niedziela, 26 sierpnia 2012

"Agnes Grey" Anne Brontë

"Obyś cudze dzieci uczył" chciałam zakrzyknąć nie raz podczas lektury "Agnes Grey" Anne Brontë. Wichry niepomyślnego losu zmusiły tytułową Agnes Grey do przyjęcia posady guwernantki w rodzinie Bloomfieldów, gdzie już podczas pierwszego dnia musiała przekonać sie, jak bardzo ciężkim kawałkiem chleba jest nauczanie. Rodzinę, która przyjęła ją pod swój dach nie można nazwać sympatyczną. Wiejąca chłodem pani Bloomfield, która stanowczością wykazuje się tylko względem młodej guwernantki. Ówczesny dorobkiewicz - pan Bloomfield, człowiek pozbawiony jakikolwiek dobrych manier, wymagający bezdyskusyjnego posłuszeństwa od wszystkich członków rodziny i samej Agnes. Dzieci z piekła rodem: panicz Tom - siedmioletni sadysta przekonany o swojej wyższości i nieomylności, które to cechy były troskliwie pielęgnowane przez rodzicow oraz wuja; Mary Ann - rozpuszczona pannica (nawet nie potrafię napisaćpanienka, bo jej zachowanie jest wiecej niż karygodne); panienka Fanny - nieumiejąca nic i niechcąca się niczego nauczyć. Szczerze mówiąc ja po pierwszym dniu w takim domu uciekłabym oknem przy pierwszej nadążającej się okazji, ale nie obowiązkowa Agnes Grey. 

Kontynuacja na moim blogu. Zapraszam.

piątek, 24 sierpnia 2012

"Mansfield Park" - Jane Austen


Tłumaczenie: Gabriela Jaworska
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Stron: 336

W tym roku moje wakacje nie należą do najbardziej udanych, ponieważ wymarzony wyjazd w Tatry musiałam odwołać. Na szczęście istnieją książki, a dzięki nim można wybrać się w najdalszą podróż. W ostatnich dniach udało mi się odwiedzić Mansfield Park i poznać tamtejszych mieszkańców. Przy okazji cofnęłam się do początku XIX wieku i po raz trzeci w swym życiu poddałam czarowi pióra Jane Austen. Ta autorka działa na mnie niezwykle kojąco i pozwala odciąć się od przyziemnych problemów. Już mam w planach kolejną jej powieść... Ale najpierw parę słów o Mansfield Park.

Główną bohaterką historii jest Fanny Price - dziewczynka z ubogiej rodziny, która w wieku dziesięciu lat opuszcza swój dom, aby zamieszkać z bogatym wujostwem. Początki nie są łatwe, gdyż dziecko wyrwane z  własnego środowiska, tak przecież innego od arystokratycznego Mansfield Park, czuje się opuszczone, osamotnione. Po prostu nieszczęśliwe. Szorstkość wuja, obojętność jednej ciotki, pogardliwe uwagi drugiej, a do tego wywyższające się kuzynki i starsi kuzyni - to zbyt wiele dla małej Fanny. Na szczęście znajduje  przyjaciela w Edmundzie, jednym z kuzynów, który staje się dla niej nauczycielem, oparciem, przewodnikiem. Stopniowo można zaobserwować, jak na łamach książki Fanny zmienia się w kobietę, wciąż co prawda delikatną, nieśmiałą i cichą, ale z coraz wyraźniej wyrobionymi poglądami i niezłomnymi zasadami. Ta niezłomność czyni ją silną i wyjątkową, jednak też wyobcowaną, gdyż trudno jej dopasować się do towarzystwa o bardziej wyzwolonym usposobieniu.

W Mansfield Park poznajemy wielu bohaterów, a dzięki Jane Austen wydają się nam dobrymi znajomymi. Znajomymi z XIX wieku, ale momentami bardzo współczesnymi - z wadami i przywarami, których nie powstydziłby się XXI wiek. Autorka stworzyła swego rodzaju mikrokosmos, dla którego reszta kraju czy toczące się wojny - jakby nie istnieją. A jeśli tak, to jedynie w tle. Liczy się tylko Mansfield Park i problemy jego mieszkańców. A są to problemy - trzeba zaznaczyć - związane oczywiście z uczuciami, z kwestią małżeństwa, także z pieniędzmi. Austen znakomicie oddaje charakter angielskiej klasy wyższej XIX wieku. Z obserwatorską dokładnością i mistrzowskim wyczuciem buduje klimat, którego nie da się z czymkolwiek innym porównać.

[Całość przeczytacie na moim blogu]

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Brzuch paryża Emil Zola


Państwowy Instytut Wydawniczy-rok 1957, tłumaczenie Nina Gubrynowicz, stron - 283
 
Jedna książka  – wiele oczekiwań. Z jednej strony Zacofany w lekturze polecił mi ją w konkursie z Paryżem w tle, jako sposób na poznanie miasta  z jego kolorami, smakami, zapachami i zapaszkami. Z drugiej strony zafascynowana Zolą Czara - stwierdziła ostatnio po lekturze tejże książki, iż Zola po raz pierwszy ją irytował, a litanie opisów zdawały jej się zbędne, a fabuła schematyczna. Z trzeciej strony jestem ja - czytelnik, któremu lektura Zoli sprawiała, jak dotąd dużą przyjemność i  moje pragnienie poznawania miasta przez literaturę.
Książkę nie tyle czytałam, co smakowałam. W przeciwieństwie do Czary nie wyrzuciłabym z niej ani jednego opisu. To właśnie one moim zdaniem stanowią o wartości książki, to one są jej istotną treścią.

Dziewiętnastowieczne dzieło Wiktora Baltarda – dwanaście żeliwno-szklanych pawilonów  Hal (Halles) stanowi tło i jądro powieści Brzuch Paryża. Hale były miejscem, w którym zaopatrywał się cały Paryż. Budziły się one do życia, kiedy całe miasto pogrążone było jeszcze w głębokim śnie. Wówczas to nadjeżdżały z okolicznych wiosek i miasteczek wozy pełne tego, co urodziła ziemia. To tutaj na ogromnej przestrzeni 10 hektarów odbywał się handel.
Najpierw hurtowy, kiedy zaspani jeszcze kupcy przed wschodem słońca odbierali towar od dostawców, potem detaliczny, kiedy wystawiony na straganach za pomocą specjalnych „układaczy”  kusił przez cały dzień  potencjalnych nabywców.
Stragany stanowiły imponujące widowiska, godne pędzla nie tylko jednego z bohaterów powieści - malarza Klaudiusza.  Pęta kiełbas, góry szynek, osełki maseł, kobiałki serów, piramidy owoców i warzyw, bukiety kwiatów, kompozycje ryb i owoców morza to tylko niewielka cześć asortymentu, którym handlowali straganiarze z Hal. Każdy pawilon miał swoją specjalizację.

Obok Hale Baltarda

Wędliniarnia, która płonęła we wschodzącym słońcu…
Radowała oczy. Śmiała się, cała jasna z przymieszką żywych kolorów, które grały wśród bieli marmurów. Szyld był to obraz za szkłem, gdzie w obramowaniu gałęzi i liści, wyrysowanym na delikatnym tle, lśniły duże złote litery… Obie boczne ściany wystawy, również malowane i oszklone przedstawiały małe, pyzate amorki, które igrały wśród kłów dzików, kotletów wieprzowych, wieńców parówek, a te martwe natury zdobne w spirale i rozety miały tę pastelową subtelność, że surowe mięso przybierało różowe, cukierkowe tony. W tej miłej oprawie wznosiła się wystawa sklepowa. Ustawiono ją na posłaniu z cienkich skrawków niebieskiego papieru; miejscami liście paproci, misternie ułożone, zmieniały niektóre talerze w bukiety okolone zielenią. Było to mnóstwo smacznych rzeczy, soczystych, tłustych rzeczy.  

Hale to nie tylko bogactwo i różnorodność towarów oraz piękne dekoracje  godne uwiecznienia na płótnie.  Hale to również mieszanina zapachów. Można łatwo sobie wyobrazić, jakie zapachy, czy też raczej, jaki smród,  wydobywał się z Hal po kilku godzinach przechowywania żywności bez lodówek, przy chociażby- kilkunastostopniowej temperaturze, nie mówiąc o upalnych letnich dniach. Słodkawo - mdły zapach rozkładającego się mięsa, ryb, owoców, czy serów mógł przyprawić nie tylko o ból głowy. 
 
Stały żegnając się wśród zmieszanych w finale woni serów. W tej chwili wszystkie równocześnie grały. Była to kakofonia smrodliwych zapachów, począwszy od szwajcarskich serów, ich gnuśnej, ciężkiej woni gotowanego ciasta aż do odrobiny alkalicznego zapachu olivet. Było w tym głuche sapanie organów-kantal, cheser, kozie sery-podobne do swobodnej na basie pieśni, gdzie jak urywane tony odcinały się nagle zapaszki neufchatel,  troyes i Mont d`or. Po czym wonie płoszyły się, spływały jedne na drugie, gęstniały w nagłych kłębach zapachów port-salut, Limburg, gerome, marolle, livarot, pont-l`e- veque, rozwijały się powoli zlewając w jeden buchający smród. Te zmieszane ze sobą wonie rozchodziły się, utrzymywały wśród ogólnej wibracji, oszałamiające jak nieustanne nudności i o straszliwej, duszącej sile. 

Obok Hale w 2007 r.

Hale - miejsce bogate w żywność, którą można było zarówno kupić, znaleźć, wyłudzić, jak i ukraść przyciągało, jak magnes wszelkie miejskie szumowiny. Nędzarki, które w zamian za jaki - taki ochłap na kolację sprzedawały prawdziwe lub zmyślone historyjki, podrzutki i sieroty, które znajdowały tu wraz z kawałkiem chleba i opiekunów, złodziei, którzy okradali zarówno pracodawców, jak i obcych.
Na tym tle sama fabuła wydaje się dużo mniej interesująca. Florentyn, były więzień polityczny (więzień z przypadku) ucieka z miejsca deportacji i powraca do  Paryża. Tutaj znajduje schronienie u brata, który prowadzi ustabilizowany, mieszczański żywot właściciela masarni  i ojca rodziny. Kiedy brat z bratową opływają w dostatki, niczym pączki w maśle, Florentyn – niepoprawny idealista i romantyk szuka możliwości zemsty na znienawidzonym rządzie; czyta radykalne pisma i organizuje kółko lewicowe, które ma za zadanie przygotować przewrót. Niestety Florentyn zupełnie nie nadaje się do czynu, co doprowadza do przewidywalnego finału.
Fabuła, początkowo nawet wciągająca, z czasem staje się jedynie tłem dla opisu codziennego życia mieszkańców Hal; biedoty (Chudych) i żyjących w dobrobycie (Grubych). 


Po raz kolejny zadziwia mnie kunszt opisu błahych i niegodnych opisu tematów. Tak jak kiedyś zachwycało bogactwo opisu towarów Galerii Handlowej, tak tutaj zachwyca (mnie zachwyca, innych być może znudzi nadmiarem i drobiazgowością) malarski opis żywnościowego asortymentu, wystroju wnętrz sklepików i dekoracji wystaw. Opis pierwszej czytam z zainteresowaniem, przy drugiej myślę sobie ten sam pomysł, co we Wszystko dla pań, przy trzeciej zastanawiam, na ile jeszcze wystarczy pisarzowi pomysłu, aby nie zanudzić czytelnika, przy czwartej myślę to trzeba geniuszu, aby pisać pięknie o marchwi i rzodkwi, tak, aby chciało się to czytać, przy piątej cieszę się, że tyle jeszcze przede mną lektury.
Raduje mnie to bogactwo barw, kształtów, smaków i zapachów, raduje to  ożywienie martwej natury na kartach powieści, uchwycenie jakiejś cząstki Paryża, którego już nie ma. 

 
Obok Hale z 2011 r.

Dzisiejsze Hale – bez charakteru i stylu w niczym nie przypominają tamtejszych trzewi miasta. Ponieważ jednak rozpoczęła się przebudowa Hal, kto wie, co objawi nam się za parę lat, w miejscu dawnych Hal Baltarda.
W tym wszystkim trochę umknął mi obraz społeczny II Cesarstwa, w którym obok głodującej wśród nadmiaru żywności biedoty funkcjonowała warstwa zamożnego mieszczaństwa, przedstawiona została tak samo krytycznie, jak w innych dziełach przedstawił Zola burżuazję. A to z powodu jej pędu do bogacenia się , dążenia do utrzymania istniejącego status quo za wszelką cenę, jej dwulicowej moralności.

W tyle, wzdłuż półek znajdowały się rzędy melonów, pokiereszowane od brodawek kantalupy, melony inspektowe niby szarą gipiurą  okryte, małpi chleb o nagich guzach. Na straganie piękne owoce, delikatnie przyozdobione w koszach, na pół widoczne pod zasłoną liści, miały krągłość lic, co się kryją, oblicza dorodnych dzieci; zwłaszcza rumiane brzoskwinie z Montreuil, o cienkiej i jasnej skórze córek północy, i żółte, spalone słońcem południowe brzoskwinie ogorzałe, jak prowansalskie dziewczęta. Morele przybrały na mchu ciepłe bursztynowe tony jak u brunetek, które w zachodzącym słońcu grzeją swój meszkiem pokryty kark. 
Zdecydowanie w książce na plan pierwszy wysuwają się Hale - te jego wnętrza, które strawią wszystko, co doń trafi.
Czytając książkę nieodmiennie przychodziły mi na myśl porównania z Wszystko dla pań, chyba właśnie z powodu tego bogactwa opisów i klimatu Paryża.
Moja ocena Paryża i Hal – 5,5/6, moja ocena książki 4/6
Serdecznie dziękuję Zacofanemu w lekturze za udostępnienie mi książki.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Maria Rodziewiczówna, "Dewajtis"

Ha, snobka ze mnie! Mogłam przecież wypożyczyć "zwykłe" wydanie tej słynnej powieści, ale ja, oczywiście MUSIAŁAM przeczytać wydane przez Ossolineum z naukowym wstępem! (Przy okazji, wyrażam niniejszym żal, że seria Biblioteka Narodowa i całe wydawnictwo Ossolineum to już przeszłość. Szkoda, ach, jaka szkoda... Tyle książek, tyle wstępów przeczytanych... Jakie wydania będą teraz czytać studenci???).
Wstęp do do tegoż wydania napisała Anna Martuszewska i jego lektura bardzo była przyjemna oraz dużo wnosząca. Dowiedziałam się z niego wielu ciekawych rzeczy o Rodziewiczównie, łącznie z faktem, ile kasy zgarnęła za powieść "Dewajtis", którą napisała w wieku 24 lat na konkurs literacki ogłoszony przez jakieś pismo. Wygrała ten konkurs, nawiasem mówiąc. 
Szkoda tylko, że pani profesor nie wyjaśniła dogłębnie, jak to naprawdę było z orientacją płciową Rodziewiczówny. Niejaki Krzysztof Tomasik sugeruje bowiem na jakiejś stronie homoseksualnej, że wiecie..., rozumiecie... No, fakt, nosiła panna R. męskie stroje, co było baaardzo rzadko spotykane w tamtej epoce. Nosiła dosłownie wszystko, co nosili wówczas panowie, co widać na załączonym obrazku:
Ale cóż, może wcale nie była lesbijką, tylko tak jej było wygodniej? W tych spodniach i tużurku? Z krawatem i pierścionkami? Groza mnie ogarnia na myśl, co by było, gdyby się okazało, że czołowa polska i katolicka autorka romansów "z myszką" była innej orientacji;)
No, więc wstęp przeczytałam szybko i bez zgrzytów. Natomiast sam utwór... Hmmm... Ciężka sprawa. Męczyłam się przy nim okropnie, bo zbyt staroświecki, nawet jak dla mnie. Sytuacja jest tam podobna jak w "Nad Niemnem" Orzeszkowej, tzn. musi Polak utrzymać majątek na Żmudzi (to gdzieś na granicy dzisiejszej Łotwy i Litwy, duża była kiedyś Polska, nie?), bo jak go straci, to ziemię zabiorą Ruscy w ramach rusyfikacji Litwy. Na terenie zaboru rosyjskiego w ramach represji za powstanie styczniowe Polacy nie mogli bowiem nabywać ziemi, awansować w wojsku, no, w ogóle dorabiać się. Mogli tylko trwać i biedować. Ale ponieważ byli patriotami, męczyli się, walcząc z obcym żywiołem. Bohaterowi towarzyszy mu w tych zmaganiach dąb Dewajtis, symbol litewskiej (wtedy "litewski" to znaczyło też "polski") dawnej przyrody i mitologii. Męczy się tak, trwa na posterunku i trwa, póki nie przyjeżdża z Ameryki piękna panna Orwidówna (prototyp Lucy Wilskiej z serialu "Rancho";), która postanawia mu pomóc w tej walce ekonomiczno-patriotycznej. Dalej już można się domyśleć, co będzie... 
Ale nie jest to typowy romans, raczej powieść sentymentalna z elementami gospodarczymi. Opisuje trwanie polskiego szlachcica na posterunku tak, jakby to było trwanie gdzieś na barykadzie. Zawsze żałowałam, że u nas nikt tak nie pisał o pieniądzach jak Balzak, a tu masz! Rodziewiczówna pisała. Może dlatego jej nie drukowali w PRL-u? No, właśnie, przy okazji powiem, że mam pretensje do PRL-u, w którym się urodziłam i wychowałam, że nie mogłam poznać twórczości Rodziewiczówny za młodu. A nie mogłam, bo jej nie drukowali po prostu. Zbyt patriotyczna i katolicka była, jak na okres "komuny". 
Nie poznałam jej we właściwym czasie, więc teraz trudno mi ją czytać.  Ale innym radzę - czytajcie. Nie dla przyjemności ją czytajcie, ale żeby poznać jedną z najważniejszych książek o dawnym polskim życiu na Kresach Wschodnich.
A tak na marginesie, zastanawiam się, ilu dzisiaj Polaków stać byłoby na takie poświęcenie dla nieistniejącego państwa, by trzymać się tego swego majątku po przodkach i męczyć się z ogromnymi podatkami nakładanymi przez władze carskie, zamiast rzucić to wszystko w diabły i ruszyć do Ameryki? Albo gdzie indziej, gdzie jest kasa? Oj, sentymentalna ta panna Rodziewiczówna, ale daje do myślenia.

salonowe intrygi z żabiej perspektywy...

Liczba rozwodów w Polsce i na całym świecie nieustająco wzrasta, a to inspiruje naukowców z różnych specjalizacji (psychologów, socjologów, ekonomistów itd.) do przeprowadzania badań nad przyczynami i skutkami takiego stanu rzeczy. Jednak w niewielu kwestiach wszyscy oni są tak zgodni, jak w tej, że dobro dzieci jest tym, co sąd powinien mieć na uwadze w trakcie każdej rozprawy rozwodowej. 
 
Niestety, najlepsze nawet prawo i najtroskliwsi sędziowie nie mogą zagwarantować żadnemu dziecku ani miłości rodzicielskiej, ani tego, by jego dobro było priorytetem dla jego rodziców – czy to pozostających w związku, czy rozwiedzionych. Przekonała się o tym sześcioletnia Maisie Farange, bohaterka powieści "O czym wiedziała Maisie" Henry’ego Jamesa, a wszyscy zainteresowani mogą prześledzić jej losy (a ściślej: kilka lat z jej życia), czytając książkę, którą właśnie po raz pierwszy (sic!) wydano po polsku (pierwsze wydanie oryginalne pochodzi z 1897 roku), ubraną w twardą oprawę z hipnotyzującym wizerunkiem dziecka na froncie.
 
Opowieść Henry'ego Jamesa zaczyna się w chwili rozwodu Idy i Beale’a Farange'ów, który trwał długo i był skomplikowany, a zakończył się orzeczeniem, że ich córka ma "spędzać po sześć miesięcy u każdego z rodziców", choć "ani matka, ani ojciec nie zdawali się przykładem do naśladowania". "Wielu drżało na myśl, co czeka jej niewinną duszę w rękach tych dwojga; nikt nie mógł założyć, że nie wyrządzą jej trwałej szkody", bo każde z nich myślało tylko o tym, jak nastawić Maisie przeciwko byłemu współmałżonkowi. "Żal, który czuli bądź udawali, że czują względem drugiej strony, lali hojnie w jej poważną duszyczkę jak w naczynie bez dna, każde w myśl świętego obowiązku ukazania prawdziwego oblicza drugiej strony".
 
Kiedy rodzice Maisie zawierają nowe związki małżeńskie, rywalizacja o przejęcie opieki nad dziewczynką przekształca się w próby przerzucenia odpowiedzialności za nią na kogoś innego. A dodatkowymi graczami w tej grze stają się nowi partnerzy jej rodziców i guwernantka. Dla jednych Maisie jest zbędnym balastem, dla innych pretekstem do spotkań albo gwarancją materialnego zabezpieczenia na przyszłość. Nikt tak naprawdę się o nią nie troszczy, choć wszyscy usiłują sprawiać takie wrażenie.
 
Największą siłą tej powieści jest perspektywa (malarz nazwałby ją żabią), z jakiej autor pokazuje nam świat, w którym żyje Maisie, bo choć nie uczynił dziewczynki narratorką tej opowieści, to udaje mu się przekonać czytelnika, że patrzy na powieściową rzeczywistość jej oczami. Naiwność i bezbronność Maisie wzrusza, a zderzenie naturalnej łatwowierności dziecka z intrygami knutymi przez dorosłych sprawia, że wydają się one jeszcze bardziej nikczemne, niż są naprawdę.
 
Jeśli ktoś zapytałby, czy taka lektura może zainteresować współczesnego czytelnika, ja zapytałabym: Czy są wśród współczesnych rodziców tacy, którzy usiłują negatywnie nastawiać dzieci do byłych współmałżonków? Czy są tacy, którzy próbują scedować odpowiedzialność za właściwe wychowanie swoich dzieci na innych? Czy są tacy, którzy niezbyt troszczą się o rozwój intelektualny swoich pociech? Czy są tacy, dla których dzieci są jedynie przeszkodą w używaniu życia?
 
Obawiam się, że wszystkie odpowiedzi na te pytania byłyby twierdzące, a to znaczy, że ludzie od stuleci powtarzają te same błędy - może więc warto od czasu do czasu nad nimi podumać (a chyba lepiej zrobić to w trakcie lektury niż podczas rachunku sumienia?)… ;)

Podejrzewam, że James z pełną premedytacją napisał tę powieść z użyciem zdań wielokrotnie złożonych, tworząc niecodzienne konstrukcje stylistyczne czy gramatyczne, by w powstałym gąszczu słów czytelnik poczuł się zagubiony jak dziecko w świecie dorosłych, ale zachwalałabym pierwsze polskie wydanie "O czym wiedziała Maisie" z większym zapałem, gdyby nie to, że można w nim trafić na zdania–koszmarki. Na przykład takie: "Dziewczynka miała wprawdzie tylko ogólny zarys sytuacji, wszakże on pomógł jej zrozumieć, że przyczyny nieobecności sir Claude’a należało upatrywać w tym, iż był on kochankiem pani Beale i z tej racji nie mógł pretendować do miana głównego opiekuna Maisie." – słowa 'Dziewczynka' i 'Maisie' oznaczają tutaj tę samą osobę, pierwszy zaimek 'on' odnosi się do 'ogólnego zarysu sytuacji', a drugi do 'sir Claude’a'…
Jedyny komentarz, do jakiego jestem zdolna w obliczu czegoś takiego, brzmi: Litości!

środa, 15 sierpnia 2012

Nana Emil Zola


Wydawnictwo Hachette Livre Polska, 
Rok wydania 2005, 
Tłumaczenie- Czesław Mastelski.
Mam wiele uwag do tego wydania; jest bardzo niestaranne, roi się w nim od błędów stylistycznych, interpunkcyjnych, literowych. Początkowo myślałam, że cześć tych dziwolągów stylistycznych jest winą tłumacza, teraz wydaje mi się jednak, że to raczej wina  redakcji.


Ci, którzy czasami mnie odwiedzają wiedzą, że bardzo lubię twórczość Emila Zoli. Może to opinia trochę na wyrost, bo właściwie przeczytałam zaledwie cztery książki, ale dość znamienne dla twórczości pisarza (o ile mogę to ocenić przy tak krótkiej znajomości); Germinal, Wszystko dla pań, Pieniądz i nowelkę Nantas. A w tej chwili czytam Brzuch Paryża. W każdym razie poznałam ją (twórczość) na tyle, abym mogła stwierdzić, że z Zolą mi po drodze. Szczerze przyznam jednak, iż mimo, że każda książka Zoli wywołuje niemal przyspieszone bicie serca, to do Nany mnie nie ciągnęło. A to zapewne za sprawą profesji bohaterki.
Cóż, nie wywołuje we mnie szczególnego zainteresowania życie prostytutki, niezależnie od tego, czy to luksusowa kurtyzana, czy zwykła dziwka. Chyba to z tego właśnie powodu nie wciągnęła mnie ani lektura Damy kameliowej Dumasa, ani lektura Cheri Collete. Jakoś nie potrafiłam ani rozsmakować się piękną literaturą, ani współczuć tym paniom, które chciały mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko. Może dlatego Nana mimo, iż zakupiona jeszcze w styczniu czekała długo na swoją kolej i gdyby nie stosikowe losowanie u Anny nadal leżałaby na półeczce.
Sięgając po książkę jednocześnie obawiałam się i spodziewałam (strasznie to nielogiczne i niekonsekwentne z mojej strony - wiem), iż spotkam tu luksusową kurtyzanę, kogoś na kształt Małgorzaty Gautier, osobę wykwintną i  inteligentną, lwicę paryskich salonów. Tymczasem spotkałam kogoś w stylu bohaterki Pudelka (celebrytki, znanej z tego powodu, ze jest znana). Nana nie jest ani ładna, ani mądra, nie jest zdolna, nie ma w niej krzty dobroci, empatii, czy jakichkolwiek ludzkich uczuć; jest natomiast ordynarna, wulgarna i zachłanna, jest kwintesencją przeciętności i syntezą tego, co charakteryzuje zgniliznę moralną XIX wiecznego Paryża. Te właśnie cechy bohaterki sprawiają, że przyciąga do siebie, jak magnez niemal wszystkich mężczyzn, którzy, jak pięknie napisała Karolina, odbijają się weń, jak w zwierciadle.   
Początkowo oczekiwałam, że Nana czymś mnie zaskoczy, tymczasem ona zaskakuje jedynie tym, że nie jest w stanie niczym zaskoczyć; doprowadza do bankructwa, samobójstwa, kradzieży i rozpaczy wszystkich znajomych panów; oszukuje, zdradza, okrada, lży, poniża. Nienawidzi mężczyzn i postanawia ich wszystkich zniszczyć.
Czy jest mi ich żal? Wcale. Nana nie kryje swoich zamiarów, jest szczera do bólu, a oni i tak lgną do niej, jak ćmy do światła.  
W miarę lektury zaczyna mnie ona fascynować; z jej rynsztokową bohaterką będąca ucieleśnieniem męskich żądz w połączeniu z głupotą mężczyzn, którymi rządzi …. no właśnie co? żądza, czy może współzawodnictwo.
Nana ukazuje świat chylący się ku upadkowi, świat chory, świat w którym byle miernota może znaleźć się na świeczniku, świat zadziwiająco nam bliski. Wszystko się powtarza.

Nie jest to moja ulubiona książka Zoli, ale nie mogę powiedzieć, aby mnie zawiodła, czy rozczarowała. 
Moja ocena 4,5/6
Obrazy; 1. Okładka książki, 2. Nana Edwarda Maneta

wtorek, 14 sierpnia 2012

"Sanditon" Jane Austen

Jane Austen to jedna z moich najukochańszych autorek, chociaż, przyznaję to ze wstydem, aż do końca lat 90-tych ubiegłego wieku zupełnie mi nieznana, nawet ze słyszenia...
Przełomowym momentem w naszej (znaczy mojej i Jane) znajomości stała się emisja serialu BBC "Duma i uprzedzenie" z Colinem Firthem i Jennifer Ehle w rolach głównych. W najkrótszym możliwym czasie stałam sie właścicielką niemal wszystkich dzieł panny Austen i są to do dnia dzisiejszego jedne z najczęściej czytanych (po raz kolejny) książek z moich domowych zbiorów.

Napisałam, że mam niemal wszystkie dzieła Jane Austen, jako, że nie posiadam na swojej półce ostatniej, niedokończonej przez pisarkę powieści pt. "Sanditon". Autorka zdążyła napisać kilka rozdziałów, nakreślić portrety najważniejszych bohaterów i złożona przez postępującą chorobę nie była w stanie kontynuować pracy pisarskiej. Wiele lat później znalazła sie jednak osoba, która postanowiła ukończyć dzieło i tak oto możemy poznać losy Charlotty Heywood, niezwykle praktycznej i zrównoważonej angielskiej panny.

Na skutek nieznajomości geografii oraz wypadku drogowego (wywrócony powóz) państwo Parkerowie trafiają do domu państwa Heywoodów. Chcąc się wywdzięczyć za okazaną pomoc zapraszają córkę swoich gościnnych gospodarzy na kilka tygodni do siebie, do Sanditon. Pan Parker jest niezwykle entuzjastycznie nastawiony do rodzinnej miejscowości, a ponieważ leży ona nad morzem chce zmienić ją w elegancki kurort. Namawia sąsiadów do poczynienia pewnych inwestycji a poprzez rozmaite prywatne kontakty zabiega o jak największą liczbę wakacyjnych gości. Nie wszystko jednak idzie zgodnie z planem, goście co prawda przybywają, jednak nie w takiej liczbie aby pan Parker czuł się dogłębnie usatysfakcjonowany. Większość z przybyłych to ludzie młodzi, w samym Sanditon jest również kilkoro młodzieży nic więc dziwnego, że atmosfera robi się niezwykle sentymentalna i romansowa a towarzystwo zaczyna łączyć się w pary.
Charlotta przez dłuższy czas jest tylko obserwatorką, jednak i jej serce, całkowicie nierozsądnie, zabije dla pewnego młodzieńca...

Przy okazji takich książek, gdzie jest więcej niż jeden autor rodzi się pytanie o to czy powieść "trzyma poziom", czy widać w którym miejscu zmienia się autor. I tu, moim zdaniem, Marie Dobbs, która jest współautorką "Sanditon" całkiem nieźle dała sobie radę. Powieść napisana jest w duchu epoki, a konstrukcja postaci i ich perypetie nie odbiegają zbytnio od tego co znamy z innych powieści Jane Austen. Mieszkańcy i goście Sanditon to galeria różnorodnych typów -  wścibskich i złośliwych, okrutnych i wyrachowanych, naiwnych i zwyczajnie głupich, chorych z urojenia i zarozumiałych ale też wiernych w przyjaźni, pomysłowych, serdecznych i rozsądnych - jak to w życiu bywa. 
Powieść pokazuje też wiele szczegółów z życia codziennego w początkach XIX wieku, stosunek ludzi do wprowadzanych nowości - oświetlenie gazowe czy maszyny kąpielowe, budzące wiele kontrowersji. 

"Sanditon" to uroczy obrazek z życia średniozamożnego ziemiaństwa, w sam raz na letnie popołudnie i wieczór - jest romantyczna miłość, jest spora dawka ironicznego poczucia humoru, są pogmatwane relacje między głównymi bohaterami - dla wielbicieli Jane Austen pozycja obowiązkowa, ale i dla innych może ta książka być świetną lekturą.