wtorek, 4 marca 2014

Iskra życia Erich Maria Remarque

Wydawnictwo Rebis, rok wydania 2010, stron 376

W dżungli zabijano by żyć, a nie żyło się po to, aby zabijać (w przeciwieństwie do obozowej rzeczywistości)

Na powieściach Remarque jeszcze się nie zawiodłam. Nie wiem, jak to się dzieje, ale każda mnie zaskakuje. Zaczynam lekturę, czytam, mówię sobie – no - może być, jednak w miarę czytania powieść zaczyna mnie oplątać, wciągać, jak wir w akcję, mimo, iż autor porusza tematy ciężkie i kreśli rzeczywistość w czarno-szarych barwach. Po takie książki sięga się rzadziej, bo kto z własnej, nieprzymuszonej woli, chce dziś czytać o sprawach brzydkich, wstydliwych, bolesnych, trudnych, o zabijaniu, o uśmiercaniu ludzi na setki sposobów, o obozach koncentracyjnych. Przyznam, że sama nie należę do tej nielicznej grupy czytelników, która sięga po takie książki. Z reguły dzieje się tak z przypadku. Wiem, że być może, nie najlepiej to o mnie świadczy, ale jak pisarz przypadnie mi do gustu wypożyczam jego książki bez czytania opisów na okładce, do których zresztą mam bardzo ograniczone zaufanie. Tym sposobem trafiłam ostatnio na kilka książek o tematyce zdecydowanie nie wakacyjnej. Są to książki trudne, których lektura wyczerpuje emocjonalnie, ale co tu dużo mówić książki niezwykle ważne i potrzebne, bo przestrzegają, przypominają i potrząsają sumieniami.
Jest rok 1945, wojna dobiega końca, jednak nie dla wszystkich. Więźniowie obozu koncentracyjnego w Mellern; w tym więzień o numerze 509 usiłują utrzymać się przy życiu; walczą nie tylko o każdy dzień, walczą o każdą godzinę, a nawet minutę życia, bo każda daje szansę przetrwania, bo kawałek suchego chleba pozwala żyć jeszcze kilka godzin, bo umiejętność udawania nieboszczyka i wstrzymania oddechu w zbiorowej mogile daje szansę wygrzebania się i ucieczki, bo zgłoszenie się do ciężkich robót pozwala na zejście z zasięgu wzroku kapo, który upatrzył sobie w więźniu ofiarę. Powieść jest opisem wydarzeń, jakie rozgrywały się w obozie i może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby jej autor miał za sobą obozowe doświadczenia, tymczasem Remarque zdołał przed wojną wyemigrować do Ameryki, a realia poznał w oparciu o wspomnienia ocalałych. Chylę czoła przed umiejętnością wczucia się w skórę więźniów. Książka jest … (chciałam napisać przejmującym, ale to słowo wydaje mi się nieodpowiednim określeniem)… wstrząsającym studium życia obozowego. Ekstremalne warunki egzystencji, życie w poczuciu ciągłego strachu przed bólem, głodem, poniżeniem powoduje obojętnienie wobec spraw ostatecznych. Iskra życia to doskonałe studium ludzkiej psychiki; u jednych życie w przedsionku piekła wywołuje zanik ludzkich uczuć i odruchów, u innych wręcz odwrotnie, próbę ich zachowania wbrew wszystkiemu, co dzieje się wokół. Iskra życia opisuje dwa etapy obozowego egzystowania; pierwszy będący oczekiwaniem śmierci, jako wyzwolenia od obozowej rzeczywistości i drugi, jako budzenie się nadziei doczekania wyzwolenia, kiedy tląca się w więźniach iskra życia roztaje rozdmuchana i daje im nadludzkie siły, pozwala czepiać się życia pazurami, aby tylko przetrwać.

Największe wrażenie wywarł na mnie fakt, jak łatwo prześladowani mogą stać się prześladowcami. I wcale nie chodzi tu o odwet ofiar na katach. W obozie znajduje się też grupa „politycznych” (komuniści) i kiedy wokół niepodzielnie panują strach, śmierć, terror oni planują strategię przyszłego układu sił i agitują więźniów. I co zadziwiające ich lider wcale nie ukrywa, iż w przyszłości przeciwników politycznych będą zamykać w obozach, być może takich samych, jak ten, w którym się teraz znajdują. 
Dyskusja z komunistą nie ma tak samo sensu, jak dyskusja z faszystą.
Tak więc, kiedy jedni „organizują” żarcie, aby nie umrzeć z głodu, inni organizują szeregi, aby objąć przewodnictwo w przyszłym, powojennym świecie. Jest też i trzecia grupa - oprawcy, kaci, prześladowcy, ci którzy w chwili wyzwalania obozu stają się tylko wykonującymi rozkazy, niczego nieświadomymi żołnierzami. Widzimy ich w momencie, kiedy gorliwie i z pasją wymyślają coraz to nowe sposoby tortur i powolnego zabijania, aby za chwilę zobaczyć, jak zacierają wszelkie ślady swego zezwierzęcenia.
W tym miejscu wypadałoby napisać - uwaga książka zawiera drastyczne sceny. Sama czytając wbijałam paznokcie w dłonie i miałam ochotę zamknąć oczy, aby nie widzieć.
Iskra życia to jedna z najmocniejszych i najbardziej wstrząsających powieści na temat obozów zagłady, jakie czytałam (wiem, że brzmi to jak zapis z okładki, ale inaczej nie potrafię jej określić). To też kolejny manifest Remarqua przeciwko totalitaryzmowi w każdej postaci (czy to nazizmowi  czy komunizmowi).
Remarque porusza prostotą, pozorną obojętnością opisu dramatycznych zdarzeń oraz ważkością poruszanych treści.
Jedną z najbardziej przejmujących scen była dla mnie scena, w której więzień nr 509 próbując ulżyć   współtowarzyszowi w chwili jego umierania – daruje mu błysk światła, aby nie odchodził w ciemności i samotności. Wyżebraną zapałką podarował mu piętnaście sekund światła, myśląc, czy to dużo, czy mało „piętnaście sekund światła na 45 lat życia”.

Ocena – 5,5/6
To była ciężka książka, na pewno do niej nie wrócę, ale też na pewno jej nie zapomnę. I myślę, że powinniśmy od czasu do czasu czytać i takie książki, aby pamiętać.I jeśli już zdecydujecie się na taką tematykę polecam Iskrę życia Remarqua. 
Polecam również Łuk Tryumfalny , Na zachodzie bez zmian  oraz Trzej towarzysze

Śmiertelna klątwa - Agatha Christie

Agatha Christie
Śmiertelna klątwa (i inne opowiadania)
[Miss Marple's Final Cases]
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2005
112 stron
opowiadania kryminalne
Czasami mam wrażenie, że tylko Agatha Christie potrafi tak pisać, iż w króciutkiej formie znajdzie się wszystko, co jest niezbędne w dobrej historii kryminalnej: zabójstwo i znalezienie winnego, charakterystyka wszystkich osób (o których trzeba wiedzieć), opowieści rodzinne oraz ciekawostki ze świata. I do tego wszystko wydaje się mocno zawiłe. 

W swoich pamiętnikach dotyczących prac nad książką Trucicielka i inne opowiadania Schmitt pisze: Wiele powieści przypomina wyrób czekoladopodobny, w którym brak czekolady. [1] Dlatego nie mam nic przeciw opowiadaniom. A ostatnio do nich przyciąga mnie dość mocno. Co prawda gdy z bibliotecznej półki zabierałam do domu Śmiertelną klątwę, myślałam, że to będzie po prostu krótka powieść w wykonaniu Christie. A tego dokładnie było mi trzeba. Zobaczywszy, że ta chudziutka książeczka zawiera w sobie kilka opowiadań, zdziwiłam się nieco. Jak można napisać dobre opowiadanie (kryminalne!) zajmujące osiem czy dziesięć stron?

Żyję w przekonaniu, że dobry zbiór opowiadań powinien posiadać pewien łącznik. Chciałabym wspomnieć - za okładką tej książki - iż opowiadania połączyła postać panny Marple, która w pewnych kręgach (…) słynęła ze zdolności detektywistycznych. [2] Tym bardziej, że oryginalny tytuł powieści by na to wskazywał. Zbiór jednak zawiera dwie historie, które wydają się zupełnie wyrwane z kontekstu. Zwłaszcza Lalka krawcowej zdaje się być zupełnie odrealniona gatunkowo i tematycznie. Bardziej przypomina historię fantastyczną niż sensacyjną. Tej i ostatniej  historyjce (Mroczne odbicie) nie towarzyszy pani detektyw-amator. Plusem jest jednak to, iż opowiadania przedstawiające sprawy rozwiązywane przez starszą kobietę płynnie przechodzą w te, w których nie brała ona udziału.

Pannę Marple na pewno zna każdy miłośnik twórczości Agathy Christie. Starsza kobieta o błyskotliwym umyśle i pewnymi wiktoriańskimi zachowaniami, która niejedną osobę potrafiła zadziwić. Albo stawała się przypadkowym świadkiem wydarzeń o zabarwieniu kryminalnym (i dość szybko znajdywała winowajcę), albo bardzo chętnie pomagała rodzinie lub znajomym (i przede wszystkim policji) w rozwiązywaniu zawiłych zagadek. Przy okazji sporo dowiadujemy się o jej relacjach z bliskimi oraz charakterze tych ludzi. Długie opowieści, które przypomina sobie w wyniku doświadczania kolejnych zbrodni lub tajemniczych zdarzeń (z którymi niejeden detektyw miały spory problem) co prawda oddalają nas od właściwej sytuacji, ale mocno ubarwiają powieści. I na pewno pozwalają znaleźć klucz otwierający drzwi przed winowajcami czy rozwiązaniami.

Blaszany bębenek Ginter Grass


Wydawnictwo Polnord-Oskar, rok 2006, ilość stron 646.
Najpierw wysłuchałam w postaci audiobooka, następnie przeczytałam książkę. Rzadko mi się zdarza powrót do książki w tak krótkim odstępie czasowym. Ta książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. A może powinnam napisać inaczej; w mojej głowie kołatała się cała gama wrażeń; tak różnorodnych, tak sprzecznych, tak gorących, że aż trudno było je okiełznać. Tak trudno, że mimo, iż od lektury upłynęły prawie cztery miesiące, ja wciąż czuję zamęt. Po pierwsze to książka zupełnie inna niż te, które do tej pory czytałam; po trochu nowatorska, po trochu przerażająca, po trochu obrazoburcza, po trochu niebezpieczna, a wszystko to razem daje coś dziwnie fantastycznego. 
Urodzony w 1927 roku w Gdańsku autor napisał powieść o przenikaniu się, współistnieniu i przeciwstawianiu żywiołów kaszubskiego, polskiego i niemieckiego. Jest to groteskowo-ironiczna historia karła, który odmówił zgody na zastany świat poprzez odmowę rośnięcia. W wieku trzech lat Oskar spadł ze schodów i w wyniku odniesionych obrażeń przestał rosnąć. Akcja osadzona jest w latach 1924-1954 r., głównie w Gdańsku. Przedstawia ona historie czasami szokujące, czasami makabryczne, czasami zabawne, a czasami wręcz poetyckie. Jej lektura przyciąga i odpycha zarazem. Ale zawsze, kiedy już chciałam rzucić w kąt i nie wracać pojawiało się coś, co jak magnes nie pozwalało się od lektury oderwać. Oskar demaskuje otaczający go świat, ale Oskar demaskuje też sam siebie, jest odrażającym potworem, dla którego nie ma żadnych świętości, a z drugiej strony niezwykle inteligentnym dorosłym w ciele dziecka. Jego relacjonowanie świata jest tak pozbawione wszelkich emocji, że aż przerażające; w jego relacjach zaciera się granica pomiędzy dobrem, a złem.

Oskar jest buntownikiem i na otrzymanym w dniu swoich trzecich urodzin bębenku wygrywa swój protest przeciwko otaczającej go rzeczywistości. To dziwaczne surrealistyczne połączenie ciała i wzrostu trzylatka z psychiką dorosłego, inteligentnego człowieka wprowadza zamęt w świadomości czytelnika. Kim jest Oskar? Katem, czy ofiarą? Po której ze stron się opowiada? A może po żadnej? A może to właśnie chce przekazać, że on nie chce być stawiany przed wyborem. Chce żyć po swojemu bez bohaterstwa, ale i bez cierpienia. Trudno Oskara zrozumieć, jeszcze trudniej jest  go też polubić, ale też nie sposób nie dostrzec celności i mądrości jego spostrzeżeń. Kłębowisko myśli.

A w tle tej beznamiętnej historii niezwykle sugestywne i pełne sentymentu opisy rodzimego miasta autora. Do tego odważne opisy pierwszych inicjacji seksualnych oraz zwycięskiego „marszu” Armii Czerwonej przez Gdańsk.

Nowatorstwo powieści dotyczy zarówno warstwy fabularnej, jak i języka i sposobu narracji. Rozbudowane, urywane, pełne zwrotów akcji zdania, zmiana narratora w trakcie opowieści mogą powodować trudności w czytaniu, dlatego też mimo, iż książkę czyta się dość szybko wymaga ona skupienia. Jednocześnie ze względu na ciężką atmosferę jest trudno przyswajalna w okresach depresji czytelnika. Przy pierwszym czytaniu poległam na opisach wijących się węgorzy (są tak sugestywnie obrzydliwe... brr). Jednocześnie różnorodność gatunków, pomysłów literackich sprawia, że książka wciąż nas czymś zaskakuje.

Myślę, że książkę można albo pokochać, albo znienawidzić, trudno natomiast pozostać wobec niej obojętnym.

No i oczywiście jest to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli Gintera Grassa i najpiękniejszego z miast, bo mojego.
Moja ocena 5/6

poniedziałek, 3 marca 2014

Czarny romans - Władysław Terlecki



Muszę przyznać, że "Czarny romans" to pierwsze moje spotkanie z  twórczością Władysława Terleckiego. Pisarz podjął się w nim stworzenia własnej wizji bardzo głośnego a tak tragicznie zakończonego, 1 lipca 1890 roku,  romansu znanej i uwielbianej przez publiczność, 29 letniej aktorki warszawskiej, Marii Wisnowskiej, córki Emilii z Hoffmanów i Oswalda Wisnowskiego,  z rosyjskim dragonem. A jest to ciekawy prozaik -wart zainteresowania -  a świadczy o tym to co przeczytałam o nim na  wymienionej powyżej stronie internetowej z której korzystałam opracowując swój tekst, a mianowicie, że " "ambitne dokonania pisarskie Terleckiego, odznaczające się nowatorstwem formalno-treściowym na gruncie polskiej prozy historycznej, plasują autora w ścisłej czołówce współcześnie tworzących powieściopisarzy. Terlecki wypracował oryginalny styl łączący elementy prozy fabularnej i dokumentalnej; pisarz w swoich powieściach i opowiadaniach często korzystał z technik eseju, kroniki, prozy kryminalnej, sprawozdania sądowego, a nawet felietonu".
         I potwierdza się to w powieści "Czarny romans", na której styl pozbawiony akapitów, rozdziałów itp. narzekała jedna z blogerek w recenzji, a niestety znalazłam tylko jedną recenzję tej interesującej książki zarówno pod względem treści jaką zawiera,  a także  formy w jakiej została napisana.

Czytaj więcej>>>>

Wróżby kumaka Ginter Grass

Wydawnictwo Oskar
Rok 2005
Ilość stron- 231
Przypadek postawił wdowca obok wdowy. A może przypadek nie miał nic do rzeczy, ponieważ ich historia zaczęła się w Zaduszki? W każdym razie wdowa była już na miejscu, kiedy wdowiec potknął się, stracił na chwilę równowagę, ale nie upadł.
Stanął obok niej. Numer butów czterdzieści trzy obok numeru butów trzydzieści siedem. Przy straganie chłopki, który oferował zebrane w koszyku i rozpostarte na gazecie grzyby, do tego cięte kwiaty w trzech wiadrach, wdowiec i wdowa znaleźli się nawzajem.
Tak zaczyna się akcja powieści Gintera Grassa. Jest rok 1989, krótko przed zburzeniem muru berlińskiego. Polska konserwatorka zabytków spotyka niemieckiego profesora – badacza sztuki. Aleksandra Piątkowska i Aleksander Reschke. Wiele ich łączy; wspólnota zainteresowań, wiek (oboje po pięćdziesiątce), przeszłość, której raczej należałoby się wstydzić niż nią chełpić, miejsce (Gdańsk) oraz idea.
Pierwsze spotkanie rozpoczęte pod Halą Targową i spacer do miejsca spoczynku rodziców Aleksandry skutkują narodzinami idei. Aleksandra, pamiętająca niespełnione pragnienie rodziców pochówku w Wilnie i Aleksander przyznający, iż i jego rodzice chcieli być pochowani w Gdańsku, postanawiają założyć Polsko – Niemiecko – Litewskie Towarzystwo Cmentarne. Założeniem towarzystwa jest umożliwienie wszystkim chętnym, którzy musieli opuścić miejsca swego urodzenia powrotu doń na wieczny spoczynek.
To co nazywamy ziemią rodzinną, jest przez nas doświadczane mocniej aniżeli same pojęcia ojczyzny, czy narodu, dlatego tak liczni, z pewnością nie wszyscy, ale w miarę starzenia się coraz liczniejsi żywią pragnienia, żeby być pogrzebanym niejako u siebie, pragnienie zresztą, które przeważnie pozostaje gorzko niespełnione, bo często okoliczności stoją temu na przeszkodzie. … W katalogu praw człowieka należałoby wreszcie zagwarantować również i tę zasadę. Nie, nie mam na myśli postulowanego tu przez działaczy naszych uciekinierskich związków prawa do ziemi rodzinnej- właściwą nam ziemię rodzinną utraciliśmy w sposób zawiniony i ostateczny- ale o prawo zmarłych do powrotu w swoje strony…
Tak Aleksander Rieschke formułuje założenie Towarzystwa, które w ostatecznym kształcie staje się polsko-niemieckim. Strona Litewska z powodów politycznych wykazuje ostrożne zainteresowanie, ale w tej chwili ma inne priorytety (oderwanie się od Związku Radzieckiego). Aleksandra i Aleksander widzą w idei utworzenia Towarzystwa idę pojednania i przebaczenia.
Para bohaterów ulega fascynacji nie tylko ideą, ale i sobą nawzajem.
Piękna idea, jak to często z ideami bywa ulega jednak wypaczeniu. Z jednej strony odzywają się niemieckie dążenia ekspansji polskich terenów pod płaszczykiem tworzenia na polskiej ziemi najpierw niemieckich domów starców, potem zakładów opieki zdrowotnej aż po pola golfowe dla wnuczków odwiedzających ziemię, gdzie leżą prochy ich zmarłych. Z drugiej strony pojawia się wizja zrobienia dobrego interesu (i to z obu stron, zarówno niemieckiej, jak i polskiej).
Bohaterowie stają przed koniecznością podjęcia decyzji, czy kontynuować rozpoczęte dzieło, czy odciąć się od niego, czy iść na kompromis, czy zrezygnować z tego, co było ich wspólnym dzieckiem.
Wróżby kumaka to książka nie tylko o tym, jak piękne idee ulegają wypaczeniu, jak wiele wzniosłych pomysłów niszczy polityka i żądza zysku. Wołanie kumaka w niemieckiej tradycji jest ostrzeżeniem, przestrogą, zapowiedzią nieszczęścia. W książce Grassa wołanie kumaka jest trochę jak wieszczenie Kasandry; napomina i ostrzega.
Książka jest też afirmacją życia, choć nie pozbawioną sceptycyzmu, łączy w sobie realizm z wizjonerstwem.
Mnie we Wróżbach kumaka najbardziej podobały się nowatorstwo języka i miłość do rodzinnego miasta autora, które jest też moim miastem rodzinnym.
Z tego rodzaju narracją spotkałam się po raz pierwszy. Narrator pisze o bohaterach w trzeciej osobie, z dystansu, odnosi się wrażenie, jakby przyglądał się im z zewnątrz, chociaż wiemy, ze korzysta z dziennika głównego bohatera. Odnoszę wrażenie, iż nie wykazuje on zbytniej sympatii do Aleksandra, ale stara się zachować obiektywizm.
Jest to rodzaj narracji, który albo się pokocha od razu, albo będzie czytelnika męczył. Ja pokochałam. Lektura była raczej smakowaniem, niż pożeraniem powieści.
Siedzieli naprzeciwko siebie. Poszła im butelka bułgarskiego czerwonego wina. Wdowa na koniec wymieszała grzyby ze śmietaną, całość lekko popieprzyła i posypała mączysto rozpadłe ziemniaki siekaną pietruszką. Dolewając Reschke zabrudził obrus. Skwitowana śmiechem plama z czerwonego wina. Posypana solą. Znowu elektroniczne kuranty z ratusza; tragiczne, heroiczne. – To melodia do sławnego tekstu Marii Konopnickiej-powiedziała wdowa. – Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród..
Miłość do Gdańska. Czytając wędrowałam uliczkami miasta; od Hali Targowej, zwanej Dominikańską, poprzez Ogarną (mieszkanie Aleksandry), Długą (spotkanie pod Neptunem i ślub w Ratuszu), kościoły św. Jana, Bożego Ciała, Piotra (myślę, że chodziło o kościół Piotra i Pawła, kościół, w którym przystępowałam, do pierwszej komunii), aż po cmentarze. Ten, na którym narodziła się idea Cmentarza jest zarazem tym, na którym spoczywa mój tata. Razem z bohaterami przemierzałam znane i mniej znane zakątki mojego miasta. Jadąc tramwajem przez Wielką Aleję, zwaną dziś Aleją Zwycięstwa, czytałam o przejażdżce bohaterów rikszą tą samą trasą. Odnalazłam w tej książce ogromną miłość do miasta, miłość, którą zapewne potęguje tęsknota do miejsca urodzenia pisarza.
Myślę, że z tego właśnie powodu odbieram ją szalenie osobiści.
Na podstawie książki powstał film w reż. Roberta Glińskiego z Krystyną Jandą (Aleksandra) oraz Matthiasem Habichem (Aleksandrem). To właśnie obejrzenie filmu było dla mnie impulsem do sięgnięcia po książkę.
Moja ocena 5,5/6
Zdjęcia: 1. Lwy z Ratusza Głównego, 2.Hala Dominikańska- dziś, 3. Przedproża na Mariackiej, 4. Park Heweliusza (w tle Wielki Młyn i Pomnik astronoma)

niedziela, 2 marca 2014

Cheri Gabrielle Sidonie Colette

Na książkę zwróciłam uwagę dzięki fantastycznej recenzji na jednym z zaprzyjaźnionych bloogów, gdzie jej lekturę przyrównano do degustacji szampana z truskawkami. Co prawda po szampanie boli mnie głowa, ale truskawki maczane w bąbelkach smakują wybornie.
Cheri” to romans starzejącej się kobiety (Lei) z dużo młodszym chłopcem (Cheri). Kobieta jest kurtyzaną, a chłopiec synem jej „przyjaciółki”. Lea utrzymuje młodego chłopaka zaspakajając jego zachcianki, kupuje mu ubrania, biżuterię, zastępuje mu matkę, kochankę, dba o jego potrzeby. Cheri jest jak rozpieszczony dzieciak; humorzasty, nadąsany, pozwala się kochać i obdarowywać. Nie wiele się dzieje, właściwie nie dzieje się prawie nic, wstają z łóżka, idą do znajomych, ubierają się, kładą do łóżka, sprzeczają. On lubi luksus i Leę w roli opiekunki i kochanki,  ona odnajduje się w roli matki, którą nigdy nie była.
Tę sielankę, ten niezobowiązujący układ przerywa decyzja o ślubie Cheriego. Obojgu wydaje się, że bez problemów potrafią zrezygnować z siebie. Lea postanawia wyjechać, aby wypełnić sobie czymś czas, Cheri zajmuje się urządzaniem domu. Tymczasem okazuje się ku ich zaskoczeniu, iż ich związek był czymś więcej niż tylko przelotnym romansem. Jaki będzie koniec, czy może będzie to dopiero początek - tego dowiecie się z książki.
Cheri dojrzewa, zaczyna myśleć i odczuwać, Lea zastanawia się nad sensem swojego życia, sensem związków, nad swoim miejscem w życiu.
Cheri to książka o trudnym związku, o dojrzewaniu i o starzeniu się. Ciekawe i wnikliwe studium postaci. Język kunsztowny, powiedziałabym barokowy. Lektura odpowiednia na wakacje.
Nie żałuję, że przeczytałam (czyta się lekko i szybko), ale, no właśnie, ale jakoś mi nie podeszła. Nie ten rodzaj literatury, nie ten temat, a może nie ten czas. Może dzisiaj zamiast szampana z truskawkami wolałabym białą swoistą kiełbasę.
Ale to moje subiektywne odczucie. 
Polecam wielbicielom i wielbicielkom romansów.
Należałoby dodać jeszcze, iż autorka powieści napisała ją dziewięćdziesiąt lat temu, co zapewne nie obyło się bez skandalu. Powieść została sfilmowana w 2010 roku, a w roli głównej wystąpiła Michelle Pfeiffer.

Opowiadania niesamowite Emil Zola

Na zbiór Opowiadań  niesamowitych składa się pięć nowelek Zgon Oliviera Becaille, Atak na młyn, Radykał, Feta, Nantas. O ostatniej z nich pisałam tutaj.
Tym, co łączy wszystkie nowelki jest dość zaskakujące zakończenie. Z perspektywy upływu czasu od lektury (jakieś pół roku) muszę przyznać, iż testu trwałości nie przeszły Radykał i Feta. Radykała nie pamiętam wcale, Fetę dość mętnie. 

Zapamiętałam natomiast i chyba na długo Zgon Oliviera Becaille, a to z powodu nietypowego sposobu prowadzenia narracji oraz osoby lektora. Zaskakującym jest to, iż dość długo nie można połapać się w stanie żywotności narratora; żyje, czy też nie, jest w stanie snu, letargu czy katatonii. 
Zakochany do szaleństwa w młodej żonie Olivier zachorował i dość nagle znalazł się w stanie krytycznym. Wezwany do pacjenta lekarz bez badania stwierdził zgon, wścibska sąsiadka udając troskliwość planuje wyswatanie młodej wdowy, zaś Olivier obserwujący zdarzenie z  perspektywy łóżka tudzież drewnianej skrzyneczki przejawia całą gamę doznań; miłości do żony i obaw o jej niezabezpieczoną przyszłość, strachu, niedowierzania, żalu, gniewu na własną bezsilność i głupotę innych. Dominujący temat strachu Oliviera przed śmiercią i pochowania żywcem nadają nowelce charakter makabreski. Zakończenie jest dość zaskakujące i trochę rozczarowujące. Olivier dostaje drugą szansę, której wydaje się nie potrafi wykorzystać, trudno też powiedzieć, czy dzięki nietypowemu doświadczeniu coś zyskał. Dobry pomysł, ale chyba nie do końca wykorzystany przez autora. Lektorem nowelki jest pan Artur Barciś, który wywiązał się ze swego zadania znakomicie, imitując obawy i rozterki Oliviera w sposób niezwykle przekonywujący, sprawiając, iż dreszczyk grozy przenika czytającego na wskroś. 

Z pięciu krótkich form moim zdaniem najlepszą nowelą jest Atak na młyn. Niczym w antycznej tragedii stawia pisarz swoich bohaterów przed wyborami, z których żaden nie jest dobrym. Córka zamożnego młynarza wpada w oko młodemu imigrantowi z Belgii. Przystojny lekkoduch, nie zyskuje początkowo sympatii przyszłego teścia. Z czasem, kiedy udaje mu się zyskać jego przychylność na przeszkodzie zakochanym staje historia (wojna francusko-pruska). Wioska, w której odbywają cię zaślubiny zostaje zaatakowana przez nieprzyjaciela, a dziewczyna poddana najcięższej próbie; może uratować jedno życie; ojca lub narzeczonego. Kiedy ta nie potrafi podjąć decyzji i kiedy wszystko wydaje się być przesądzone los tasuje karty. I tak kilkakrotnie. Odbieranie nadziei na szczęśliwe zakończenie miesza się nieustannie z wiarą w happy end. Zola zdaje się mówić, iż nieznane są wyroki opatrzności (losu), a człowiek jest jedynie marionetką w rękach siły wyższej.

Niestety, podobnie, jak w przypadku Nantasa lektorką jest pani Joanna Lissner, której egzaltowany i przejaskrawiony sposób narracji sprawia, iż słuchanie staje się dość męczące i irytujące. 

Z powstaniem Ataku na młyn, jednej z sześciu nowel (obok Baryłeczki Maupassanta, Z tornistrem na plecach Huysmansa, Upustem krwi Cearda, Burdelem pod Siódemką Hennique oraz Na pobojowisku Alexisa)  składających się na zbiór Wieczory medańskie łączy się wymyślona przez Maupassanta legenda. 
Zbieraliśmy się latem u Zoli w jego posiadłości, w Medanie (..). Pewnej nocy, gdy księżyc był w pełni (...) zaczęliśmy przypominać wszystkich sławnych gawędziarzy (...) Sceptyk Ceard wymamrotał, spoglądając na księżyc: Oto piękne romantyczne tło, należałoby je wykorzystać... Opowiadając sentymentalne historyjki, dorzucił Huysmans. Lecz Zola uznał, że to dobra myśl, będziemy sobie opowiadać historie. Ubawił nas ten pomysł i ustaliliśmy, żeby rzecz utrudnić, że tło obrane przez pierwszego obowiązywać będzie pozostałych (...) Usiedliśmy i wśród głębokiego spokoju uśpionych pól, w jasnym blasku księżyca Zola opowiedział nam straszną kartę z historii katastrof wojennych, zatytułowaną Atak na młyn (..) *
Ta piękna legenda, jak pisze pani Halina Suwała w biografii autora  ma niewiele wspólnego z prawdą. Pisarze podczas spotkań w Medanie i Paryżu postanowili wydać wspólnie tom nowel, który miał być manifestem "szkoły naturalistycznej".
Osobiście wolałabym, aby legenda okazała się prawdziwą, bowiem opowiadania stworzone ad hoc, w romantycznej aurze, dla wspólnej zabawy odczytywałabym inaczej. Za najlepszą nowelę ze zbioru Wieczory medańskie uznano Baryłeczkę.  
Po przeczytaniu paru powieści Zoli stwierdzam, iż są zdecydowanie lepsze, ciekawsze i głębsze od jego nowel.
 
Moja ocena całego zbiorku 3,5 (być może na dość niskiej ocenie zaważył także brak sympatii do krótkiej formy). 
* str. 221 Emil Zola autorstwa Haliny Suwały Wiedza Powszechna rok wydania 1968