwór który zszedł z afisza dzień po premierze (okrzykniętej największym skandalem w dziejach teatru), której opis jest cytowany niemal we wszystkich wspomnieniach najznakomitszych przedstawicieli XIX wiecznej bohemy musi rozbudzać wyobraźnię. 

Czy pierwotnym zamiarem autora miało być zszokowanie publiki przez nadużywanie języka potocznego (przekleństw i wulgaryzmów), czy też ukazanie w bardzo prosty, wręcz łopatologiczny sposób, czym jest historia, wychwalana, jako nauczycielka życia (ciągiem gwałtów, zdrad, morderstw, tyranii, podłości, prostactwa oblekającego się w szaty wytworności). A może obie te rzeczy łącznie. Trzeba też zauważyć, że te wulgaryzmy straciły dziś na swej wymowie, bowiem brzmią anachronicznie. 

Jak napisał w przedmowie jej tłumacz Boy Żeleński Ubu król to taki Makbet na wspak.  Jego bohater to cham i prostak, zachłanny debil, który nie potrafi nawet ukryć swojej głupoty pod maską pozorów. Postać Ubu funkcjonuje w świadomości, jako wzorzec pewnego typu człowieka, podobnie, jak funkcjonuje Don Kichot, Hamlet czy Tartufe.

Jerry dadaista i surrealista stworzył groteskową historię prostaka, którego żona namówiła do zabicia króla i przejęcia korony. Zbieżność z Makbetem nieprzypadkowa. Tyle, że Ubu jest tak karykaturalnym przedstawicielem władzy, że trudno potraktować go poważnie. Lecz jego rządów - morderstw, oszustw, kradzieży, krzywoprzysięstwa nie można nie traktować niepoważnie. Jerry pokazuje, że polityka ma społeczeństwo tam, gdzie on ma publikę, czyli w d.... Merdre, po naszemu grówno – wulgarne wstawki, czy komentarz rzeczywistości, która jest okrutna i beznadziejna. 

A co mają do tego Polacy? W przedmowie przed premierą sztuki autor wskazał, iż rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Trzeba pamiętać, że Polski, jako państwa wówczas nie było. Rzecz mogłaby dziać się równie dobrze wszędzie, bo trudno byłoby znaleźć kraj, który nie doświadczył przynajmniej kilku władców posiadających cechy Ubu. A to, że występują tu Stanisław Leszczyński czy Jan Sobieski wygląda na przypadek, zwłaszcza, iż nie odgrywają oni większej roli.

Trudno jednak nie doszukiwać się podobieństw do sytuacji w Polsce, bo podobieństwa te występują pod każdą szerokością geograficzną i w każdej epoce. Ubu to typ władcy, który po trupach dąży do celu, robi to co chce, nie tyle dla osiągnięcia określonego celu, ale dlatego, że on tak chce. Nie zważa na konsekwencje, bo jest na tyle ograniczony, że nie potrafi ich przewidzieć. 

I w tym jest może jakaś nadzieja, że każda podłość, każde draństwo kiedyś się skończy. A że po nim przyjdzie kolejne…..

Ubu umiał kupić swe panowanie nie tylko zamordowaniem poprzednika, ale i umiejętnością szafowania hasłami 

Moi przyjaciele, widzicie oto tę skrzynię; zawiera trzy tysiące dukatów w złocie,w pełno wartościowej monecie polskiej. Niech ci, którzy chcą się ścigać, ustawią się na skraju dziedzińca. Ruszycie, skoro ja machnę chustką; który przybiegnie pierwszy, dostanie skrzynię. Ci, co nie wygrają, dostaną na pocieszenie tę drugą skrzynię, podzieli się ją między nich.

które trafiły na podatny grunt

Chodźmy! Chodźmy! Niech żyje ojciec Ubu! Najszlachetniejszy z monarchów!  

Bo aby Ubu został królem nie wystarczą jego chęci, trzeba też ludu, który da się ogłupić 

Recenzja po raz pierwszy opublikowana na moim blogu Moje Podróże